Diamentowe oczy

Już trochę się z żoną przyzwyczailiśmy do tego, że jesteśmy niewyspani. Mimo to zeszła noc to była już przesada. Wszystko dzięki naszemu małemu replikantowi. Teraz jak słyszę o jakiś rodzicach- potworach, którzy zrobili coś strasznego swoim niemowlakom to nie złorzeczę, tylko pochylam głowę, by uczcić chwilą ciszy biedaków, którzy psychicznie nie dali rady.

Na szczęście my sobie jakoś radzimy i nie zanosi się na załamanie nerwowe. Mam tylko nadzieję, że tak intensywne noce jak zeszła nie będą się powtarzać zbyt często. Najlepiej nigdy. Po plecach przechodzą mi ciarki na samą myśl, że wiem dokładnie od kiedy to wszystko eskaluje. Od kiedy nasz słodki mały replikant zaczął się tak zachowywać. A mówi się, że od chrztu dzieci robią się grzeczne. Tylko że dla nas koszmary zaczęły się właśnie od tego dnia, w którym zanieśliśmy go na ołtarz Parafii Matki Bożej Anielskiej.

Ludzka psychika nie jest w stanie bez szwanku dłużej funkcjonować z zaburzonymi cyklami snu, szczególnie, jeśli sen zastąpi się hałasem, dźwiękiem na nieprzyjemnych częstotliwościach, lub powtarzającym się fragmentem muzycznym. Wykorzystują to od dwutysięcznego roku PsyOps w Rozszerzonym Programie Interrogacyjnym. Sesje tortur muzyką są gorsze od zadawania bólu, gdyż powodują powolne ześlizgiwanie się do szaleństwa. Coś jak biblijne mury Jerycha, które uległy dnia siódmego.

Uczucie, jakie pojawia się po dłuższym czasie siedzenia w ciemnej piwnicy wypełnionej głośnym fragmentem muzycznym powtarzającym się w kółko jak zacięta płyta jest mi trudno opisać. Wbrew pozorom tracenie rozumu jest gorszą torturą od otrzymywania bólu. Zaczyna się tracić wątek w myśleniu, zdolność formowania złożonych wypowiedzi, zdecydowanie odechciewa się kłamać i staje się podirytowanym do granic. Idealne narzędzie do przesłuchań… i rekrutacji.

Jednak przy tych wojskowych zabawach starych pryków w małych żołnierzy sążnisty płacz dziecka, jakiego muszę słuchać obecnie jako rodzic jest jeszcze gorszą torturą. Bo jest taki płacz, który sprawia, że kochani tatusiowie wskakują na ochotnika na galery żeby wiosłować przez wzburzone morza pod prąd w samych slipkach, mamusie rwą włosy stopami i okładają się po uszach piętami, sąsiedzi biją kośćmi czołowymi w podłogi, a wilki wyjące do księżyca chowają głowy w kretowiska. Aha, a czy wspomniałem już, że zeszłej nocy była pełnia?

Przez dzień nasz replikant był słodki jak zawsze. Niedługo po zaśnięciu, nieco wcześniej niż zazwyczaj zaczęliśmy walkę z płaczem. Najpierw odgrzewane kotlety: jęki, zawodzenie, przerywane ryki jak alfabet morsa, zacinające się spazmy i delikatne, ciche łkanie dla odmiany. Gdy jednak pojawiły się nowe wymiary płaczu zacząłem zastanawiać się nad wezwaniem karetki. Bałem się tylko, że sanitariusze nie wytrzymają decybeli i zrobią mu krzywdę.

W nocy nie chce abym nosił go na rękach- woli do mamy. Wstyd przyznać, ale w duchu jestem mu wdzięczny. Przekazuję małżonce i zmęczony odpływam nakryty wrzaskiem. Kiedy budzę się ponownie widzę, że biedna ze zmęczenia zasnęła na siedząco. Zabieram go z powrotem na swoją zmianę noszenia na rękach. Po pierwszej w nocy godziny dłużą się. Jestem coraz bardziej znużony, przysypiam powłócząc nogami po korytarzu.

A on powtarza w kółko to swoje ulubione słowo: agua, agua, agua… Przynajmniej nie ryczy. Pokazuje coś w ciemności, do której się przyzwyczailiśmy. Ja nie widzę nic na końcu korytarza. Zaczyna machać „pa pa”, na co przechodzą mi po plecach ciarki. Potem znów zaczyna ryczeć jakby się czegoś wystraszył. Pojawia się żona, aby mnie zmienić w sztafecie i tak w kółko.

Znów moja kolej. Znów jesteśmy sami. Wydaje mi się, że dziecko unosi się w powietrzu po środku nocnego korytarza. Ma na sobie białą tunikę, a jego diamentowe oczy błyszczą jak rosnące reflektory zbliżającego się pociągu. Nagle rzuca się na mnie jak wąż i przez moment zalew mnie światło, a zaraz potem budzę się w łóżku.

To tylko sen- upewniam siebie i żonę. Leży obok pośród kruczoczarnych włosów pełzających w moją stronę. Poduszka zdaje się pożerać jej głowę.

Obudziłem się ponownie. Było błogo cicho. Świtało. Nasz mały replikant spał obok mnie oddychając miarowo. Żony nie było w sypialni. Znalazłem ją na tapczanie pogrążoną głębokim snem. Nie obudziła się kiedy jedliśmy z synem śniadanie, więc zostawiliśmy ją i poszliśmy na spacer do centrum. On odsypiał słodko w wózku, ona na kanapie.

Były góry, jest morze

Mógłbym naściemniać, że uciekaliśmy przed ostatnio rozbestwionym smogiem w górach, ale tak serio świeże powietrze i jod są tylko przyjemnym dodatkiem. Zresztą na plaże mamy jeszcze ładny kawałek drogi. Mimo to odmiana przyjemna tak pomieszkać niedaleko Bałtyku, a nie tylko Gorce, Tatry, halny, śnieżyce, szlaki, szopy… o O, w sumie to już trochę tęsknię.

Osiem i pół miesiąca

service%20workshop%202Policzyłem sobie i wyszło mi, że od 2007 roku do dziś przeprowadzałem się średnio co osiem i pół miesiąca. W tym siedem razy do innego kraju. Nastał moment by znów się gdzieś przeprowadzić. Nie ma co średniej zawyżać.

W tym roku jestem dwukrotnie pełnoletni, więc zdecydowanie należało wyprowadzić się od rodziców, u których bunkrowałem się przed obowiązkami dorosłego życia wraz z żoną i dzieckiem. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Polacy chętnie jadą za chlebem do innego kraju, ale już rzadziej do innego miasta wewnątrz naszego państwa. Odpowiedź dostałem, gdy zaraz po przeprowadzce zobaczyłem na parkingu rządek samochodów, wśród których  jeden wyróżniał się tablicami rejestracyjnymi innego województwa… i wybitą szybą kierowcy. Przybliżyłem się, aby rzucić dyskretnie okiem. Tak, brakowało radyjka.

Zapytałem znajomego czy nasz samochód jest bezpieczny, a on powiedział mi, że jak dawniej przyjeżdżał tu golfem to musiał odkręcać na noc lusterka żeby nie pokradli. A ja myślałem, że takie numery to się skończyły w latach dziewięćdziesiątych.

A przecież wyjątkowo nie wynająłem pierwszego mieszkania, jakie się nawinęło w Internecie. Może dawniej byłem zbyt leniwy na poszukiwania. Tym razem jednak miesiącami sprawdzałem potencjalne lokalizacje pod kątem rodzaju instalacji gazowych i ogrzewania wody, odległości do parków i sklepów, poziomu przestępczości i czasu dojazdu karetki.

Nie żartuję. Mieszkamy nad sklepikiem, pięć minut do parku, obok oddziału pogotowia, otoczeni szpitalami, a z okna mamy widok na dowództwo dwunastej dywizji zmechanizowanej. Tak na wypadek apokalipsy zombie.

Pozostaje pytanie gdzie przeprowadzimy się za kolejne osiem i pół miesiąca? Ale póki co nie myślę o tym jeszcze i jestem w siódmym niebie, bo jedyne co robię to się szkolę (zdjęcie załączone). Targam po linach innych techników. Szkoda, że ważą po trzydzieści kilo więcej ode mnie. Ale nie narzekam, bo najważniejsze, że kiedy szkolenie jest skończone, to nie tkwię w hotelach z dala od domu, a na weekend nie muszę już tułać się po Europie. Do czasu rozpoczęcia się sezonu oczywiście. Mam więc nadzieję, że zima potrwa jak najdłużej.

Ekspresowy wypad

Ale przynajmniej jestem…”- napisałem w poprzednim poście i już wkrótce potem byłem w samolocie do Paryża. I już mnie nie było. Sto procent tęsknoty. Sto procent skupienia żeby wszystko szybko odwalić i zdążyć z powrotem do domu na Boże Narodzenie.

Pięciogodzinne opóźnienie wylotu z Polski już źle rokowało moim planom. Również marzenia żeby dać odpocząć kręgosłupowi pierzchły, kiedy okazało się, że piękny hotelik miał skosy we wszystkich pokoikach i musiałem chodzić zgarbiony jak osławiony dzwonnik.

Rano zajechałem do swojej miejscowości. Zimą nie łatwo wypatrywać wiatraków w mrokach poranku i gęstych mgłach. Sprawdziłem zdjęcia satelitarne na komputerze. Miały być dwie drogi i pola uprawne, a znajdowałem się otoczony rondami i zjazdami na parking supermarketu. Wniosek nasunął się sam: była druga miejscowość o tej samej nazwie w innym z trzynastu regionów Francji, a ja znalazłem się w złym regionie. Cóż… przynajmniej zobaczyłem katedrę w Reims i jak rosną szampany.

Tyle tytułem pracy. Reszta poszła jak kuna w agrest. Następnego dnia wieczorem byłem już z powrotem w Paryżu ze skończoną robotą, biletem do Polski i trudnym zadaniem: jak zagospodarować dany mi bardzo krótki czas w stolicy Francji?

Dzwoniłem po pomoc, głowiłem się i martwiłem, że zawsze jestem tam przejazdem i na jednej nodze. Ostatecznie uderzyło mnie, że muszę odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: co zrobiłby na moim miejscu Anthony Bourdain?*

Wyszukałem więc sobie w Internecie restauracyjkę w której mógłbym miło spędzić paryskie chwile, która zaspokoiłaby moje delikatne podniebienie i wstydliwy portfel. Wyszukałem sobie Restaurant d’insectes comestibles, czyli taką, która serwuje robaki, skorpiony w czekoladzie i panierowane pająki. Anthony byłby dumny.

Przejechałem w poprzek Paryża, zaparkowałem na jakimś parkingu kilka pięter pod ziemią, po czym zagłębiłem się w wąskie uliczki obramowane tymi ślicznymi kamienicami. Po dłuższym błądzeniu i wypytywaniu powtórzył się scenariusz z Hongkongu: spóźniłem się; restauracja została zlikwidowana. Teraz można było zjeść tam jakieś hipsterowskie pseudo hamburgery.

A więc moje obawy, że ludzie nie są gotowi na nowoczesną dietetykę okazały się słuszne. I słuszna też była moja decyzja, aby zająć się energią wiatrową, a nie entomofagią. Obróciłem się więc na pięcie myśląc, że wypad do Paryża miałem po zbóju udany i pojechałem na lotnisko.

*Anthony Bourdain – kucharz, pisarz oraz host programu kulinarno podróżniczego The Layover, którego idea polega na zaliczeniu kulinarnych i turystycznych atrakcji różnych miast w ciągu  dwudziestu czterech godzin pomiędzy lotami

Procent tęsknoty

Minęło parę tygodni odkąd jestem ciurkiem w domu i już nie sądzę, że Mini jest tak słodki, że ma się ochotę go schrupać. Jest tak głośny, że ma się ochotę go rozszarpać zębami. Rozumiem już ludzi uciekających przed obowiązkami rodzinnymi w tajgę, czy przebierających się za klauny, by wciągnąć podstępem dzieci do kanałów. Ale proszę nie myśleć, że zostałem nagle psychopatą, czy mamą Madzi.

hustawka1Zwyczajnie jestem od tygodnia niewyspany. A przecież planów na zagospodarowanie wolnego było ze czterdzieści. Tylko że Mini miał swoje własne plany, o których nas nie poinformował, a które jakimś cudem i niedemokratycznie przejęły nasze życie. Miały być snowboardy, baseny, górskie powietrze, odwiedzanie znajomych, a tu Mini zaplanował sobie na grudzień ząbkowanie, gorączkę, trzydniówkę, pokrzywkę, sraczkę, wizytę u lekarza i badanie moczu.

Nie wiedziałem, że całymi nocami można się tak drzeć jak koszula Rejtana. Zaczęliśmy z Nel chodzić niczym zombie. Ostatnio poszedłem spać o dwudziestej żeby przeżyć kolejne całonocne noszenie Mini na rączkach. Kiedy obudził mnie (chyba z trzeci raz z rzędu), poszedłem jak śnięty po niego aby podać go żonie do karmienia. Patrzę, a w rękach przyniosłem termometr. Syn został na stole. Zresztą to noszenie na rączkach to jakaś masakra. Kręgosłup mnie tak nie bolał odkąd dwanaście lat temu robiłem salto na nartach, ale udało się zrobić tylko pół.

Nagle gwizd! Dzwoni szef. Trochę mnie chwali, trochę się żali, że nie może nikogo ściągnąć z urlopów, bo powyjeżdżali, albo są na L4, a tu taka podbramkowa tragedia i ktoś musi do Belgii nagle jechać i jestem jego ostatnią nadzieją. Wiadomo, kto by się zgodził tak zaraz przed świętami, do tego pogoda słaba. Wysłuchałem go, westchnąłem ciężko do słuchawki, a język przygryzałem mocno, by nie zacząć błagać: zabierz mnie daleko, wysoko, w chmury, na turbinę, gdzieś, gdzie jest cicho, jakiś hotel, wyśpię się już w najtańszym, albo nawet w aucie.

Wyjeżdżać miałem następnego dnia. Zaczęła się gonitwa, załatwianie spraw i przyznam się, że trochę byłem podekscytowany. A potem był znowu telefon i odwołanie wyjazdu. Przełożenie na wiosnę konkretnie. I tak zostałem z lekką winą w środku, jakby wstydem, że najłatwiej byłoby tak uciec. Który rodzic wyjeżdżając za chlebem czuje sto procent żalu i tęsknoty za dziećmi? A który dwadzieścia procent tęsknoty i osiemdziesiąt procent ulgi? Ciekawe, którzy Polacy naprawdę odczuwają smutek z dala od domu, a którzy w czasie kontraktów w odległych krajach, na tych wszystkich budowach i warsztatach znajdują przestrzeń by bez pardonu i z uśmiechem się napić, wyspać i popracować w spokoju na kacu?

hustawka2Więc wróciłem do domu i przez moment miałem ochotę założyć ochraniacze słuchu, których używam do szlifowania. Uznałem jednak, że byłoby to nieetyczne. A potem taskałem Mini na rękach i robiłem, co mogłem (nawet wbrew własnym zasadom), aby go pocieszyć w tragicznych chwilach ząbkowania. Szeptałem mu do ucha: „Nie martw się… jak tylko to się skończy, resztę życia będzie już z górki. I jedz ty sobie już cukier, czy oglądaj reklamy, bylebyś tylko był cicho”.

Poklepałem się po plecach że może i nie jestem dobrym ojcem, ale przynajmniej jestem. Na razie.

Ale zimą sobie odbijemy

Całe lato przepracowałem z dala od rodziny. Przejeździłem w tę i nazad autobanami patrząc zazdrosnym okiem jak obok pomykają na wakacje samochodziki wypełnione dzieciakami. Na dachach poprzyczepiane łódki, kajaki, rowery, bibeloty. A człowiek non stop w pracy. Ale zimą sobie odbijemy…

Te odrobinki wolnego czasu, jakie miałem zazwyczaj poświęcałem na rozwiązywanie jakiś problemów, na urzędy, kolejki. Nie górskie, tyrolskie, turystyczne, malownicze w różnych zakątkach jak bym chciał, ale na kolejki mało romantyczne: postkomunistyczne, w sprawach urzędowych. Już się przyzwyczaiłem, że niczego nie udaje się załatwić od kopa, tylko trzeba wracać, bo czegoś brakuje, czy coś trzeba donieść. Ale zimą sobie odbiję i wyjadę do Chin gdzie dawniej nie martwiłem się takimi sprawami, bo nie goniła mnie jeszcze dorosłość.

I jeszcze ta tropiąca mnie wiecznie chęć udania się na jakąś wyprawę. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio zasiadłem sobie przy ognisku, pod gwiazdami, na karimacie, w śpiworze… mógłbym tu sypać przyimkami do rana. Zrezygnowałem już z pomysłów na Nepal, Indie, czy inne lansiarskie wypady, bo jak bym pojechał gdzieś na wyprawę, to robiłbym wszystko po łebkach, żeby jak najszybciej być z rodzinką. Więc zimą sobie odbijemy. Dzikie górki w Hunanie, może Syczuan, może też szybki wypad do Hongkongu. Marzyłem o tym wyjeździe. Wszędzie będziemy w trójkę i trochę się na siebie powkurzamy, trochę będziemy się mieli dość ale i tak będzie fajnie.

Dziś jest ten dzień, w którym mieliśmy lecieć. Na który mieliśmy bilety w rękach i hotele w Internecie. Mieliśmy i nie polecieliśmy. Bo ktoś nie dostał wizy do Chin, bo okazuje się, że nie uznano jego polskiego obywatelstwa, ani paszportu, ani aktu urodzenia i ma lecieć na specjalnym kwicie i ma zostać takim towarzyszem, który będzie się musiał starać o pozwolenie wyjazdu z Chin i o wizę do Polski, bo tego obywatelstwa musi się zrzec. Więc zostaliśmy, bo już się nauczyłem, że jak jakiegoś problemu się nie da rozwiązać, to czasem lepiej jest znaleźć sobie inny do rozwiązania.

A wielka dzika wyprawa, która za mną chodziła- taka wyprawa na miarę dawnych włóczęg? Cóż teraz takie rzeczy robimy koło domu. Ale w trójkę, więc też jest fajnie.