Robota prosta tylko dojazd trudny

Filmik z kursu bladecare, który ukończyłem i który w połączeniu z innymi kwalifikacjami stał się moją furtką do branży wiatrowej. Obecnie jak się nie zajmuję czymś innym to tak wygląda moja praca. Tylko wiatr zazwyczaj wieje o wiele mocniejszy, przez co naprawy na tipie przypominają czasem rodeo.

 

Łopaty idą w górę

Słowo o erekcji

DSC00804Byłem przy erekcji i już dzielę się tym, co mnie tam poruszyło. Tym razem opowieść, następnym zdjęcia. Tylko proszę się jeszcze nie rumienić, ponieważ mowa o erekcji turbin wiatrowych. Czyli ich stawianiu.

Chciałbym napisać, że to była moja erekcja, ale ja się większość czasu tylko gapiłem jak uwijają się monterzy i czekałem na swoje pięć minut- montaż trzech łopat (niepoprawnie zwanych śmigłami, czy skrzydłami) przysłanych z firmy, którą reprezentuję. Echa polskich przekleństw rozbrzmiewały po lesie, podczas kiedy spoceni u usmarowani monterzy montowali takie trzy łopaty w jeden długi gorący dzień.

Innym razem Niemcy bez pośpiechu i zajeżdżania się montowali je w dwa dni czekając tylko wieczora, kiedy zasiądą w gasthousie przy sznyclu, kilku kuflach piwa oraz paczce papierosów. Koniec końców mieli powody do swoich uśmiechów. Przecież nie tylko wychodziło im więcej dniówek, ale też dostawali taką samą wypłatę jak my Polacy, tylko że w euro.

Przy erekcji skala zabawek robi wrażenie. To duzi chłopcy bawiący się w bardzo ciężkie Lego. Jedna taka niemal sześćdziesięciometrowa łopata waży trzynaście ton. Niestety czasem okazuje się, że nie pasuje idealnie do turbiny i wtedy zamiera na godzinę cała konstrukcja i wkracza ktoś taki jak ja, aby robić swoje czary. Bo jak to się mówi: jak się popieści to się zmieści. Zwłaszcza jak pieści się ponad dwumetrowym lewarkiem ważącym osiemdziesiąt kilogramów.

Czekają dźwigowi, monterzy, różni podwykonawcy, kontraktorzy, elektrycy, przeróżne firmy transportowe, pracownicy korporacji. Zastanawiają się czy uda się zamontować trzy łopaty zanim podniesie się wiatr. A może przyjdzie czekać do następnego tygodnia?

A ja zastanawiam się, dla kogo pracujemy po środku tego lasu odcięci od naszych szefów, skierowani tam mailem, podążający z jednej roboty do następnej po czerwonej linii GPS. Sami pracownicy korporacji X, współpracującej z korporacją Y, podwykonawcą Z- co drugi to team leader, ja sam jestem leaderem zespołu składającego się z jednej osoby- mnie.

Dla kogo ostatecznie pracujemy? Kim jest ten wielki gruby kot na szczycie piramidy? Czy pracujemy dla jakiejś firmy energetycznej z siedzibą w Berlinie, czy lokalnej społeczności trwoniącej nadwyżkę budżetu, czy dla amerykańskiej korporacji, która zaprojektowała te turbiny, których części zostały wykonane w Polsce, Chinach, Niemczech? A może dla tych młodych puszczających drona, aby bzyczał nam nad kaskami?

Nie było na miejscu żadnego kierownika, ale każdy wiedział, co do niego należy i robił swoje. W pewnym momencie z ciętym jak brzytwa bzyknięciem obróciło się do mnie wielkie oko na teleskopie w klimacie Georga Orwella, lecz mniej mrocznie. Gościowi obok mnie natychmiast zadzwonił telefon i usłyszałem jak wyjaśnia po niemiecku, kim jestem.

Aha! To był mój trop. Dziwne oko ustawione w strategicznym miejscu. Bardzo gęsio-skórko-genne. Nie takie powolne, mechaniczne jak sterowane joystickiem, ale szybkie, bystre, zainteresowane. Próbowałem podejść od tyłu, ale natychmiast obróciło się w moją stronę i zamarło bez mrugania nakryte swoją fotowoltaiczną czapeczką. Speszyłem się i udałem, że mierzę coś swoim laserem (tak, mam prawdziwy laser). Zauważyłem, że dookoła porozstawiane były na statywach czujniki ruchu.

Erekcję turbiny często chcą oglądać tubylcy. Kiedy pojawił się jeden z rowerem (wyraźnie z daleka), typowy lokalny głupek, ja zamiast go wyprosić stanąłem sobie razem z nim i czekałem. Tak to zadziałało ostatnio- oko zadzwoniło zapytać, kim jestem, teraz mnie zna, więc zadzwoni do mnie zapytać, kim jest koleś z rowerem. Odpowiem: lokalny głupek, a kim jesteś ty?! Ukaż się natychmiast!

Nie zadzwoniło. Obróciło się w inną stronę, a ktoś przepędził lokalnego głupka. Zacząłem więc pytać innych o oko, ale powiedziano mi, że to tylko firma ochroniarska. Kolejna firma z jakimś kolejnym leaderem, która sama nie wie, dla kogo pracuje.

Jak w „Wyjściu z cienia” Zajdla. Niewidoczni oni. Już tu są. Science fiction na naszych oczach i w naszych czasach. Szklane oczy Orwella. Przyszłość jest teraz. A ja dalej nie wiem, dla kogo pracuję. Dla maila- od szefa w Polsce, który pracuje dla maila- od korporacji w Danii, z siedzibą w Holandii, we współpracy z USA…

DSC00867

 

Ideały nie do zdarcia

IMG_20160514_110256.jpg

Kolejne dobre, znajome głosy po drugiej stronie linii przypominały mi coś. Przypominały mi, że przecież mam blog. I ten blog jest jedynym ich sposobem na sprawdzenie, co u mnie słychać, ponieważ widujemy się jak to dorośli ludzie, którzy dostali prace, założyli rodziny i rozsypali się po świecie- za rzadko.

Ten wstęp miał być oryginalniejszym sposobem na napisanie: dawno już nie pisałem, bo od tego zdania zaczyna się mnóstwo postów w Internecie. Ale fakt jest faktem. Nie pisałem. Tylko o czym tu pisać? O synu, bo on wszystkich ostatnio ciekawi. A jak on dorośnie i się rozsierdzi, że bezprawnie wykorzystałem jego wizerunek i że okradłem z prywatności?

Chciałem mu dać do podpisania zgodę, ale długopis wsadził do buzi i nie chciał oddać. Nie podpisał. Chciałem nie zalewać sieci jego portretami, ale już sam rozumiem skąd to stwierdzenie, że dla rodziców ich dzieci są najpiękniejsze. Nawet fotki na każdym możliwym pulpicie i w portfelu rozumiem. I tatuaże z podobizną malców.

Pisać o pracy? Ale za te najciekawsze historie by mnie współpracownicy zlinczowali, bo to branżowe sekrety. A pozostała część to albo tajemnice służbowe, albo by się okazało, że naruszenie przepisów bhp, a umieszczenie w sieci felernych zdjęć z pracy to najkrótsza droga do awansu na bezrobotnego.

O szarej rzeczywistości? Aż tak źle to nie ma. Chociaż niestety spędzam długie tygodnie krążąc po okolicznych krajach i mieszkając w hotelach. Do domu wpadam na pięć dni- do tygodnia i pozostawia mi to bardzo mało czasu na rozgryzanie tajemnic tacierzyństwa. Bo np. jak to jest, że mój niemowlak pije białe mleko, a robi brązowe kupy?

Czasu ci u mnie niedosyt. Z Sancho Pansy zostałem Don Kichotem i musiałem włóczyć za sobą służbowego laptopa i naparzać po klawiszach od zmierzchu do świtu. No i zawsze śmiałem się z tych waliz na kółeczkach, które nie toczyły się płynnie w żadnym z krajów, gdzie dawniej mieszkałem, bo tam zwykle nie było równych chodników. A teraz z niereformowalnego włóczykija z plecakiem stałem się tym gościem, który toczy po dworcu walizę prosto do dworcowej kawiarni by klepać na laptopie dworcowe nadgodziny w drodze do domu. Ale ja serio miałem dość rozpakowywania i pakowania plecaka przy zmienianiu hoteli po pięć razy w tygodniu.

No i ten telefon… że też ja, prześmiewca ajfonów, adwersarz szpiegofonów musiałem ulec ostatecznie dwudziestemu pierwszemu wiekowi. O przyszłości w mojej dłoni! Mam nawet pierwszą aplikację. Liczy mi serie brzuszków.

Jak to jest, że krytykujemy wyścig szczurów tyko dopóki w nim nie partycypujemy? Bezbronne ideały, niegdyś nie do zdarcia, dziś coraz bardziej wypłowiałe, stają się reliktami młodości, a my oddajemy je ofiarnie jak na tacę, by usłyszeć chichot niemowląt niczym heroinę dla naszych zmęczonych uszu.

Kiedyś stary hipis powiedział mi, że on nigdy nie będzie miał dzieci, bo to jest sygnał dla ciała, że spełniło swój reprodukcyjny obowiązek i może się zacząć rozpadać, a poza tym większość jego znajomych posiadających rodziny jest nieszczęśliwa. Może i tak, ale przecież dzień, w którym zostałem ojcem był najpiękniejszym w moim życiu- piękniejszym nawet od dnia w którym kupiłem sobie pierwszy namiot.

Drzemania nie będzie

Przekraczając granicę straciliśmy godzinę. Nie ma unii stref czasowych. Na organizacji papierów straciliśmy kolejne parę godzin. Dodać do tego dwa dni nużącej jazdy, dzień organizowania się na miejscu oraz testowanie sprzętu i jasne, że do hotelu zawlokłem się średnio śnięty.

Chwilę zamiatałem miękkimi powiekami po stronach Dzienników Gwiazdowych Lema, po czym przeniosłem się do łóżka by posłuchać Morphine. Już prawie odpływałem, gdy jednak zerwałem się na równe nogi. Bo choć mógłbym to powiedzieć o połowie miejsc na świecie, to serio zawsze chciałem się tu znaleźć. Więc dopóki jest para w tych girach i smar w tych przekładniach drzemania w Kłajpedzie nie będzie!

Wskoczyłem w buty, ciuchy, wybiegłem z hotelu celowo ignorując ulotki, mapki i broszurki. Centrum musiało być w pobliżu. Nie zdradzały go jednak ani wieżowce, ani kościelne wieże.

Przebiegłem jakiś park, cmentarz, znalazłem się na obwodnicy. Pocisnąłem więc parę kilometrów w skwarze wymieszanym ze spalinami. Fajnie zwiedzać miasta w biegu, ale witajcie spaliny, ołów, PM 2,5. Jednak w spontanicznym sporcie nie chodzi o zdrowie, o figurę, o slefie w sieci. Zjadanie kilometrów na nogach jest moją benzedryną. Jest jedynym wyrazem anarchistycznego indywidualizmu i nonkonformizmu jaki mi pozostał.

Nie było śladu centrum, gdy dotarłem do końca jakiejś linii autobusowej. Na szczęście pojawiła się kusząca leśna ścieżka na północ- czyli w stronę Bałtyku. Nie chciałem już biec na zachód bojąc się, że wyląduję w Kaliningradzie. Pognałem ścieżką martwiąc się nieco czy nie powinienem już wracać. Koniecznie  jednak chciałem dotrzeć do jej końca.

Kilka razy przestraszyłem spacerowiczów. Jak widać bieganie nie dotarło na Litwę i musiałem sprawiać wrażenie kogoś, kto albo już wyrwał, albo właśnie zamierza wyrwać niewiaście torebkę. Pamiętam czasy, kiedy biegacze budzili niepokój i w Polsce.

Kompletnie wypruty, lecz zachwycony dotarłem wreszczie nad Bałtyk. Plaża Giruliai okazała się piaszczysta, absolutnie warta poświęcania. Bałtyk cudny, orzeźwiający. Litwinki daleko za niedoścignionymi rosjankami. Moje nogi jak z żelków.

Wymoczyłem się do pomarszczenia, wysuszyłem w słońcu do odpadnięcia piasku i zrobiłem w tył zwrot. I podrapałem się po głowie. Z moją orientacją średnio rozkojarzonego gołębia pocztowego wiedziałem, że wcześniej czy później znajdę drogę powrotną. Jednak nie miałem przy sobie adresu hotelu, żadnej kasy, telefonu, czy nawet wody. Przebiegłem blisko dziesięć kilometrów, więc do powrotu szykował mi się półmaraton.

Plaża była jednak tego warta. Takie przypadkowe odkrycia zawsze były najsłodszym z niezapowiedzianych deserów podróżowania. Zawsze jednak w takich chwilach brakowało mi kogoś, z kim mógłbym podzielić się nagrodą. Nigdy jednak nie byłem pewien kogo chciałbym mieć przy sobie. Teraz patrząc na rodziców bawiących się z dziećmi na plaży i w morzu nie miałem złudzeń kogo mi brakuje. Obruciłem się na pięcie i pobiegłem szukać drogi do hotelu obawiając się, że padnę z pragnienia.

To był dobry bieg. Olać aplikacje i gadżety. Biec na północ aż dotrze się do morza. Odnaleźć swoją drogę po zapachu jodu i spalin. Posilić się tęsknotą. Olać izotoniki. Dopóki jest para w girach…

Ale jest i Polska

IMG_0912

Czasem w naszym pięknym kraju czuję się jak w tym toi toi-u zamknięty pośród pól pełnych kwiatów i zapachów innych niż te toi toi-owe. I łapię się za głowę i nos i mam ochotę śpiewać z zatkanymi nozdrzami: „I co ja robię tu…”

Na niektóre naprawy łopat jeździmy z podwieszaną platformą, która aby zawisnąć legalnie z turbiny musi posiadać ważny przegląd producenta. W całej Europie ten jeden świstek musi być. Ale jest i Polska. Tu potrzebne jest jeszcze dopuszczenie do użytku Urzędu Dozoru Technicznego, Państwowej Inspekcji Pracy, instrukcje BHP, HSE, JSEA, szkolenia stanowiskowe, protokoły zebrań różnych komisji i ogółem papierów robi się cały segregator. I tylko u nas musi zebrać się tłum pierdziuchów i sobie popierdziuchować, kasę skasować i policytować się kto jest ważniejszy.

A jak już jeździmy po tej całej Europie, to kupując cokolwiek zbieramy paragony, żeby się potem rozliczyć w firmie. Ale jest i Polska. Tu zaczyna się zbieranie faktur, błędy w NIPach, wałki i brak zaufania.

Ostatnio kupowałem preparat do czyszczenia klimatyzacji i płyn do spryskiwaczy. W małym biurze z szerokimi drzwiami od magazynu ściśnięte było pięć osób. Przy jednym biurku nawet dwie kobiety do jednego komputera. Drukarki szalały, z komputerów niemal się dymiło, a z szaf kipiały segregatory.

Dostałem co chciałem, poprosiłem o fakturę. Zanim doszedłem do kasy, która aż trzęsła się od świrujących drukarek, okazało się, że jest błąd i potrzebna będzie korekta do 131,05 złotych na 35,91 złotych, ale z jakiegoś powodu dostałem też zwrot na 31,12 złotych, nową fakturę oraz 4,79 złotych do ręki chociaż ja tylko chciałem zapłacić firmową kartą i spadać.

Osłupiałem. Przez pięć minut gdy tam byłem obsłużono dwóch klientów i wyprodukowano pół segregatora makulatury. Nie mam pojęcia jak się teraz rozliczyć w firmie, bo płaciłem kartą i miałem przynieść fakturę, a tu mam ich cztery w różnych kolorach i 4,79 drobnych w łapie. Do tego na każdej fakturze stoi dumnie i wytłuszczonymi literami:

BIO SERVICE- program gospodarki odpadami w warsztacie ułatwi pracę!!

I po co to wszystko? Dodatkowo kilka dni temu klient obserwujący naszą naprawę- Niemiec z Berlina- zapytał mnie czy już byliśmy na plaży. Nie wiedziałem jak mu powiedzieć, że mam polskie szefostwo, czyli ciągnę dniówki po trzynaście godzin, a potem siedzę w papierach do północy, czasem do pierwszej. Jaka tam plaża?