Naklejki

naklejki ostrzegawcze

Tkwiłem na górze patrząc na nadciągające chmury. Zaczynało kropić i wiedziałem już, że nie porobimy czekającej nas naprawy. Ale jeszcze się łudziliśmy, więc czekaliśmy w dwójkę w naceli. Stałem okrakiem nad włazem na niższy podest, obok generatora ociekającego smarem, a opodal wisiał rescue bag. To taki wór umożliwiający ewakuację w razie pożaru.

I tak mi się skojarzyło, co jeszcze jest takiego ciekawego w środku turbiny (wracając do poprzedniego postu). Oczywiście, że naklejki. Mnóstwo naklejek. Przez całą podstawówkę mi się tyle naklejek nie przewinęło. Na powyższym zdjęciu wszystkie te naklejki pochodzą z jednej tylko turbiny. Legenda głosi, że zamknęli kiedyś we „wiatraku” tysiąc Bhp-owców żeby zidentyfikowali wszystkie zagrożenia, ale żadnemu się to nie udało i za karę zostali zamienieni w naklejki.

No dobra- bzdury piszę. Ale faktem jest, że jak się spędza za dużo czasu w turbinie, to się zapomina że można się pośliznąć, coś sobie przytrzasnąć, że coś może spaść z góry na głowę, albo że w ogóle to można stamtąd samemu spaść. Jak dla mnie to brakuje tam jednej jedynej najważniejszej naklejki: uwaga rutyna. To jest największe zagrożenie w takim miejscu.

Na początku człowiek jest przestraszony, wszystko sprawdza kilka razy, myśli. Kiedy pojawia się rutyna, człowiek zaczyna działać na autopilocie, gada przez telefon, popełnia głupie błędy. Zwłaszcza, gdy jest zmęczony. To jest jedna naklejka, o której zapomnieli.

Co jest w środku?

W środku jest przeciąg, kilka MW prądu, dużo drabin jak ktoś lubi, kabli przeróżnych, ogólnie elektroniki, do tego podesty, włazy, ciasna winda jak ktoś nie lubi drabin (ale nie zawsze działa). Dla utrudnienia życia czasem można trafić na śliski smar, rozlany olej, czy inne komplikacje. A co najważniejsze, to zawsze jest coś do zrobienia, a specjalistów i chętnych do takiej roboty brakuje. Bo jak się chce coś zrobić to to coś idzie nie tak. Winda się blokuje, kabel urywa, korki wywala…

Do sezonu gotów start!

No i się zaczęło. Obecnie zazdroszczę wszystkim, którzy wracają co wieczór do domu do rodziny.  Ja wracam do hotelu prać skarpetki. Grube, wełniane, albo bawełniane, które po dwie pary noszę. Wisząc wysoko na wietrze ciągnie po nogach, po plecach, ziąb, metal nieprzyjemny w dotyku. Co za wiosna.

To nie są śmigła. Ani skrzydła. Wszelkie turbiny mają łopatki. Duże, jak te na których pracujemy mają łopaty. Nowoczesna łopata nie jest prosta, lecz wygięta. Prostuje się dopiero na wietrze. Wygięcie jest po to, aby przy mocnych podmuchach łopata nie uderzyła w wieżę i nie podcięła się sama. W związku z tym wygięciem przy końcu łopaty wisi się bardzo daleko od niej. Do pracy musi się więc do niej przywiązać.

Tak przywiązanym, w ekwilibrystycznych pozycjach, trzymając się nogą za krawędź natarcia wykonuje się różne inspekcje, albo naprawy.

Czasem naprawy dokonuje się wewnątrz łopaty. Szybko wtedy zaczyna się tęsknić za bryzą ciągnącą po kościach. Parę dni w ciemnej zakurzonej poliestrem jaskini i brakuje gimnastyki na linach.

IMG_2158.JPG

Na szczęście zawsze pozostają te chwile, kiedy człowiek wychodzi z jaskini i idzie się załatwić i popodziwiać widoki dostępne nielicznym.

IMG_2183

Na zdjęciu jedyna na świecie, prototypowa turbina firmy Envision.

 

U von Tiele-Wincklerów cz. 2

Obudziliśmy się z zaiste bajkowego i sytego snu. Na dzień dobry nie mogliśmy uwierzyć widokom na słońce wschodzące ponad parkiem i basenem z fontannami w stylu ogrodów włoskich. Poprzedniego wieczoru meldując się na recepcji otrzymaliśmy niespodziewanie plik voucherów i kuponów na różne atrakcje. Zanosił się więc bajkowy dzień.

Po czerwonym dywanie na śniadanie. Najpierw było miło. Potem zaczęła się nawała ludzi- pyz. Matka rodu spojrzała na naszego książulcia i utopiła migrenę w dłoni krzywiąc się: ależ ty jesteś głośny. Ugryzłem się w język. Oczywiście, że jest. To roczne dziecko, a nie truchło.

Zaczęli plądrować bufet. W końcu skoro zapłacili za nocleg to musieli się nawtranżalać na tydzień do przodu. Uciekliśmy na spacer. Potem postanowiliśmy skorzystać z darmowych atrakcji, które zaskoczyły nas po przyjeździe do pałacu. Do wyboru spa, siłownia, bilety do teatru i filharmonii (no ale w Opolu), pokój zabaw dla dzieci… voilà!

Poszliśmy szukać tego pokoju zabaw. Zamknięty. W recepcji powiedzieli, że ktoś tam na pewno jest z kluczem. Wróciliśmy się. Przypadkiem wypatrzyłem jakiś pęk kluczy w zamku jednych z licznych drzwi. Zapukałem, wszedłem. W izbie siedział jakiś skoncentrowany jegomość, ale nie wiedział nic o pokoju zabaw. Zdesperowany postanowiłem ukraść mu klucze.

Zamknąłem drzwi, delikatnie wysunąłem pęk z zamka i pognałem otworzyć pokój zabaw. Jegomość wyskoczył na korytarz w momencie jak wpychałem kolejne niepasujące klucze do zamka. To prywatne klucze– wykrzyczał przybliżając się niebezpiecznie. Ja dalej wpychałem chcąc zdążyć otworzyć pokój. Odburknąłem coś, ale kiedy się zbliżył i powtórzył, że to jego klucze oddałem mu je nachmurzony. Nie przeprosiłem. Hrabina zaczęła się chichotać.

Następnie podjęliśmy postanowienie, że weźmiemy udział w zwiedzaniu pałacu i będziemy się dobrze bawić i nic nie zepsuje nam tej rodzinnej aktywności. Zwiedzanie również okazało się być w cenie noclegu. Stawiliśmy się na punkt zbiórki. Okazało się, że oprócz nas pojawiła się też… rodzina ludzi-pyz ze śniadania. Ale pech. Do tego wciąż wyglądali na głodnych, więc kazałem hrabinie nie spuszczać książulcia z oczu. Jedna pyza miała nawet gopro. No ale jak się jest tak grubym, to chodzenie po schodach to sport ekstremalny godny uwiecznienia i montażu z inspirującym podkładem muzycznym.

Przyszedł przewodnik, popatrzył się na mnie i powiedział tajemniczo: O, a ha. Bo to był ten jegomość, któremu wcześniej usiłowałem ukraść klucze.

Zwiedzania i historii pałacu nie będę opisywał, bo zachęcam do odwiedzenia Mosznej osobiście. Dowiedziałem się, że zamek w Mosznej poprawnie jest pałacem, więc postanowiłem tak go nazywać. Brzmi bardziej nobilitująco. A ta mapa skarbów, którą wspominałem na początku pobytu była z okresu, kiedy w pałacu leczono nerwice. Ale nie chodzi o sanatorium, lecz bardziej szpital psychiatryczny.

Ktoś może zapytać, co trzeba zrobić żeby przenocować się w pałacu? Czy trzeba nazywać się Heinrich Leopold von Seherr-Thoss? Nie. To już nie ta epoka. Czy potrzeba znać Huberta von Tiele-Wincklera z Miechowic? Nie, ale Władysława II Jagiełłę dobrze mieć w kieszeni. No to czy należy wygrać w totka? Nie. Wystarczy trochę czasu, szperania w sieci i odrobina fantazji.

http://www.moszna-zamek.pl/

U von Tiele-Wincklerów cz. 1

IMG_22655

Aż samo się prosi, aby napisać, że była ciemna i burzowa noc. Prawda jednak jest taka, że noc była młoda, gwieździsta i spokojna. Bez dramatyzmu zaparkowaliśmy pod samym barokowym krużgankiem, gdzie znajdowało się wejście do pałacu. Zawsze proszę rodzinę żebyśmy się wtaczali do środka możliwie jakby obeznani z savoir vivre’em gości hotelowych. Bezskutecznie. Kiedy ja dopełniałem formalności, książulcio zaczął lizać zabytkowe szyby, a hrabina przepychała przez drzwi kolejne bambetle i reklamówki.

Na piętro zaprowadził nas czerwony dywan. Koło Sali Herbowej i biblioteki skręciliśmy gdzieś w stronę Gabinetu Hrabiego, albo Sali Bilardowej… szybko się pogubiłem. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że było tam mnóstwo pałacowych pomieszczeń i wież. Mapa ewakuacyjna pałacu wyglądała jak stara mapa skarbów. Tylko czemu było na niej zaznaczone tyle sal chorych? Cóż… jakoś się odnaleźliśmy w tym podwójnym transepcie i dotarliśmy do neorenesansowego skrzydła, gdzie mieliśmy nocować. W oczy rzucił mi się ogromny portal z ciemnego drewna. Na tabliczce widniało, że to nasza łazienka, więc musieliśmy być już blisko i naszego pokoju.

Przyzwyczaiłem się, że zdjęcia pokoi hotelowych dodają im splendoru w Internecie, a na miejscu okazuje się, że nie można na podłodze znaleźć miejsca na położenie i otwarcie walizki. Po raz pierwszy w historii hotelarstwa było dokładnie odwrotnie. Wbrew zapowiedziom nasz pałacowy pokój był tak ogromny, że pomieściłby nawet moją zdolność do przesadzania! Gdy zamknęły się za nami ciężkie drzwi i weszliśmy do komnaty, złapałem hrabinę za rękę i powiedziałem, żeby się nie oddalała za daleko. Przez moment zrobiło mi się żal kogoś, kto myje tam na wiosnę okna.

Bez względu na to jak późna była pora, nie było szans na sen dla nikogo z naszej trójki. Książulcio chciał grać w piłkę (miękką). Zabytkowy marmurowy kominek służył mu za bramkę. Hrabina za bardzo się wszystkiego bała. Ja natomiast chciałem spróbować palmowej oranżady, o której mówiła recepcjonistka.

Ruszyliśmy na poszukiwanie gotyckiego skrzydła pałacu. Nie często ma się okazję poszwendać po takich nocnych korytarzach oświetlonych tajemniczymi światłami, pełnymi zagadkowych drzwi i portali i do tego uatrakcyjnionych muzealnym zgrzytaniem klepek od parkietu przy każdym kroku.

W pałacowej restauracji okazało się, że chodziło nie o palmową oranżadę, ale o oranżerię, czyli palmiarnię i miała być otwarta dopiero rano. Po skosztowaniu innych zacnych trunków postanowiliśmy udać się na spoczynek by kontynuować zwiedzanie następnego dnia.

IMG_2238