Mgły poranne, mgły mleczne

Hej doliny, doliny! Cóż tu z dolin napisać poza tym, że lato przeleciało mi już prawie całe i prawie wyłącznie w pracy? Czasem od rana do wieczora. Czasem w oczekiwaniu na poprawę pogody. Ale jak tu nie pracować jak się kocha to co się robi?

Ludzi nam brakuje. Więc przysyłali mi to Hiszpana, to Portugalczyka, teraz Walijczyka. Ten ostatni żartował do czego to doszło, że do Polski przyjeżdża za chlebem.

Tu, gdzie obecnie jestem mam do wyboru czy chcę jechać na rybę nad Bałtyk, czy na Północne. Więc akurat siedziałem w gastronomii nad Północnym wcinając dorsza w bułce, kiedy właściciel zagaił czym się zajmujemy. Jak się dowiedział, że naprawiamy niedalekie turbiny, to powiedział, że prędzej by suchy chleb jadł niż właził tak wysoko po drabinie.

Więc pokazałem mu jakie widoki mam o poranku gdy w dole przelewają się mgły cofając się przed wschodzącym słońcem. Cmoknął, ale nic nie powiedział. Za to jego żona miała ten błysk w oku jakby chciała cisnąć ścierką w kąt i pobiec wspiąć się ponad chmury…

Reklamy

Przepierki

DSC_0222

Dzisiaj mija mi osiem tygodni w delegacji non stop. To jakby jeść placki ziemniaczane: pierwszy i drugi były super, ale przy ósmym czuję, że już nigdy nie tknę ich ponownie. Spotkałem się z ekipą, która wyjechała na zwykły cztero- tygodniowy cykl. Ich walizki były dwa razy większe od mojej i przywołały ożywioną dyskusję na temat pakowania do naszych długich podróży. I tak pojawia się nieodłączny dramat podróżnika: możesz zabrać ze sobą komputer, czajnik czy parowar… ale nie możesz zabrać ze sobą pralki.

Brudne ubrania to nie problem, ale brak czystych to już tragedia. Znam kilka sposobów radzenia sobie z praniem. Można zabrać ze sobą całą szafę na kilka tygodni. Powodzenia z taskaniem tego po schodkach hoteli co drugi dzień. To nie mój styl i nie wiem czy chciałbym być przy rozpakowywaniu walizy brudów sprzed kilku tygodni. W pewnym momencie podróżowanie z takim biohazardem może być niebezpieczne.

Naturalnie pojawia się inny sposób radzenia sobie z brudami- utylizacja. Zdarzało mi się wyjeżdżać w podróż w starych skarpetkach i pokancerowanej bieliźnie z myślą, że zwyczajnie zarżnę je i wyrzucę zamiast prać. Stare śmierdzące i dziurawe skarpety można zeszlifować ze stóp papierem ściernym. Majtki podpalić. Podkoszulkę podarować komuś w prezencie podczas libacji w pociągu.

Problem pojawia się znów przy najdłuższych wyjazdach, podczas których nawet najwięksi konsumenci nie mają dostępnych takich ilości bielizny do wyrzucenia. Na pomoc przychodzą majtki jednorazowe. Niedrogie i stylowe, niezwykle higieniczne, z przewiewnego materiału… dla kobiet w połogu. Nie dowiedziałem się o nich od żony po porodzie, ale od twardziela ze stalowym uściskiem dłoni i masą ciała przekraczającą sto kilo. Aż boję się wyobrazić go sobie w figach.

W temacie męskiej bielizny i prania mam inny życiowy przykład zaczerpnięty tym razem z wojska. Dzieliłem tam izbę z grupą zajęcy ze zmechu, z których jeden gorszyciel paradował regularnie w stringach. O ile to my śmialiśmy się z niego w ciągu dnia, o tyle to on śmiał się z nas nocą. Za sprawą przepierki oczywiście. Moje gacie jeszcze dobrze się nie namoczyły, a jego sznurki już były wyprane i wykręcone. Rano moje majtasy wciąż schły, podczas gdy jego dupowciory były już gotowe do noszenia, sznurowania butów, czy szycia ran. Bardzo praktyczne, jeśli ktoś nie ma wstydu w sercu.

A więc jak ja to robię? Zwłaszcza mając taką małą walizkę? Kluczem są dwie rzeczy: (1) dyscyplina by co wieczór, nie ważne jak bardzo jest się zmęczonym, zrobić sobie przepierkę oraz (2) kolekcja korków w różnych rozmiarach pasujących do różnych zlewów i brodzików w różnych hotelach. Pranie rozwieszam w pokojach zamieniając je dumnie w getto, albo zabieram w podróż jak gypsy king. Mam też stalowy zapas na wypadek kontuzji, skaleczenia dłoni, albo innej niedyspozycji.

Ostatnio nocowaliśmy w upiornym hotelu w małej wiosce z dala od wszystkiego. Zazwyczaj jesteśmy z dala od wszystkiego. Pracowałem z podwykonawcą z Hiszpanii, który ani nie miał ochoty nosić damskich ciuchów, ani prać ręcznie brudów, zwłaszcza że mieliśmy kombinezony robocze uwalone czerwoną farbą i gryzącym włóknem szklanym. Namówił mnie na udanie się do podziemi hotelu w poszukiwaniu pralki. W sumie to nie trzeba było mnie bardzo namawiać. Chciałem zobaczyć czy w piwnicach znajduje się potwór zakuty w łańcuchy i tunel do pociągu ze skarbami naszych dziadków skradzionymi z polski.

DSC_0192Na korytarzach hotelu roiło się od mefistofelowych figur jak na załączonym zdjęciu. Na palcach zeszliśmy do brudnej piwnicy, gdzie w labiryncie rur i korytarzy znaleźliśmy pralki. Ogromne maszyny buczały piorąc pościel. Żadnych zwłok. Nuno znalazł jedną wolną i zaczął wyładowywać prześcieradła. Pomyślałem, że jest sprytny i jego sposób może być lepszy od mojej codziennej rutyny przepierek, kiedy tuż za nami wyrósł jak z grobowca właściciel hotelu. Wzrokiem Frankensteina spojrzał na Nuno trzymającego w rękach jego białą pościel. Obleciał mnie zimny pot. Przełamałem nieprzyjemną ciszę zapytaniem czy możemy użyć pralki. W rękach miałem czarne spodnie uwalone czerwoną farbą, klejami i włóknem szklanym. Frankenstein krzyknął tylko: Nein!

Następnego dnia zmieniliśmy hotel. Ja wróciłem do rutyny przepierek i stepowania po ciuchach roboczych pod prysznicem, a Nuno znalazł pralnię w miasteczku kilkadziesiąt kilometrów dalej.

 

Trochę muzy

Weekend się zbliża, więc zachęcam do posłuchania trochę muzy z Emiratów Niemieckich. A jak komuś się ten język nie podoba, to druga piosenka po angielsku w wykonaniu piosenkarki niemiecko- irlandzkiej.

O branży

DSC_0170

W branży, w której pracuję chodzi o to kogo się zna. Więc jestem sam. Sam jak palec (nie chciałbym widzieć dłoni tego kogoś, kto wymyślił to powiedzenie). Dawniej jeździliśmy w dwójkę i zmienialiśmy się za kierownicą, a teraz jak mi się przyśnie w trakcie jazdy, to po przebudzeniu nie mam pojęcia gdzie jestem. Na szczęście mam gadającą nawigację. Wolałbym śpiewające wycieraczki.

W zeszłym sezonie byłem ciurkiem pięć tygodni w Niemczech i kiedy ktoś z biura zapytał co u mnie, powiedziałem, żeby mnie zabrali, bo jeszcze z tydzień i założę drugą rodzinę na obczyźnie. Przestraszyli się, że jestem tam za długo skoro zaczynają mi się podobać Niemki. Mi jednak nie chodziło o kobietę. Dzielę życie, auto, a czasem łóżko z moją walizką. Niektóre pokoje hotelowe są tak małe, że nie ma miejsca by położyć ją na podłodze i nie mam wyjścia- śpimy razem. W łóżku walizka strasznie się rozpycha. Zwłaszcza, że ja jej nigdy nie zapinam w nocy.

Brakuje techników do pracy na turbinach. To znaczy, że ludziom coraz lepiej układa się w małżeństwach i z teściowymi. Kto przy zdrowych zmysłach i związkach chciałby mieć niebezpieczną pracę z dala od domu? Największym minusem pracy na turbinach wiatrowych jest, że nie da się tego robić w stylu Home Office (Kochanie nie przeszkadzaj mi teraz, bo zamknę się w sypialni, ubiorę w sprzęt wspinaczkowy, spocę, wysmaruję smarami i będę się wspinał przez pół godziny po drabince i dyndał pod żyrandolem ze szlifierką).

Tą robotę musi wykonywać się w parach. Nie ze względów romantycznych, ale bezpieczeństwa. Więc zatrudnia się podwykonawców z innych firm. Byłem przekonany, że taki gość zastąpi mi poprzednich ziomków z firmy, ale okazało się, że nie jest w stanie streszczać polskich kabaretów, pokazywać śmiesznych zdjęć znalezionych w sieci, czy przypominać o ważnych meczach. Nic nie potrafi. A co najważniejsze, to podwykonawca nie jest w stanie ustawić turbiny, obsłużyć wciągnik, naciąć szkło, szamferować, nic nie jest w stanie robić. Za to wie jak się lansować w mediach społecznościowych.

Na początku byłem lekko zdenerwowany spotkaniem ze swoim podwykonawcą. A może to wina przytłoczenia ilością pracy. Dodatkowo chciałem wypaść co najmniej w połowie tak profesjonalnie jak zapowiadał się ten ktoś przysłany mi z Hiszpanii. Szkoda, że na spotkanie w hotelu jechałem z ręcznikiem pod nosem. Dostałem na coś takiej alergii, że lało mi się z nosa tak, że mógłbym to butelkować. Zaraz potem, w dniu kiedy chciałem wyglądać bardzo profesjonalnie zupełnie rozwaliło mi zatoki. Głos brzmiał całkiem męsko, ale bąbelki z dziurek w nosie już nie były maczo.

Przypomniało mi się, że dostałem kiedyś taką poradę na leczenie zatok: obrać ziemniaki, zagotować łupki i z takich ciepłych zrobić maskę na twarz. Jak cały ten gnój wyładowałem na pysk, to zaczął spadać, cieknąć, parzyć mnie po szyi. Pozawijałem więc łupki w chusteczki, a żeby trzymały się tam, gdzie są zatoki (które coraz bardziej zaczynały mnie boleć) założyłem na twarz kominiarkę, którą zakładam pod kask w czasie niepogody. Położyłem się obok walizki wzdychając nad swoim losem.

Wtedy do drzwi pokoju hotelowego zapukał mój podwykonawca. Krzyknąłem Wait!, a on wziął i wszedł. Której sylaby angielskiego słowa wait trzeba nie zrozumieć by się wpakować komuś do pokoju? Był z Hiszpanii, pół czarny jak Obama, tylko bardziej ze zdziwieniem na twarzy. No i jak mnie zobaczył w kominiarce to powoli, niepewnie niczym czarny truś wycofał się i zamknął drzwi.

Wykonałem telefon: hej, co to za porada z tymi łupkami? Okazało się, że to nie łupki miały iść na pysk, tylko duszone ziemniaki. Łupki się wykorzystuje jak łamią nogi. W sumie lepiej, bo martwiłem się co ja zrobię z całym garem obranych ziemniaków.

Na drugi dzień zaczynaliśmy ustawiać turbinę i wyrzucać liny. Postanowiłem, że to będzie mój dzień i pokażę podwykonawcy, jaki jestem profesjonalny. Przebierałem się koło auta, kiedy zorientowałem się, że po raz pierwszy w całej swojej karierze zostawiłem w hotelu skarpetki. Byłem w samych sandałach, a do turbiny musimy wchodzić w specjalnych butach roboczych ze stalowymi nosami i odpornych na smary i bajery. Ale jak je założyć bez skarpetek? Gdzie sypnąć zasypką do stóp? Nie czekając zgarnąłem z paki jednorazowe bawełniane rękawiczki, które zakładamy do środka gumowych rękawiczek kiedy pracujemy z chemią. Sypnąłem zasypką i założyłem rękawiczki na stopy.

Oczywiście akurat w tedy zjawił się mój podwykonawca, spojrzał na moje stopy i powoli, niepewnie niczym czarny truś wycofał się.

Oj jeszcze długie tygodnie przede mną…

IMG_3206

 

 

Wszyscy znowu w drodze

Screenshot_20170625-105329Wszystkim wciąż odwiedzającym ten blog należy się szczypta wyjaśnień, czym też spowodowane jest moje milczenie. Otóż zasiadając do komputera w rzadkich ostatnio chwilach luzu zwracałem się do weny z prośbą o natchnienie mnie do skrobnięcia czegoś nawet drobnego, zwięzłego, ale chociaż nieco dowcipnego. No i cóż… powiedzieć mogę jedynie: zdradliwa wena. Ale już jestem i już piszę.

Było tak. Wracałem z Danii i Niemiec zmęczony pewnie prawie jak ten komar, który usilnie trzymał się wycieraczki od Rostoku do Szczecina. Na parking firmowy dojechałem o północy. Odstawiłem służbowy bat-mobil i doczołgałem się do swojego samochodu. Odpalił na pyk, ale ruszył się z szumem jak pociąg. Po kilkuset metrach, w czarnym lesie zauważyłem, że zagrzała się felga. Czyli zapiekł się hamulec. Nie było kiedy zmienić klocków i już kilka tygodni wcześniej dojechałem do pracy z szumem.

Miałem ochotę położyć się w fosie, zasnąć i zapomnieć o wszystkich problemach, które raz na jakiś czas nacierają na mnie stadem. Chciałem być w domu żeby rano zobaczyć się z małym Koralgolem, który już zaczął przyzwyczajać się do tego, że tata przeprowadził się do telefonu. Musiałem być w domu żeby wyprostować wszystkie problemy.

Zepsuł się nawilżacz powietrza, a Koralgol chory, no i do lekarza mieliśmy iść i nie działa komputer, zapięcie od siodełka, zgubiła się paczka i moje wyniki, a miałem siedem szwów i do tego jeszcze teraz poparzyłem sobie rękę, aha i druga paczka się zgubiła w pracy, a jak o pracy mowa to jest problem z naprawą sprzed kilku tygodni… tylko żebym miał chociaż auto, a tu utkwiłem o północy bez środka transportu, a do mieszkania miałem jeszcze czterdzieści kilometrów.

Jedyni znajomi jakich tu mam to znajomi z pracy.  Świetni ludzie i jak się przeprowadziłem to dostałem liczne deklaracje pomocy, ale jak w sezonie dzwonić po przysługę skoro jeden w Niemczech, drugi w Irlandii, trzeci w Portugalii… Jednak wystarczył jeden telefon i wyrwanie w środku nocy od narzeczonej kumpla i dzięki niemu już niedługo potem sam wśliznąłem się do sypialni, gdzie spała moja rodzinka.

Następnego dnia wsiadłem w pociąg i pojechałem rozwiązywać wszystkie problemy po nitce do jądra ciemności. Miałem na to tylko kilka dni, bo znów wyjeżdżałem na parę tygodni. Na miejscu podniosłem auto, spryskałem koło odrdzewiaczem, ponaparzałem młotkiem i zapieczony hamulec puścił. Mechanika miałem już umówionego i doturlałem się do niego na jedynce.

Godzinę później wyjechałem już naprawionym autem.

Po kolei dało się zająć wszystkimi problemami, ale pojawił się jeden nie do przeskoczenia. Miałem obiecaną wolną jedną konkretną niedzielę, na której zależało mi ponad wszystkim. Ale dostałem telefon, że wyjeżdżam już. Tylko, że ja potrzebowałem tej niedzieli ponieważ Koralgol leciał z mamą poznać dziadka w Chinach i nie mogłem nie zawieźć ich na lotnisko. W firmie powiedzieli, że mogę mieć wolną niedzielę w Warszawie, ale sobotę i poniedziałek jestem w Hanowerze. W zawiązku z tym nie mając innego wyjścia postanowiłem zawrzeć pakt z diabłem.  W zamian za to wolne obiecałem pociągnąć dwa cykle pod rząd. Dziewięć tygodni w zamian za ostatnie chwile z rodziną przed ich wylotem. Jestem niewolnikiem korporacji. Jesteśmy tylko nawozem postępu.

IMG-20170523-WA0000I to się właśnie dzieje. Ja jestem w Kalifacie Niemieckim i mam przed sobą jeszcze dużo dużo tygodni pracy. Koralgol biega po chińskiej wiosce przekonany, że tata mieszka w telefonie.

A prawda jest taka, że tata mieszka trochę w vanie śmierdzącym żywicami, klejami i farbami, a trochę w hotelach. O tym jak mu się tam mieszka następnym razem. Bo prawda jest taka, że pomijając korporacje i tęsknotę za rodziną, to jest to najlepsza robota na świecie. Do tego całymi tygodniami jestem w drodze.

 

Naklejki

naklejki ostrzegawcze

Tkwiłem na górze patrząc na nadciągające chmury. Zaczynało kropić i wiedziałem już, że nie porobimy czekającej nas naprawy. Ale jeszcze się łudziliśmy, więc czekaliśmy w dwójkę w naceli. Stałem okrakiem nad włazem na niższy podest, obok generatora ociekającego smarem, a opodal wisiał rescue bag. To taki wór umożliwiający ewakuację w razie pożaru.

I tak mi się skojarzyło, co jeszcze jest takiego ciekawego w środku turbiny (wracając do poprzedniego postu). Oczywiście, że naklejki. Mnóstwo naklejek. Przez całą podstawówkę mi się tyle naklejek nie przewinęło. Na powyższym zdjęciu wszystkie te naklejki pochodzą z jednej tylko turbiny. Legenda głosi, że zamknęli kiedyś we „wiatraku” tysiąc Bhp-owców żeby zidentyfikowali wszystkie zagrożenia, ale żadnemu się to nie udało i za karę zostali zamienieni w naklejki.

No dobra- bzdury piszę. Ale faktem jest, że jak się spędza za dużo czasu w turbinie, to się zapomina że można się pośliznąć, coś sobie przytrzasnąć, że coś może spaść z góry na głowę, albo że w ogóle to można stamtąd samemu spaść. Jak dla mnie to brakuje tam jednej jedynej najważniejszej naklejki: uwaga rutyna. To jest największe zagrożenie w takim miejscu.

Na początku człowiek jest przestraszony, wszystko sprawdza kilka razy, myśli. Kiedy pojawia się rutyna, człowiek zaczyna działać na autopilocie, gada przez telefon, popełnia głupie błędy. Zwłaszcza, gdy jest zmęczony. To jest jedna naklejka, o której zapomnieli.

Co jest w środku?

W środku jest przeciąg, kilka MW prądu, dużo drabin jak ktoś lubi, kabli przeróżnych, ogólnie elektroniki, do tego podesty, włazy, ciasna winda jak ktoś nie lubi drabin (ale nie zawsze działa). Dla utrudnienia życia czasem można trafić na śliski smar, rozlany olej, czy inne komplikacje. A co najważniejsze, to zawsze jest coś do zrobienia, a specjalistów i chętnych do takiej roboty brakuje. Bo jak się chce coś zrobić to to coś idzie nie tak. Winda się blokuje, kabel urywa, korki wywala…