Życzenia

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku przygotowałem dla rodziny, przyjaciół i czytelników życzenia autorstwa Dariusza Graczyka oraz zdjęcie mojej tegorocznej choinki wybudowanej ze sprzętu wspinaczkowego.

choinka wspinaczaSłyszysz jak wiatr życzenia niesie?

Hula po polach i szumi w lesie,

Jak stuka w okna, wchodzi w kominy

I obserwuje dziecięce miny?

Jeśli to słyszysz, to zamknij oczy,

Niech świat z dzieciństwa znów w życie wkroczy.

Poczuj makowca zapach wspaniały.

Zobacz za oknem, świat cały biały.

Już karp się smaży , kompot gotuje,

Mróz znów na szybach kwiaty maluje,

A ty radosny z iskierką w oku,

Szukasz Gwiazdora, czekasz do zmroku.

Teraz, choć wiosen trochę przybyło,

To wiatr ten sam, szumi nam miło.

Ja razem z wiatrem ślę ci życzenia,

Niech ci się spełnią wszelkie marzenia,

A pierwsza gwiazda świecąc o zmroku

Niesie Ci radość w tym Nowym Roku!

Reklamy

10 najlepszych filmów o sporcie i wspinaczce

Co tu ukrywać: sportu wszelkiego zwłaszcza wytrzymałościowego i niebezpiecznego jestem dozgonnym fanem. Obecnie leczę po wspinaczkowe lekkie zapalenie ścięgien mięśni zginaczy palców. Więc nie trenuję. A jak nie trenuję to się regeneruję, czyli oglądam filmy dokumentalne. A że wielu z moich znajomych to również zapaleni (lub lekko tlący się) sportowcy- polecam dziesięć najlepszych filmów dokumentalnych o sporcie i wspinaczce.

 

O sporcie

 

1- Bracia Klitschko1. Bracia Klitschko (2011)

Od skromnych początków na Ukrainie po sukces, po porażkę i ponownie po sukces i to na samym szczycie. Ten dokument biograficzny może spodobać się nie tylko fanom boksu, ale każdemu do kogo docierają historie o sile charakterów i pasji.

2- The Crash Reel

2. The Crash Reel (2013)

Historia Kevina Pearce, snowboardzisty który wspiął się na szczyt sławy, po czym uległ fatalnemu urazowi podczas przygotowań do zimowych igrzysk olimpijskich. Po wyjściu ze śpiączki i dzięki pomocy rodziny powraca do zdrowia tylko po to by wbrew wszystkim znów poczuć magnes do snowboardu.

 

3- The Armstrong Lie3. Kłamstwa Armstronga (2013)

Dokument biograficzny który z założenia miał pokazać powrót mistrza na podium, a ostatecznie przedstawił coś więcej- ostateczny upadek sportowca. Przy okazji dowiadujemy się wiele na temat samego kolarstwa.

 

4- Generation Iron4. Generation Iron (2013)

Dramat dokumentalny w którym podążamy za czołowymi kulturystami jak Kai Greene, czy Ben Pulaski podczas przygotowań do walki o tytuł Mr Olympia i próbie zdetronizowania Ronniego Colemana.

 

5- Spirit of the marathon5. Spirit of the Marathon (2007)

Pierwszy film dokumentalny jaki powstał na temat biegania maratonów. Podąża on za trójką amatorów i dwójką zawodowców w przygotowaniach do zmierzenia się z legendarnym dystansem.

 

6- Departures6. Departures (2008)

Być może nie tyle o sporcie ile o podróżowaniu, ale zdecydowanie o podróżowaniu dla sportu i z pasji. Zdecydowanie najlepszy serial dokumentalny w tym temacie. Justin i Scott udają się w roczną podróż po kontynentach z której nie będą chcieli wracać.

 

O wspinaczce

 

Wspinaczka 1-The Sharp End1. The Sharp End (2007)

Dokument o poszukiwaniu wyzwań w pionowym świecie gór i skał. Film zabiera nas w podróż przez główne style wspinania i… upadania.

 

Wspinaczka 2- Touching the void2. Czekając na Joe (2003)

Jeden z najlepszych filmów o wspinaczce wysokogórskiej, jedna z najlepszych historii o przetrwaniu i woli życia. Rekonstrukcja autentycznych wydarzeń ze wspinaczki Joe Simpsona i Simona Yates na Siula Grande w Andach.

 

Wspinaczka 3- First Ascent3. Pierwsze podejście (2006)

Podróż przez świat wspinaczki i wyzwań w przekraczaniu limitów i to w najlepszych miejscach globu jak Tajlandia, Himalaje i Yosemite.

 

Wspinaczka 4- Everest the death zone4. Everest: The Death Zone (1998)

Co oznacza wspinaczka na najwyższą górę naszego globu? Wszystko to, co już potrafisz sobie wyobrazić. Plus śmieci, zamrożone zwłoki i kolejki.

 

Bonus dla nie przepadających za dokumentami:

 

Chasing Mavericks1. Wysoka fala (2012)

Oparty na wydarzeniach z życia surfera Jaya Moriarty film fabularny o sile marzeń i sportu. Opowieść, która nauczy cię jednego: żyj jak Jay!

 

Nacho Libre2. Super Nacho (2006)

Mniej sportowo, bardziej komediowo- Jack Black bawi do łez jako mnich, który postanawia zostać zapaśnikiem by zarobić na jedzenie dla dzieci z sierocińca.

 

Wredne małpy i dzikie świnie zepsuły mi urodziny

lion hill

Urodzin własnych zwykle nie świętuję, ale tym razem postanowiłem się rozpieścić. Miało być pięknie- wyszło jak w tytule. Nie żartuję.

Jakiś czas temu zaliczyłem wypadek podczas wspinaczki i uznałem to za koniec mojej kariery wspinacza. Najgorzej było z lewą stopą, bo jak się zagoiła to okazało się, że znikła kostka. A może to ta z prawej za bardzo wystaje, bo ją też załatwiłem kiedyś na lodowcu w Rosji. Taka już bywa cena za bycie samoukiem.

Po ostatnim wypadku odwiesiłem uprząż, anulowałem wszelkie plany i pomysły wyjazdowe i zgasłem. Czy to miał być serio koniec? Ale, ale ja… Jeszcze kuśtykając z laską udałem się obczajać Lwią Skałę w Lion Rock Country Park w Hongkongu. Ma ona najdłuższą w tym rejonie drogę wspinaczkową z pojechaną ekspozycją, a mnie coś przyciągało do tego wyzwania jak magnes.

To nie tak, że po kontuzji nagle wstałem i poszedłem się wspinać. Musiałem wcześniej zrzucić trochę kilo, wzmocnić palce i łapy, wybiec rano po schodach jak Rocky i co najważniejsze to przed końcem października wykurować kostki.

Bo październik to najlepszy miesiąc w tej części świata- pogoda wymarzona, sucha i można już zapomnieć o olejkach do opalania, płynach na komary, czy hektolitrach wody pitnej. Najlepszy moment na wspinaczkę- nie leje się strumieniami pot sprawiając, że szpej ślizga się w łapach i nie parzą już nagrzane w słońcu skały.

Do Lion Rock Country Park dostałem się z południowej strony. Przyglądając się onieśmielającej skalnej ścianie przypominającej sylwetkę lwa zacząłem wdrapywać się przez zieloną gęstwinę. Lwia Skała jest symbolem przemiany jaka dokonała się na biednej wyspie Hongkong. Z zakrzaczonego zakątka pełnego tartaków, rybaków, bezdroży i dżungli w futurystyczne miasto przypominające filmy science- fiction. A ja chciałem, aby ta skała stała się moim urodzinowym prezentem.

Nagle grupka ludzi zbiegła w moją stronę, ktoś rzucił kamieniem w krzaki i zobaczyłem tylko jak jakieś wielkie cielsko przemyka w gęstwinie. Jakieś bydle nie zwierzę. Przez moment staliśmy wszyscy skonsternowani, aż pierwszy ruszyłem przed siebie bojąc się tracić czas. Jeden facet zawrócił na dół, a parka nieśmiało udała się za mną. Nie zamierzałem zawracać bez względu na to co to za zwierz się tam błąka. Nie chciałem nawet wiedzieć.

Pod skałą przepędziłem wygrzewającego się w wątłym słońcu węża, po czym rozpocząłem wspinaczkę w absolutnym skupieniu. Po raz drugi w życiu podejmowałem się solo drogi pięciowyciągowej i tym razem wiedziałem już jak jest to fizycznie wyczerpujące. Jeden wyciąg to maksymalnie długość złożonej w pół liny. Normalnie robi się go raz, a potem asekuruje się idącego jako drugi partnera. Wspinając się solo z liną, każdy wyciąg robi się dwa razy. Raz z dolnym stanowiskiem, drugi raz z górnym kiedy przenosi się cały szpej. I tak z pięciu wyciągów robi się dziesięć. Ale nie słuchaj mnie, bo jestem samoukiem i pewnie robię to źle.

No i pisałem wcześniej, że  w październiku można zapomnieć o olejkach do opalania. Znowu mnie nie słuchaj, bo już na drugim wyciągu jak zrobiła się lampa, to zjarało mnie szybciej niż grzanki w tosterze i szybko szukałem koszulki. Zanim doszedłem do połowy Lwiej Skały wiedziałem też już, że nie mam wystarczająco wody. Zapowiadały się bardzo suche urodziny.

Trzeci wyciąg to rysa w którą wkłada się rękę, czy nogę, blokuje, ignoruje ból, po czym przenosi środek ciężkości wyżej, by powtórzyć wszystko od nowa. Bardzo szybko odezwały się ostatnie kontuzje, ale ja zajęty byłem ignorowaniem lęku, który podczas takiej wspinaczki staje się niemal namacalny i rozpoczyna swój nieznośny flirt.

Wspinaczka zajęła ponad pół dnia, było darcie na kolanach i nawet kilka razy wspinanie po spitach, ale koniec końców wlazłem na szczyt pozostawiając poza krawędzią skalnego urwiska szyderczy lęk, który tym razem musiał obejść się smakiem. Być może ta mała skała to nie Himalaje, ale każdy ma swój Everest, a ja poczułem się jak na szczycie swojego- wypruty.

Bez wody, bez żarcia, zjarany, w palcach łapały mnie skurcze, a słońce właśnie opadało powoli ku horyzontowi. Ruszyłem w drogę powrotną jak z urodzin przystało- slalomem. W głowie mi się kręciło, w ustach suszyło. Jedyne o czym marzyłem to tania restauracyjka w Sha Tin i zimne piwo. Chciałem zejść z wzgórza północną stroną, którą poznałem odwiedzając to miejsce za pierwszym razem. Po ponad pół godzinie męczącego marszu w dół na gumowych nogach cały misterny plan i marzenie o piciu padły, kiedy zobaczyłem je na środku drogi. W gęstniejącej szarudze leśnego mroku. Dwie cholerne wielkie małpy. Siedziały znudzone i iskały się spoglądając to na mnie, to na swoje gołe stopy.

Liczyłem, że będą o tej porze gdzieś na drzewach zajęte dobranocką, a te mnie tak zblokowały. Biec? Robić hałas? Czy może spokojnie na paluszkach? Wtedy przypomniało mi się jak wpadłem w ich zasadzkę poprzednim razem. Spojrzałem w bok. Kolejna małpa chowała się dwa metry ode mnie w zaroślach. Ani drgnęła. Skupiona jak żołnierz wlepiała we mnie czarne oczy. Spojrzałem w górę. Inne siedziały cicho powyżej. Tym razem nie zamierzałem dać się otoczyć, ani przepędzić po krzakach. Wycofałem się, obróciłem, pognałem z powrotem pod górę. Kolejne pół godziny. Cholerne wredne małpy.

Potem zakręciłem się w ciemnościach szukając szlaku po południowej stronie którym rano przybyłem. Kiedy wyciągnąłem latarkę okazało się, że widzę jak przez mgłę, ale nie wiedziałem czy ze zmęczenia, czy od wilgotności powietrza. Było tak gorąco. A może jedynie za bardzo zjarało mnie w skałach? Kolejne pół godziny błądzenia i już niemal zbliżałem się do wyjścia po stronie Kowloon, kiedy usłyszałem w mroku obok chrumkanie. Świnie! Dzikie świnie. To one musiały przestraszyć nas rano. O nie, nie zawracam, ja nie zawracam, ja już nie mam sił rypać pod górę! Kuśtykając rzuciłem się z okrzykiem karateki w dół ścieżki, a świnie tuż obok w ciemności z kwikiem zaczęły taranować roślinność. Pędziłem czując jak szyderczy lęk, który wisiał nade mną cały dzień ma jednak ubaw widząc mnie jak spieprzam. Koniec końców żadna świnia mnie nie dogoniła. Nie wiem nawet czy próbowały.

Kiedy wreszcie wydostałem się z parku było późno i mogłem zapomnieć o restauracyjce. Nie wiedziałem nawet czy zdążę na ostatni pociąg i czy nie zamkną przejścia granicznego. Nic jednak nie było tak ważne jak picie. Wydoiłem: kolę, izotonik, znowu kolę, piwo, wodę, smirnofa ice i napój cytrynowy. Aaa…

Wredne małpy i dzikie świnie… tak mnie przegonić po lesie. Wredne małpy.

Ps.

Więcej o miejscach gdzie się wspinam wrzucam na wspinachina.blox.pl

 

Wyspa Pająków

 

Uwaga! Słowa pająk i pajęczyna użyte zostały w tym tekście szesnaście razy.

 

 Wyspa Lantau leżąca w południowo zachodniej części Hong Kongu oznacza w dosłownym tłumaczeniu Zgnitą Głowę. Ja przemianowałem ją na Wyspę Pająków, a oto dlaczego.

IMG_9716W pociągu gniotłem się w tłumie turystów do momentu kiedy nie przesiedli się na linię po której poruszają się wagony z oknami w kształcie głowy Myszki Miki. Ku mojej uldze wszyscy odjechali do Disneylandu, bo ja już martwiłem się, że wyląduję w jakimś turystycznym koszmarze pośród sklepików z pamiątkami. Takie rzeczy się zdarzają.

„Mój” Disneyland, którego szukałem znajdował się po drugiej stronie wyspy. Wysiadłem na ostatniej stacji, wsiadłem w autobus na ostatnim peronie. Wysiadłem pół godziny później na ostatnim przystanku, gdzie powietrze zdawało się być duszne i gęste jakby chciało chytrze wycisnąć z człowieka jak najszybciej ostatnie poty.

Pui O to urocza wioska, jeszcze niedawno zapomniana przez świat, teraz widać dookoła wymarzone domki prażone słońcem, obrośnięte palmami i zaopatrzone w ogromne okna w których i tak nie mieszczą się w pełni widoki plaż, morza, oraz wysepek rozbryzganych po horyzoncie od zielonych gór z lewej po zielone góry z prawej. Mieszkańcy to w dużej mierze biali, którym się udało, którzy są po prostu bogaci. Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, ale nie tak bajkowo bogaci, tylko tak ledwo ledwo, w sam raz na domek na wyspie z widokiem na morze. Sami sobie okna myją i kwiatki sadzą i mówią „How’s it goin’!” jak mnie widzą na drodze.

Zanim zacząłem ładować pod górkę byłem już cały przepocony, a plecak razem ze mną. Byłem już kilka razy w takim miejscu gdzie wegetacja jest na tyle gęsta, że w zacienionej ścieżce robi się duszno i brakuje tlenu. Grzałem więc pod górę przerywając marsz długimi przerwami i ciesząc się, że nauczyłem się redukować swój bagaż. Dwie trzecie to szpej wspinaczkowy, zamiast namiotu- hamak, zamiast jedzenia- własnej produkcji batony energetyczne. Bez śpiwora, bez ciepłych rzeczy, bez kubków, sztućców. Reszta to woda, ale ile bym jej nie wziął, to zawsze- ale to zawsze jestem spragniony.

Widok z Pui O na  Temple Crag

Widok z Pui O na Temple Crag

W pierwszą pajęczynę wpakowałem się centralnie twarzą, a pająka rozmiarów dłoni pocałowałem wydając z siebie dziwny jęk, który sam mi się jakoś wyrwał. Obrzydlistwo. Widziałem już wiele razy te pająki i szukałem jakiejś informacji czy powinienem się ich bać. Po przeglądnięciu kilku chińskich podręczników do entomologii nic nie znalazłem, więc postanowiłem bać się ich na zapas, zwłaszcza że mają jaskrawy kolor na grzbiecie. Czarno- żółte, podłużne, z kończynami o rozstawie jak moja dłoń często plączą sieci na leśnych ścieżkach, a największa z jaką się napotkałem miała szerokość dwóch metrów.

Założyłem okulary na wypadek jakby mnie jakiś chciał pocałować w oko i ruszyłem dalej. Okazało się, że na całej górze musiało wydarzyć się coś, co doprowadziło do niemal plagi pająków. Wkrótce przedzierałem się przez pajęczyny utkane przez różne pająki począwszy od małych szarych i kudłatych, po okrąglutkie z cieniutkimi nogami jak włoski, na tych ogromnych jak kraby skończywszy.

Tak teraz o tym myślę, to pewnie powinienem był zawrócić, ale udało mi się wleźć na szczyt. Całe trzysta trzy metry nad poziomem morza! Chodziło mi o wspinaczkę. Miejscówka nazwana Temple Crag jest o tyle intrygująca, że broni jej gęstwina i zaczyna się ją od góry, zjeżdżając na linach do podstawy, a następnie wspina się z powrotem na szczyt. Jeśli ktoś nie potrafi się wspiąć… ciężka sprawa, bo powrót przez las, którzy tu już niektórzy nazywają dżunglą, to gruba wyprawa.

Pobawiłem się na linach, popodziwiałem widoki na morze, górki, wysepki, na cały ten krajobraz o jakim marzyłbym, gdybym wykładał w tej chwili towar na półki w jakimś baraku bez okien, a następnie udałem się na sąsiedni zielony szczyt na którym zamierzałem spędzić noc.

Widok z Temple Crag na Pui O

Widok z Temple Crag na Pui O

Przez te wszystkie kurtyny pajęczyn wlokłem się, aż zaczęło się ściemniać. Udało się jednak wleźć na rzadko porośnięty grzbiet otoczony rondem wyspiarskich widoków skąpanych w czerwieni ostatnich promieni dnia. Zawiesiłem hamak między drzewami, skąd wcześniej przepędziłem pająki. Wbiłem do niego pozbywając się mrówek, komarów i pająków i zacząłem słuchać nocnego koncertu.

Jak głośno potrafi być w takim miejscu, to jest niesamowite. O różnych porach włączają się różni krzykacze, cykacze, bzykacze, a niektóre dźwięki wydają się nieprawdopodobne, niemal elektroniczne. Kilka razy budziłem się przekonany, że niedaleko ufoludki używają jakiegoś pikającego skanera, czy radaru. Raz podeszło mnie jakieś większe zwierzę usiłując dostać się do plecaka zawieszonego na gałęzi, ale narobiłem hałasu i wycięło prosto w krzaki. Samotna noc w takiej scenerii to niesamowite doświadczenie, a świat insektów słyszalny jedynie w mroku to niemal jak narkotyk dla uszu pobudzając mózg falami i częstotliwościami jakich nie da się wyobrazić. Zupełnie jakby oczami poznać nowe kolory o których nie miało się pojęcia.

Rano wzgórze było głuche. Ani śladu po nocnym koncercie. Do hamaka była przyklejona metrowa pajęczyna, a na niej pająk, który mógłby objąć bułkę. Dzień dobry.

IMG_9698Wyspy mają w sobie to piękno, że jeśli wystarczająco długo idzie się prosto przed siebie, zawsze dojdzie się na plażę. Doszedłem i ja, ale za ilość pajęczyn które zniszczyłem po drodze mam już chyba rezerwację w pajęczym piekle. Nad morzem oczyściłem się z pajęczyn, popływałem i akurat zajmowałem się suszeniem przepoconych ciuchów, gdy do niedalekiego molo zawinął niewielki prom. Spakowałem się w pół minuty i pobiegłem do niego jakbym był rozbitkiem spragnionym ratunku. Kapitan zaprosił mnie na pokład i wyjaśnił, że nie płynie do Hong Kongu, ale z przesiadką, lub dwoma mógłbym się tam dostać.

Był mały barek, klima, taras z drewnianymi ławkami, pusto. Perspektywa dnia spędzonego na piciu browarów pływając od wyspy do wyspy była kusząca. Na dodatek nie miałem już ani kropli wody. Zawahałem się na moment, po czym wróciłem na ląd. Chrzanić to. Bujać się klimatyzowanymi promami jeszcze będę miał czas. Przelazłem z powrotem w poprzek wyspy i znów były pająki, robaki, kłujące rośliny i jeden zielony wąż. Ten jednak był taki jak należy, czyli tak szybko się zawijał ze ścieżki, że mało się nie poplątał.

A jak dotarłem do Pui O, to byłem tak spragniony, że jak zamawiałem piwo, to słyszałem w uszach echo własnych słów.

IMG_9679

 

A jednak tak

IMG_9445Kiedy moja dziewczyna zobaczyła zdjęcia z plaż, natychmiast z rozmytym wzrokiem oznajmiła, że następnym razem ona też jedzie. Ucieszyło mnie to, bo zawsze to lepiej siedzieć na plaży z dziewczyną i krabami, niż z samymi krabami.

Hongkong należy do Chin! oznajmiają dumnie wszyscy Chińczycy wyrabiający sobie wizy do Hongkongu. My też załatwiliśmy formalności. I w drogę. Znów mijaliśmy granice, kamery, pociągi. Po kilku godzinach wylądowaliśmy na obiad na jednej z plaż. Dołączyła się do nas jakaś koleżanka koleżanki z Internetu. Ja miałem na plecach 25 kg szpeju, wody i jedzenia, a ona 0,5 kg kosmetyków w torebeczce. Wcisnąłem ją w taryfę do domu. Jedna stracona koleżanka w Hongkongu. Wiedziałem, że niedługo będziemy bardzo spragnieni i zmęczeni i nie zamierzałem niańczyć jakiejś zagubionej duszy.

Lampa straszna, a Chińczycy mają coś wspólnego z wampirami: wolą księżyc od słońca i makabrycznie boją się opalenizny. Dla nich oznacza ona, że ktoś jest rolnikiem tyrającym na polach ryżowych. Dla nas z kolei przerażająca jest blada skóra oznaczająca, że jest się molem biurowym i nie ma się czasu na wypoczynek.

Więc moja dziewczyna nie rozkoszowała się słońcem tak jak ja. Tym razem dobrałem starannie pogodę i odpływ morza, w związku z czym popołudniu znaleźliśmy bez problemów Waterfall Crag i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Ubierając but dostrzegłem pęknięcie w środku, pamiątkę po ostatnim wypadku. Zacząłem sztywno i niezgrabnie. Szybko jednak przestałem myśleć o wysokości, przeszłości, presji czasu z powodu przypływu. Tylko ja, skała i sprzęt. Siłowanie z grawitacją i wtykanie palców w dziury w skałach. W sumie głupia pasja, a do tego niebezpieczna. Ale jest w tym jakiś magnes…

Kiedy zrobiłem całą drogę (by być szczerym- jest łatwiejsza, niż się to wydaje na zdjęciu) wyłem jak wilk z radości i wskoczyłem goły do morza. Mam nadzieję, że odrobina kultury europejskiej nie zaszkodzi mojej dziewczynie. Pozjeżdżaliśmy razem na linie i zabraliśmy się w drogę na kolejną plażę.

Tuż po zmroku rozbiliśmy namiot na piasku i popijając wino słuchaliśmy szumu fal jak kojącego oddechu morza. Nie nadeszła oczekiwana bryza i noc okazała się gorąca jak w piekarniku. Budziłem się niczym w gorączce zlany potem i dopiero poranna kąpiel orzeźwiła mnie i odeszły poty.

Wodę pozbierałem dla nas po kropelce ze skał. Sezon wspinaczkowy otwarty. A to uczucie kiedy wlazłem na Waterfall Crag- czuję że będzie tliło się jeszcze długo gdzieś pod przeponą.

IMG_9471

 

Wspinaczka w Yangshuo

Wioska została odkryta przez wspinaczy na początku lat dziewięćdziesiątych, a obecnie kwitnie i rozwija się w szczycie swojej popularności.
Istnieje jakieś pół tysiąca obitych i całkiem dobrze przygotowanych dróg wspinaczkowych, wygodna baza oraz co najważniejsze wszystko jest w ładnej scenerii chińskiej prowincji. Międzynarodowych spinaczy reprezentują Amerykanie, Brytyjczycy, Australijczycy, Niemcy i Austriacy. Nie brakuje też lokalnych wirachów, którzy oczywiście śmigają po skałach jak to po własnym podwórku.
Jest sporo organizatorów wypadów jednodniowych, ale przy odrobinie ogarnięcia się, można się samemu wybrać w skały na rowerze. Z rozwojem turystyki i napływem gotówki pojawiają się problemy o to kto na kim zarobi. Wspinacze plątają się po polach ryżowych, gramolą się na skały, a lokalni rolnicy ani grosza z tego nie mają. Zarabiają hostele, restauracje i bary.
Te problemu musi sobie jednak Yangshuo samo rozwiązać. Pomaga kilka klubów i rozpoczętych inicjatyw środowiska wspinaczy. Póki co wspinaczka w Yangshuo kwitnie i ma się dobrze. W organizowanych zawodach brakuje tylko reprezentantów z Polski.

Zawody Deep Water Solo 2012:
http://wspinachina.blox.pl/2012/09/Zawody-Deep-Water-Solo.html

 

 

 

Wspinaczka

Yangshuo jest najlepszym i najbardziej zorganizowanym miejscem do wspinania w całych Chinach. Ma też aspiracje do pierwszego  miejsca w Azji doganiając powoli Tajlandię. Obecnie znajduje się tu pół tysiąca sportowych dróg wspinaczkowych jedno- i wielowyciągowych rozrzuconych wśród najbardziej malowniczych krasowych wzgórz na Ziemi. Wszystko pośród uroczych wiosek i pól ryżowych oraz dostępne w zasięgu krótkiej przejażdżki rowerem. Nieograniczone są możliwości pokonywania dziewiczych ścian skrytych w rozlicznych dolinach i bambusowych lasach.

Z takimi możliwościami, wspinaczka musiała mnie tu wcześniej czy później znaleźć, a że wspinam się z przerwami od kilkunastu lat, wiedziałem co robić. Po pierwsze unikać spadania. Za każdym razem kiedy ktoś wykręca kurze udko, czy skrzydełko, mi przypomina się odgłos mojej kostki chrupiącej na lodowcu w Rosji po krótkim upadku.

Nadal lubię wspinaczkę białą (bez liny), ale w wersji „deep water solo”, czyli popularnej tu wspinaczki nad głęboką wodą. W razie upadku wpada się do rzeki Li. Tylko magnezja zamaka. No i można się przeliczyć, o czym wiem po tym, jak to wspinałem się kiedyś w Czarnogórze i nie trafiłem w morze Adriatyckie, tylko w skały.

Ponieważ ściany mam tu dookoła, to wspinam się teraz niemal codziennie- głównie podczas trzygodzinnej przerwy na lunch. Przypomina mi to nieco uprawianie sportu w piekarniku, bo jest piekielnie gorąco, wszystko się nagrzewa, a skały czasem aż parzą. Ja widzę w tym jednak jedną zaletę. Kiedy plątam się po chaszczach w poszukiwaniu jakiś przyjemnych skał na free solo i kiedy wspinam się na coraz wyższe półki w poszukiwaniu jaskiń, wiem że przed upałem chowają się moi najwięksi wrogowie, których z pasją nienawidzę- węże.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.