Procent tęsknoty

Minęło parę tygodni odkąd jestem ciurkiem w domu i już nie sądzę, że Mini jest tak słodki, że ma się ochotę go schrupać. Jest tak głośny, że ma się ochotę go rozszarpać zębami. Rozumiem już ludzi uciekających przed obowiązkami rodzinnymi w tajgę, czy przebierających się za klauny, by wciągnąć podstępem dzieci do kanałów. Ale proszę nie myśleć, że zostałem nagle psychopatą, czy mamą Madzi.

hustawka1Zwyczajnie jestem od tygodnia niewyspany. A przecież planów na zagospodarowanie wolnego było ze czterdzieści. Tylko że Mini miał swoje własne plany, o których nas nie poinformował, a które jakimś cudem i niedemokratycznie przejęły nasze życie. Miały być snowboardy, baseny, górskie powietrze, odwiedzanie znajomych, a tu Mini zaplanował sobie na grudzień ząbkowanie, gorączkę, trzydniówkę, pokrzywkę, sraczkę, wizytę u lekarza i badanie moczu.

Nie wiedziałem, że całymi nocami można się tak drzeć jak koszula Rejtana. Zaczęliśmy z Nel chodzić niczym zombie. Ostatnio poszedłem spać o dwudziestej żeby przeżyć kolejne całonocne noszenie Mini na rączkach. Kiedy obudził mnie (chyba z trzeci raz z rzędu), poszedłem jak śnięty po niego aby podać go żonie do karmienia. Patrzę, a w rękach przyniosłem termometr. Syn został na stole. Zresztą to noszenie na rączkach to jakaś masakra. Kręgosłup mnie tak nie bolał odkąd dwanaście lat temu robiłem salto na nartach, ale udało się zrobić tylko pół.

Nagle gwizd! Dzwoni szef. Trochę mnie chwali, trochę się żali, że nie może nikogo ściągnąć z urlopów, bo powyjeżdżali, albo są na L4, a tu taka podbramkowa tragedia i ktoś musi do Belgii nagle jechać i jestem jego ostatnią nadzieją. Wiadomo, kto by się zgodził tak zaraz przed świętami, do tego pogoda słaba. Wysłuchałem go, westchnąłem ciężko do słuchawki, a język przygryzałem mocno, by nie zacząć błagać: zabierz mnie daleko, wysoko, w chmury, na turbinę, gdzieś, gdzie jest cicho, jakiś hotel, wyśpię się już w najtańszym, albo nawet w aucie.

Wyjeżdżać miałem następnego dnia. Zaczęła się gonitwa, załatwianie spraw i przyznam się, że trochę byłem podekscytowany. A potem był znowu telefon i odwołanie wyjazdu. Przełożenie na wiosnę konkretnie. I tak zostałem z lekką winą w środku, jakby wstydem, że najłatwiej byłoby tak uciec. Który rodzic wyjeżdżając za chlebem czuje sto procent żalu i tęsknoty za dziećmi? A który dwadzieścia procent tęsknoty i osiemdziesiąt procent ulgi? Ciekawe, którzy Polacy naprawdę odczuwają smutek z dala od domu, a którzy w czasie kontraktów w odległych krajach, na tych wszystkich budowach i warsztatach znajdują przestrzeń by bez pardonu i z uśmiechem się napić, wyspać i popracować w spokoju na kacu?

hustawka2Więc wróciłem do domu i przez moment miałem ochotę założyć ochraniacze słuchu, których używam do szlifowania. Uznałem jednak, że byłoby to nieetyczne. A potem taskałem Mini na rękach i robiłem, co mogłem (nawet wbrew własnym zasadom), aby go pocieszyć w tragicznych chwilach ząbkowania. Szeptałem mu do ucha: „Nie martw się… jak tylko to się skończy, resztę życia będzie już z górki. I jedz ty sobie już cukier, czy oglądaj reklamy, bylebyś tylko był cicho”.

Poklepałem się po plecach że może i nie jestem dobrym ojcem, ale przynajmniej jestem. Na razie.

Woda

zimawubMieszkamy co prawda w umiarkowanym ciemnogrodzie, ale muszę dodać, że również i w miejscu pięknym, za którym zawsze się tęskni, do którego chętnie się wraca (jeszcze chętniej się potem z niego wyjeżdża). Przeciętni ludzie tu są w większości nieskażeni uśmiechem, konserwatywni i ksenofobiczni, ale jak bliżej ich poznać, to oddaliby ci ostatnią koszulę. Jako przyjaciela potrafią ugościć zdejmując „publiczną twarz” i podając serce na dłoni. Z przeciętnym mieszkańcem ciemnogrodu można się dogadać po angielsku tak samo jak i po chińsku- czyli wcale.

W związku z tym wszelkie sprawy Nel muszę załatwiać wraz z nią, albo zamiast niej. Za granicą w urzędach jako obcokrajowiec sobie zawsze radziłem, ale w ciemnogrodzie jako tubylcowi przepala mi się bezpiecznik, a obcokrajowcom to już szczerze współczuję. Mam wrażenie, że nawet okryta złą sławą Rosja poszła do przodu zmuszając swoich urzędników i funkcjonariuszy do ukazania ludzkiej twarzy i uśmiechów. A w ciemnogrodzie nadal: raz paragrafem, raz młotem polską hołotę.

Nel została w domu, a ja pojechałem zawieźć kilka kilo papierów do prawniczki. Nel w domu ma jak u Pana Boga za piecem. Idealnie dla kobiety w stanie błogosławionym. A tu tym razem pod moją nieobecność przyszedł jakiś lokalny biały człowiek. Nel otworzyła drzwi. I co dalej? Oboje wygadani jak biedronki na betonie. Tajemniczy człowiek rzucił pełną moc na wszystkie obwody i zwoje w mózgu i w przypływie elokwencji i erudycji wypowiedział się w kosmopolitycznym stylu:

– Water…

W Chinach jest taki zwyczaj, że wszędzie, w każdym establishmencie, w lokum publicznym jak i prywatnym, w każdym banku, czy w szkole: dostaje się szklankę wody. Wchodzisz do restauracji- dostajesz szklankę wody. Czekasz na konsultanta, bo interesuje cię jakaś usługa- szklanka wody. Piękny zwyczaj, który docenia się jeszcze bardziej wiedząc, że Chiny mają ogromny deficyt wody pitnej.

Więc kiedy ten człowiek poprosił o wodę, Nel wykonała w tył zwrot, poszła do środka i chińskim zwyczajem przyniosła mu szklankę wody. Facet bardzo się zdziwił, bo on chciał zwyczajnie odpisać stan licznika.

Kiedy komunikacja zawodzi muszę wkroczyć ja i wszelkie sprawy mojej najdroższej załatwiam za nią. Nawet ginekologa. Co prawda lekarkę ma najlepszą na świecie, ale już inne ciężarne panie w kolejce nie są w stanie odpowiedzieć kto jest ostatni. Rejestracja i inne sprawy też muszą się odbywać po polsku.

Niedawno przybyliśmy do poradni ginekologiczno- położniczej na rutynowe badania i wydarzył się cud przed gabinetem: nie było kolejki; nie było nikogo. Zapukałem nieśmiało, narzuciłem się swoją osobą w rejestracji i już po chwili byliśmy u naszej ulubionej lekarki, która Tutaj trzeba zaznaczyć mówi płynną angielszczyzną.

Zobaczyliśmy naszego synka na jej czarno- białym skypie, posłuchaliśmy techno jego serduszka, wzruszyliśmy się, po czym lekarka poprosiła abym wyszedł. Dziewczyny zawsze zostają chwilę dłużej na jakąś babską imprezę, ale Nel nigdy nie chce mi wytłumaczyć co robią. Opuściłem gabinet, a na korytarzu zaskoczył mnie niemały tłum, jaki zdążył zebrać się w międzyczasie. Pojawiła się długa kolejka ciężarnych kobiet oraz druga do rentgena. Nagle poczułem, że wszyscy się z jakiegoś powodu na mnie patrzą. Nie wiem czy to przez moją brodę i długie włosy, które sprawiają że dla mieszkańców ciemnogrodu wyglądam jak tania Conchita Wurst, czy przez fakt, że wyszedłem z poradni ginekologiczno- położniczej, ale jakiś chłop uczesany na zaczeskę (na pożyczkę) złapał jedną ręką za swoją pierś, drugą babę za fraki i walną na cały głos:

– Patrz! Chłop był u ginekologa!

Jak nie dać się zeszmacić podczas chińskiej imprezy

Kultura picia i pracy jest taka: w Polsce pije się całą noc, a rano idzie się do roboty. W Chinach pije się godzinę, a potem zamyka się firmę, bo wszyscy umierają przez następną dobę.

Chińczycy w okrzykach Ganbei! (干杯gānbēi, dosłownie: sucha szklanka, czyli do dna) grzmocą co popadnie i jak najszybciej. Obcokrajowca bierze się w ogień krzyżowy toastów zapełniając jego szklankę na zmianę wódką ryżową, winem i piwem, a efektem końcowym może już być tylko stan, w którym zagranicznego gościa wypycha się na ulicę jak taczki: twarzą po glebie, nogami do góry. I nikt nie zwolni podjeżdżając tobą pod krawężnik.

Nie próbuj oszczędzać się na weselu, bo zakończy się ono przed szóstą i nie mam tu na myśli szóstej rano. Nie próbuj rozkoszować się winem, bo wszyscy się oburzą czemu nie opróżniasz szklanki w kilku łykach. Zresztą to i tak tylko podróba francuskiego wina. Pojawił się rumieniec i chemiczny posmak w ustach? Trudno- może przejdą po tygodniu. Dziewczęta wyglądają coraz piękniej? Zapomnij. Liczna eskorta zaparkuje cię twarzą w dziurze w podłodze cała dumna ze swojej chińskiej gościnności.

Chińskie imprezy odbywają się w restauracjach przy okrągłych i obrotowych stołach, zawsze suto zastawionych. Gospodarz siada twarzą do drzwi, gość honorowy po jego prawej, mniej ważny po lewej. Obok nich kolejni w hierarchii Chińczycy, na zmianę z zaproszonymi gośćmi. W ten sposób czy popatrzysz się w lewo, czy w prawo, ktoś krzyknie ci Ganbei! i wleje w gardło szklankę drętwej ryżowej wódki. Tyłem do drzwi siedzi mały tłum innych, mniej znaczących osób.

Wódka kosztuje już od kilku złotych za pół litra. Do większości restauracji można wnosić własne napoje. Za sprawą gościnności Chińczyków nie będziesz i tak mieć okazji oglądać rachunku. Nie będziesz nawet pamiętać tej części wieczoru…

O ile taka impreza może być fantastycznym doświadczeniem, to już kilka takich spotkań w miesiącu przeraża. Więc jak można nie dać się zeszmacić podczas chińskiej popijawy? Nie można. Spodziewaj się kaca życia.
Jest jednak sposób na przetrwanie, który kiedyś może uratować ci życie. Ryzykowny, ale pomocny. Wyjawiły mi go kiedyś nasze narodowe skarby, największe dobro eksportowe, szeroko uznawane i podziwiane polskie prostytutki. Albo raczej escort girls.

Na początku popijawy musisz pozwolić atmosferze się rozluźnić, a wszystkim oczom dookoła zmętnieć. Pamiętaj, że każdy bacznie cię obserwuje. Pij i baw się, bo nie masz wyjścia. W drugiej fazie możesz zacząć się oszczędzać za sprawą sztuczki- prostytuczki. Tylko nie daj się przyłapać! Jeśli wpadniesz na oszukiwaniu przy piciu- polski naród się ciebie wyprze, a nasz rząd podczas tajnego posiedzenia w podziemiach Wawelu odbierze ci obywatelstwo i paszport.

Działa to tak: masz przed sobą szklankę z wódką ryżową i kubeczek z herbatą. Ktoś zawsze dba aby były pełne, więc musisz działać szybko. Nadpij herbatę do połowy zanim ktoś krzyknie Ganbei! chuchając ci w twarz, odpowiedz na jego toast, napij się wódki, ale nie przełykaj. Zrób tylko krzywą minę. Podnieś teraz szybko do ust kubeczek z herbatą i wypluj dyskretnie wódkę. Wprawne prostytutki potrafią wypluwać markując zarazem przełykanie. Odczekaj następnie chwilę i opróżnij kubeczek z herbatą/ alkoholem do miski na odpady jaka powinna znajdować się na stole. Powtarzaj do chwili, kiedy ktoś kto nie zna sztuczki- prostytuczki zacznie rzygać dookoła i impreza się zakończy.
Wariant łatwiejszy obejmuje nadpitą do połowy butelkę koli zamiast kubeczka herbaty. Powodzenia.

Polska kontra Chiny- Runda 2

polska kontra chiny

Napisałem jakiś czas temu, że Polski i Chin porównywać nie można. A potem porównałem pisemnie. Następnie obiecałem, że więcej porównywać już nie będę. Post jednak wywołał jak na mój blog burzę komentarzy (trzy) oraz maili (pół maila- drugie zdanie było na inny temat). Idąc za ciosem zebrałem drugą rundę porównań w starciu Polska kontra Chiny.

Koza z nosa- co robić?

Polska- nie przyznawać się. Chiny- pokazać rodzinie.

Wiadomości

Polska- koniec świata, ebola, nieuczciwi przedsiębiorcy, umieramy, wszyscy chcą nas oskubać. Chiny- jest wspaniale, kwitną brzoskwinie, przestępca został ukarany, pociągi jeżdżą coraz szybciej.

Reklamy

Polska- leki, leki, leki. Chiny- KFC, herbata, BMW.

Używanie klaksonu

Polska- ty ch**u, krew mnie zalewa! Chiny- uwaga jadę, wjeżdżam, przejeżdżam, nic się nie dzieje.

Ślina

Polska- nawet nie wiesz kiedy przełykasz. Chiny- nawet nie wiesz kiedy plujesz.

Własny napój przyniesiony do restauracji

Polska- przepraszam, ale tu nie można pić własnych rzeczy. Chiny- nie ma problemu, mamy tu jeszcze szklankę wody i dzbanek herbaty za darmo.

Znak stop

Polska- stop. Chiny- wciśnij klakson i jedź powoli patrząc w przód i udając, że nic nie widzisz po bokach.

Jak urodzi się dziewczynka

Polska- nie ma problemu, i tak sobie zmieni płeć jak się jej nie będzie podobać. Chiny- nie ma problemu, jeszcze nie jest za późno na aborcję.

Łamanie przepisów ruchu drogowego

Polska- łamiesz jak policja nie widzi. Chiny- policja nie widzi jak łamiesz.

Potrąciło cię auto na zielonym, poślizgnąłeś się na plamie w sklepie i złamałeś rękę, etc.

Polska- jesteś szczęściarz: będzie odszkodowanie i wolne w pracy. Chiny- jesteś pizda: dojechała cię selekcja naturalna.

Pomysł na biznes

Polska- zapomnij, i tak większość firm pada w drugim roku. Chiny- nawet nie trzeba pomysłu; zwyczajnie kopiuj to co robią inni, a będziesz ustawiony już w drugim roku.

Znak zakaz wjazdu

Polska- zakaz wjazdu. Chiny- co to jest znak zakaz wjazdu?

Testowanie na zwierzętach

Polska- zakazane. Chiny- obowiązkowe.

 

Chiński Nowy Rok i zarzygany autobus tańczący pośród gór

dziadekUwaga! Drastyczne opisy plucia i wymiotowania.

 

Dopiero wróciłem z Polski po jednym wolnym, a tu chcąc nie chcąc zacząłem kolejne. Wyruszyłem w drogę do prowincji Hunan świętować Nowy Rok. Drugi raz w tym miesiącu. Następnym razem może spróbuję jeszcze wcisnąć w środek prawosławnego sylwestra.

Na dworzec pędziliśmy żeby się nie spóźnić, ale na miejscu okazało się, że będziemy czekać pół dnia na uwięziony w korkach autobus. Usiadłem w tłumie. Kiedy gość koło mnie zaczął charczeć i się dusić przestraszyłem się, że będę musiał udzielać pierwszej pomocy. Szybko zacząłem przypominać sobie chwyt Heinekena, lecz on zdążył już wypluć na podłogę dworca spektakularną flegmę.

Potem jeszcze raz dałem się nabrać, że się krztusi, po czym zobojętniałem na jego charkania i plucia. Przechodnie roznieśli tą zielono- brązowo zygotę na butach we wszystkie strony.

I tak gdzieś w różnych zakątkach dworca autobusowego powstało nowe życie.

Udałem się do ubikacji zwanej w języku chińskim „myć- ręce- pokój”. Musiało wydarzyć się tam coś ponad zwyczajne mycie rąk, bo po tym co zobaczyłem powziąłem chińskie noworoczne postanowienie- powstrzymanie się od korzystania z ubikacji publicznych.

Potem wsadzili nas w busa, podwieźli gdzieś i przepakowali do autobusu, a następnie odjechaliśmy ku przygodzie. W poprzek chaotycznego placu budowy jakim jest prowincja Guangdong. Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się na parkingu usłanym ściółką śmieci. Obiecałem sobie że nie pójdę do ubikacji i tkwiłem w tym postanowieniu stojąc wraz z innymi pasażerami i podziwiając potęgę żywiołu- pożar trawiący okoliczny las oraz unoszące się kłęby czarnego dymu. Pożar, śmieci, korek. Scena wyglądała jak koniec świata, a to tylko chiński koniec roku. Nagle zachciało mi się do ubikacji i zorientowałem się, że obok mnie kupka jakieś dziecko w objęciach mamy akompaniującej mu za pomocą efektów dźwiękowych. Skutecznych efektów dźwiękowych. Ja musiałem tkwić w swym postanowieniu.

Niektórzy pasażerowie pojedli coś na tym parkingu i niespełna godzinkę po odjeździe- bije się w klate, że piszę prawdę- zaczęły się cofki. I to nie autobusu. Słyszałem już o takich zarzyganych autobusach i zawsze chciałem to zobaczyć na własne oczy. Moje marzenie się spełniło.

Kiedy wjechaliśmy na kręte górskie drogi prowincji Hunan zaczęło się od pana za mną. Najpierw szelest worka. Coraz bardziej nerwowy, bo one są zawsze tak sklejone, że potrzeba kilku lat doświadczenia na kasie w markecie, by nauczyć się je zgrabnie otwierać. Zdążył. Autobus nie przestawał tańczyć na serpentynach.

Następna była pani przede mną (taki zarzygany kącik mi się trafił). Wcześniej walczyła o miejsce przy oknie. Teraz to się na niej zemściło, bo zerwała się i zaczęła rozglądać nerwowo, cała zielono- pomarańczowa. Oczami wyobraźni widzę jej plan: przeprosić sąsiadkę, wyjść z gracją na środek, przekroczyć bagaż, udać się do kierowcy i poprosić o zatrzymanie.

Sroga rzeczywistość zweryfikowała ten pomysł. Zaczęła już słabo- poturbowała sąsiadkę. Następnie wyłożyła się na pierwszym bagażu i na kolanach puściła pawia z głośnym międzynarodowym zawołaniem „Yyuuuuuuueeeee!”

Potem był jeszcze jeden pan nieco dalej z przodu, ale już na mniej spektakularny sposób i ciuchutko jeszcze jedna dziewczyna. Oczy zaczął mi trawić lotny kwas żołądkowy unoszący się w autobusie. Nie było to aż tak wspaniałe wydarzenie, jak pamiętne wymiociny w Tsagan Saar w Mongolii, ale było to zupełnie jak w opowieściach o zarzyganych autobusach tańczących pośród gór, które słyszałem już kilkakrotnie.

Z pojazdu wysiadłem późno w nocy w dobrym humorze nie spodziewając się, że od teraz jednak będę miał przesrane. Dosłownie i w przenośni.

Palenie zabija czas

 

16- palaczka

Chińczycy ignorują informacje o szkodliwości palenia i rozpuszczają się w nałogu. Poza głównymi metropoliami palić można niemal wszędzie, a zakazy są ignorowane z rozkoszą. Nie ma się co dziwić, w końcu ChRL to największy producent i konsument wyrobów tytoniowych. Aż dziesięć procent dochodu tego kraju pochodzi właśnie z papierosów.

 

Na prowincji paczka kosztuje dwa złote (przydziały dla rolników) i kiedy wylądowałem w Yangshuo przeraziła mnie wizja odcieni żółci i brązu na palcach i zębach cze

kająca mnie jeśli rozpuściłbym się w nałogu. A jakość tytoniu pozostawia wiele do życzenia. Widziałem nawet papierosy w których zamiast filtra znajdował się tytoń, choć wyglądały na zwyczajne malborasy.

 

Nie rzuciłem palenia. To palenie rzuciło mnie. Z herbatką w ręce obserwowałem odtąd jak znajomi rozpuszczają się w hedonistycznych kłębach.

 

16- zolw

Zapach taniego tytoniu nie pociąga mnie póki co. Jednak na widok palącego żółwia poczułem, że czegoś mi brakuje, że wypadam słabo. Bo to papieros właśnie sprawia, że jest się fantastycznym bez względu na to czy jedzie się czołgiem, czy rowerem i czy jest się Johnnym Deppem, czy żółwiem.

 

Historia idzie tak, że właściciel wcisnął pupilowi szluga by nie dać się ugryźć. Ten zajawił się od pierwszego bucha i teraz  złości się jak nie wypali pół paczki dziennie. Tak więc jak ktoś czuje się jak żółw, to można poprawić sobie wizerunek i samopoczucie petem. Najlepiej poza granicami Unii.

ps.

Przyznaje, ze dziewczynce szluga dorobiono w fotoszopie. Zolw jednak jest 100 % prawdziwy. Jak ktos wierzy doniesieniom chinskich mediow…

Henna jesienna

 

zmorza

Czytałem, że umieszczanie w sieci zdjęć z wakacji i plaży może powodować u znajomych depresję. Dbając o formę swoich czytelników (czyt.: pragnąc pogrążyć co niektórych w jesiennej melancholii) informuję, że z ostatniej wycieczki nad morze przyniosłem sobie patyk, kawałek styropianu i prawdziwy pumeks. MacGyver zrobiłby sobie z tego ajfona, a Bear Grylls hamak. Ja jeszcze się waham.

 

Tak czy siak mam patyk, kawałek styropianu i prawdziwy pumeks. Ha!

 

P.S.

Dowiedziałem się, że henna jesienna poprawnie nazywa się chandra jesienna, lecz tak się nie rymuje. Tak więc wszystkim bez patyka, kawałka styropianu, czy prawdziwego pumeksu życzę udanej henny- jesienny.