Warto uczyć się języków

IMG_0176Języków obcych uczyć się warto, gdyż nagroda od życia za włożony trud jest zawsze słodka. Zwłaszcza kiedy uczy się języków, których jak zakładają lokalne osoby- przyjezdni nie znają. Tak jest z chińskim i mongolskim, bo autochtoni zawsze myślą, że biały nic nie rozumie. A ponieważ nauka języka to ciąg nieporozumień i gaf, to trudno.

Od jakiegoś czasu chodziła za mną szklanka dobrej whisky. Odwiedziłem kilka barów chrząkając i pytając moim najlepszym mandaryńskim czy jest whisky. Odpowiadało mi regularnie takie zmieszane spojrzenie skrzyżowane z zażenowaniem. W ostatnim barze pocisnąłem. Wiem że jest whisky. Ostatnio było! Nic. Po angielsku też nic nie wskórałem. Poskarżyłem się swojej dziewczynie. A jak pytałeś? Odparłem, że: Yǒu wèishēng jīn ma?Parsknęła śmiechem. Wèishēng jīn (卫生巾) to podpaska. Whisky to wēishìjì (威士忌). Wyszło na to że latałem po knajpach pytając barmanki o podpaski.

Podobnie było w pierwszym roku nauki, kiedy szwędałem się po Yangshuo zagadując różnych Chińczyków. Większość mi wybaczyła tamten błąd, zwłaszcza ci starsi, ale kilka razy wystraszyłem jakieś młode dziewczyny. Okazało się, że zamiast zwrotu Chciałbym cię zapytać, czyli Wǒ xiǎng wèn nǐ yīxià (我想问你一下) mówiłem Chciałbym cię pocałować, czyli Wǒ xiǎng wěn nǐ yīxià (我想吻你一下).

Trochę lepiej z moim rozumieniem ze słuchu. Czasem słyszę jak Chińczycy komentują coś na mój temat zakładając, że nie rozumiem. To trochę jakbym słyszał głosy w ich głowach. Zdarzyło się że laski w windzie mówiły cicho: a takie włosy to bym mogła mieć. Nagminnie sprzedawcy zawyżają mi cenę i się do tego przyznają komentując to znajomym.
Ostatnio byłem na kursie który prowadzę w Software Park. To Chińska dolina krzemowa. Mam tam treningi z pracownikami jednej z największych firm na świecie produkujących mikroczipy. Ochrona w beretach, przepustki, goście w garniturach ze słuchawkami w uszach i tony elektroniki. Telefony, które może wejdą na rynek.
Siedziałem na kawie i zdawało mi się, że zza kwiatka coś po chińsku komentuje każdy mój ruch. Dopiero kiedy zebrałem się i zacząłem wychodzić zobaczyłem ochroniarza w garniaku. Obrócił się do mnie plecami, naciągnął kabelek pod usta i powiedział półgłosem: Obiekt w ruchu, obiekt w ruchu.

Najważniejszy jak dla mnie moment kiedy rozumienie języka się opłaciło miał miejsce w Ułan Bator. Mój mongolski jest słaby, ale wystarczyło go aby uratować mi parę zębów, wstrząs mózgu i nos jakim jest. Miałem wtedy ciężką noc. Nawet nie wiedziałbym jak zacząć to powiadać. Po prostu udaną noc w Ułan Bator. Dowlokłem się do nocnego sklepu po paczkę fajek i duże zimne borgio. Obok mnie kiwał się na nogach Mongoł uwieszony na również pijanej damie. Zaczął litanię: A ci ruscy *&%#$ ci #*%@ ruscy. Ja tych #%@* ruskich…

Zrozumiałem wystarczająco by się domyślić co się będzie działo. W szybie za ladą zobaczyłem jak zataczając się obchodzi mnie z tyłu i staje między mną a wyjściem. Zgarnąłem fajki, browar, a on dalej gadał: A tego ruskiego to ja #$@*&. To była ciężka noc i tylko ktoś kto mieszkał chwilę w Ułan Bator może zrozumieć co mam na myśli mówiąc, że ma się już problemów po dziurki w uszach. Obróciłem się, popatrzyłem się na niego i powiedziałem po mongolsku dwa zdania z lekcji numer jeden: Nie jestem z Rosji. Jestem z Polski.
Zamurowało go, a ja odpaliłem papierosa i wyszedłem. Dla takich chwil warto uczyć się języków obcych.

Reklamy

Pralka

Zdjęcie pralki było nudne, więc wrzucam zdjęcie roweru

Zdjęcie pralki było nudne, więc wrzucam roweru

Obecne mieszkanie wynajęliśmy tanie, w starych budynkach z obsmarkanymi klatkami schodowymi których nikt nie sprząta. Z oszczędności i dla uroku tego miejsca bardziej chińskiego od tych nowych szklanych termitier. Dla straganów śmierdzących chòu dòufu, smażonymi kalmarami i rybami. Dla okolicznej tętniącej życiem wieczornej atmosfery.

Niezbyt bezpieczne miejsce, ale kratę zamykam jak szopę- na kłódkę po wewnętrznej stronie i zawsze zostawiam włączone radio i światło wieczorem. Może dzięki temu okradli sąsiadów, a nie nas. Mieszkanie nie było jednak najtańsze z możliwych, bo płaci się słono za luksus chińskiej pralki i śmiesznych mebli. Mam kanapę niedużo większą od fotela i od której boli mnie kręgosłup oraz biurko stojące na zabudowanym balkonie włączonym do pokoju.

Najważniejsza była pralka. Tylko że się zaraz zepsuła, a właścicielka powiedziała, że mamy naprawiać! Już widzę swoją kaucję, dwa miesiące z góry, jak unosi się na falach coraz dalej i dalej ku zachodowi słońca machając mi na pożegnanie. Na dodatek choć pralka miała raptem dwa lata, to już takich nie produkują. Części też nie ma.
Zadzwoniliśmy po majstra. Przyszedł, nabrudził, powiedział że komputer trzeba nowy, skasował nas i tyle go widzieliśmy. Drugi majster zrobił mniej, nabrudził więcej, zaśpiewał jeszcze drożej i też się już więcej nie pokazał. Trzeci powiedział do telefonu ile sobie liczy za samo zjawienie się i postanowiłem już sam zakasać rękawy. Szczególnie iż tata dał na skypie złote uwagi odnośnie natury pralek.

I tak sam nabrudziłem i stwierdziłem, że racja: komputer się spalił. A na zakończenie majsterkowania jeszcze z jakiegoś powodu woda z kuchni zaczęła wylewać się w kiblu dziurą w podłodze i zaczęło śmierdzieć i zalało całą łazienkę. Jakieś trzy metry kwadratowe z których prawie połowę zajmuje pralka. Poszedłem kupić żmijkę, szczotkę i przepychaczkę. Kreta nie było.
Wepchałem żmijkę w podłogę, wyszła w kuchni pod zlewem. Wepchałem w drugą dziurę w podłodze, wyszła pierwszą i dźgnęła mnie od tyłu obsmarowana jakimś syfem. Rozebrałem najpierw siebie, bo gorąco się zrobiło, a potem rurki, kolanka i syfonik. Wyszły robaki oraz rozsypały się wszystkie uszczelki i przy okazji też zawiasy od szafki. Po godzinie zrobił się bajzel i zablokowała mi się żmijka, ale niedługo potem udało się i przetkałem odpływ i uratowałem honor mężczyzny.
Tylko nie pralkę i teraz pierzemy ubrania ręcznie. Tarka, mydło- miska, ciepła woda. Tak się zaczyna wspaniała przygoda…

Nie było łatwiej w Mongolii kiedy spalił się silnik chińskiej pralki i nakopcił mi w mieszkaniu jak Snoop Dog. Zarządca mieszkania- sympatyczna Mongołka zareagowała nad wyraz szybko. Już po kilku tygodniach zjawiła się z zaskoczenia, a z nią sznurek ludzi: jej syn, majster, pomagier majstra, ktoś, kierowca…
Zabrali się za rozbieranie pralki w przedpokoju, granie na gitarze w salonie i oglądanie moich rysunków. Musiałem akurat pędzić na zajęcia, więc z ciężkim sercem zostawiłem ich samych. Ufałem jednak swoim umiejętnościom i liczyłem, że nie znajdą ukrytego paszportu i siedemdziesięciu dolarów.

Kiedy wróciłem popołudniu, nadal byli w mieszkaniu. Pichcili coś w kuchni, śpiewali piosenki w dużym pokoju i składali pralkę. Naprawili ją niszcząc przy okazji podłogę oraz obdzierając i brudząc smarami tapetę. Kiedy wreszcie poszli, mieszkanie było obrócone do góry nogami jak po moich piątych urodzinach. Miałem jednak rację: paszport i moje oszczędności były dobrze ukryte. Sam nie mogłem ich odnaleźć przez tydzień.
Pralka stała na co dzień w przedpokoju, a że zużył się wąż ogrodowy do napełniania jej, wniosłem ją do łazienki, wstawiłem w wannie i napełniłem prosto z prysznica. Prała.

Ale nie odpływała woda. Okazało się, że całą pralkę pełną wody i ubrań musiałem przewracać najpierw na bok, a potem do góry nogami, by wylewać z niej brudną wodę. Po kilka razy przy każdym praniu i stojąc rozkrokiem na brzegach wanny. I robiłem tak przez kilka miesięcy nie chcąc już nikogo prosić o pomoc.
Czasem chciałbym zamieszkać w kraju gdzie można wynająć mieszkanie z pralką niemiecką, japońską, czeską, polską… jakąkolwiek tylko nie chińską! I jeszcze żeby był porządny serwis i naprawa. Amen.

Kierunek Azja

Jak bardzo nie nabijałbym się z Mongolii w tym blogu, to jeszcze zanim wróciłem na Święta do Polski, miałem już bilet powrotny do Azji. Tym razem jednak postanowiłem wybrać kraj z większym rozmysłem, ponieważ pochopnych decyzji mam już cały plecak. Kiedyś studia wybrał mi kolega. Raz też zgłosiłem się na ‘selekcję’ i musiałem parę ładnych dni gonić po Drawsku zanim mnie wyrzucili. Na dodatek przez jedną dobę byłem skuty kajdankami z gościem mającym rozwolnienie. Mongolię wybrała Cathy, bo miało być więcej koni niż ludzi. I na półtorej roku utkwiłem w suchym i betonowym Ułan Bator pełnym bezpańskich psów.

 Wydaje mi się, że Azja to kierunek nowej emigracji. W końcu sześć z dziesięciu najszybciej rozwijających się krajów znajduje się na tym kontynencie. Mongolia jest dziesiątą najszybciej rosnącą ekonomią, a w 2010 roku jej giełda papierów wartościowych miała największe na świecie wskaźniki wzrostu.

Dodatkowo lista bezużytecznych języków których się w życiu nauczyłem zrobiła się zbyt długa.  Tym razem postanowiłem sięgnąć więc po coś przydatniejszego, niż np. mongolski. Udaję się więc do Chin. A co ja wiem o Chinach? Tak samo mało, jak o Mongolii półtorej roku temu.

Wiem, że Chiny mają największy wzrost PKB na mieszkańca i że to najstarsza ciągle trwająca cywilizacja na świecie. Są oazą jednych z najegzotyczniejszych stworzeń i obyczajów znanych kolorowym magazynom i filmom dokumentalnym w HDD. To również dom jednych z największych i najpaskudniejszych miast, które bardzo chciałbym skomentować. Niestety pośród wielu wspaniałych rzeczy, tuż obok wielkiego muru Chiny posiadają wielki firewall i używanie platform blogowych jest ocenzurowane (nie ma również Google, facebooka i pewnie też naszej klasy).

I to jest powód dla którego zalegnie tu cisza z mojej strony.

Co jest prawdopodobnie dobrą rzeczą, bo gdybym kontynuował w takim tonie, w jakim komentowałem poczciwych Mongołów, to pewnie skończyłbym z dziurą w potylicy. A moi rodzice dostali by pocztą polską rachunek za kulkę.

Będę nadal pisał swoją historię i mam nadzieję, że kiedyś ją usłyszysz, choć jestem przekonany, że nie jestem ani interesujący, ani nadzwyczajny w tym wszystkim co robię. Przeczytałem niedawno relację ze starego wyjazdu na Syberię spisaną przez koleżankę. Wspomniała mnie cztery razy. Raz, że popiłem z ruskimi i odpadłem. Drugi raz że wymiotuję. Trzeci raz, że zostawiłem „registrancje” gdzie nie trzeba i na koniec, że skręciłem nogę i wracam do domu.

Tak więc nic osobliwego w tym co robię nie ma. Bo ja jestem tylko zwykłym nauczycielem.

Nauczycielem z pudłem opowieści.

Dlaczego choinki są zawsze zielone- Legenda

Już na początku grudnia Ułan Bator ozdobione zostaje choinkami i świecidełkami, a telewizja przełącza się na tryb ‘wesołych świąt’. Na głównym placu staje ogromne drzewo ozdobione czerwoną sowiecką gwiazdą. W sklepach panuje szał promocji i do tej pory zastanawiam się, czy fakt że niekatolickie kraje pośrednio świętują Boże Narodzenie to triumf czy upadek naszej tradycji. Święta stały się ogólnoświatowym manifestem konsumpcjonizmu i dobrobytu.

 

Uważam, że jest to jedno z piękniejszych świąt, bo każdy chyba w środku długiej zimy z dołującymi nocami cieszy się na oświetloną choinkę wstawioną w dużym pokoju, prezenty i ucztę. To chyba tradycja sięgająca jeszcze czasów, gdy mieszkaliśmy w jaskiniach. Niedawno podczas dyskusji na ten temat usłyszałem Mongolską legendę o tym, dlaczego choinki są zawsze zielone.

Na początku istnienia Ziemi, wszystkie drzewa jednakowo traciły liście jesienią. Ponieważ Erleg Chan przyniósł Światu chorobę, również ludzie umierali, gdy się zestarzeli. Był jednak kruk, któremu żal było ludzi i postanowił przywrócić im oryginalną nieśmiertelność.

W tamtym czasie ogromna góra zwana Humber Ula wyrastała w samym środku Świata, a jej szczyt dotykał wrót do wyższego wymiaru. Na tymże szczycie rosła osika ze złotymi liśćmi. U jej korzeni znajdowało się źródło wody życia. Ktokolwiek napił się z tego źródła zawsze wracał do zdrowia i mógł żyć wolnym od wszelkich chorób.

Kruk udał się do źródła wody życia i nabrał do dzioba tyle napoju, ile mógł zmieścić. Chciał przynieść tą wodę ludziom aby mogli dostać przynajmniej po kilka kropli i stać się nieśmiertelnymi. Kiedy leciał z powrotem na ziemię, zbliżył się do choinkowego gaju obok obozu ludzkiego. Nagle sowa zahuczała spomiędzy drzew. Przestraszony kruk otworzył dziób i rozlał wodę pośród choinek.

I dlatego też choinki pozostają zielone przez cały rok, podczas gdy liście innych drzew, podobnie do ludzi rosną, starzeją się, opadają i umierają.

Dla czytelników życzę Wesołych Świąt, rodzinnej atmosfery oraz zdrowia. Dla tych pracujących i podróżujących, będących teraz  daleko od domów życzę, pokrzepienia nastrojów i znalezienia jakiś dobrych ludzi do spędzenia wspólnie wigilii.

 

Powrót do przyszłości

W Ułan Bator dołączyłem do koktajlu najdziwniejszych osób zebranych w jednej zamrożonej szklance. Wśród nich P., bezrobotny antropolog kursujący między Mongolią i Alaską, J., były żołnierz Bundeswehry i „emerytowany” najemnik, S., bezrobotny Brytyjczyk wracający do UB już po raz czwarty, L., aktorka z Londynu oraz Afrykanie, którzy Mongołów fascynują i łatwo znajdują tu zatrudnienie jako reklamówki szkół i firm. Bo jak to kiedyś powiedział mi polski misjonarz w Rosji: z Afrykanami to jest o tyle dobrze, że nie gubią się w śniegu.

W pewnym momencie zorientowałem się, że znajomi zaczęli zadawać mi te same pytania, które ja zadawałem kiedyś tym, którzy kończyli kontrakty i udawali się w dalszą podróż, lub powrót do domu. Jak wielu innych przede mną odbyłem w Mongolii tą samą drogę od fascynacji, przez zniesmaczenie do sentymentalnego zakończenia. Około dwudziestu osób urządziło mi huczne pożegnanie. Koleżanki z pracy zaczęły pytać czy wrócę. Co miałem powiedzieć? Że zawsze pakuję się w noc przed podróżą, ale tym razem spakowany byłem już na tydzień przed odlotem? Odpowiedziałem „może”. Ktoś zapytał co zrobię pierwsze, gdy zjawię się w domu. Pamiętam jak rok temu zapytałem o to samo Brenta wracającego do L.A. Odpowiedział, że znajdzie Mongoła i go spierze za wszystkie zniewagi jakich doznał w UB. Ja zwyczajnie dobiorę się do spiżarki w domu.

Ktoś inny zapytał czego będzie mi brakować i za czym będę tęsknić…

Chaosu, codziennych utrudnień nadających kolorytu, rewii mody futrzanych czap i skór, ruskiego kawioru, koreańskich słodyczy, restauracji z całej Azji. Przede wszystkim jednak będzie mi brakować najdziwniejszej mieszaniny ludzi z różnych środowisk i krajów z jakimi przyszło mi dzielić chwile. Nazwałem ich „upadłymi aniołami Azji”. Kolorową mieszaniną ekspatów, którzy czasem nie wiedzieli w co się pakują przyjeżdżając tu, a czasem nie mieli innego wyjścia. Gdzie indziej na świecie mógłbym sączyć piwo z grzesznym misjonarzem, spłukanym obieżyświatem i pedofilem- alkoholikiem? Ich historie mogłyby napędzić niejedną książkę o tym jak dziwne jest życie.

Historia C. z Wielkiej Brytanii to standardowy przykład z życia w Azji. Kiedy zdecydował się na przyjazd tutaj, jego mama dzwoniła do firmy strasząc, błagając, usiłując przeszkodzić w tej decyzji. W bólu pozwoliła zostać C. na pół roku. Skończyło się na kilku latach i ślubie z Mongołką w tradycyjnym stylu. Podczas ceremonii mama wyglądała mi na szczęśliwą. C. z żoną mieszkają teraz w Szanghaju.

B. nie cierpiał UB. Nawet nie wiem ile razy pakował się w jakieś kłopoty. Wrócił jednak tutaj dla prześlicznej Mongołki. Kiedy już mieli wyjeżdżać do USA okazało się, że pracowała nad swoją wizą na dwa fronty i wybrała tego drugiego. B. powrócił do stanów.

J. z Arizony poznał UB na wylot jako mormoński misjonarz. Po zakończeniu misji nie znalazł się w domu i wrócił do Mongolii na własną rękę. Nikt nie zna tego miejsca, języka i kobiet lepiej niż on. Niedawno pracował jako kierownik baru i nie stronił od drinków. Tydzień temu zaręczył się z lokalną dziewczyną.

T. podróżował po świecie i imał się różnych zawodów. Mongolia okazała się dla niego przystankiem dla odpoczynku i odłożenia nieco pieniędzy. Miał ciekawą wiedzę o tym jak kontrolować i wykorzystywać w użytecznych celach sny. T. pracuje obecnie jako kelner w Seattle.

S. to jeden z tych niesamowitych typów, którzy utrzymują kilka niewiedzących o sobie rodzin w różnych krajach. Co miesiąc zaczyna nowy interes by wyrobić na swoje kobiety. Ostatnio- jak niemal co miesiąc- splajtował.

C. to wynik miłości hipisów z Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.  Oraz chodzące nieszczęście. Przyjechał tu jakiś czas po wypadku w którym potrącony przez auto zapadł w śpiączkę. Obudził się z krwiakiem w mózgu, tykającą bombą, która oznaczała dla niego najgorszy scenariusz. W UB szybko stracił w kradzieży laptopa. Następnie po pobiciu pod mieszkaniem musiał przyklejać sobie ruszające się jedynki. Ostatnio dowiedział się, że rodzice mieli tragiczny wypadek samochodowy. Nadal mieszka w UB.

M., były wykładowca na jakimś uniwersytecie w stanach. Po wyroku. Przypuszczam że dał nogę z USA będąc na warunkowym. Pracował w całej Azji, zna kupę języków. Z Mongolii do Rosji wyjeżdżał trzy razy, lecz za każdym razem był zbyt naprany żeby przekroczyć granicę. Być tak pijanym, że nie wpuszczą cię do Rosji to całkiem imponujące. Innym razem zalany niemal w trupa opowiedział historię, z której wynikło, że jest pedofilem.

Byłby więc drugim, którego tu poznałem, bo jakkolwiek szokujące wydaje się to w rozwiniętych krajach, w Azji jest akceptowane. Co dla nas jest patologią, dla azjatów może oznaczać najczystszą, nieskazitelną miłość. I choć np. USA ściga swoich obywateli za przestępstwa popełniane w innych krajach, to prawdopodobieństwo wpadki jest małe. Pedofilów przyciąga do Azji wiele rzeczy: dziecięce prostytutki w Tajlandii, czy lolikon- dziecięcy przemysł pornograficzny w Japonii (dozwolona jest tam inicjacja seksualna nawet w wieku 13 lat). Istnieje też coś zwanego shotacon (ショタコン), czyli droga młodego chłopca. W wielu krajach Azji brakuje stosownych regulacji, a np. w Indiach, jak wskazują badania 53% nieletnich doznaje nadużyć seksualnych…

M. obecnie pozostaje w Mongolii. Pracuje w szkole.

Odszedłem jednak od tematu. Nie o tym miało być tu. Za pedofilami zdecydowanie nie będę tęsknić. Co jednak chciałem dać do zrozumienia, to fakt, że nie wszystko da się zrozumieć. Że to jest kompletnie inny świat i inna kultura, a dobro i zło nie dzieli taka sama jasna linia jak na Polskiej fladze. Wszystkie te „upadłe anioły Azji” z którymi przyszło mi dzielić minione półtorej roku doskonale mi o tym przypominały na każdym kroku. Dziś żegnam się z nimi i raczej nigdy już się nie zobaczymy. Jutro o tej porze będę siedział w samolocie niosącym mnie do domu.

Ułan Bator, 13 Grudnia 2011

Mongolskie krowy w swetrach i bez

 

Bez komentarza.

Muzyka tradycyjna

Z cyklu mongolska muzyka prezentuję artystkę Erdenechimeg w utworze Buural Mori (Słabnący Koń) z albumu Tungalag Tamir. Ta tradycyjna forma śpiewu zwana jest „długą pieśnią”.

Do wysłuchania tutaj.

(Pozostałe posty zawierające mongolską muzykę znajdują się tutaj).