Wczasy instant

IMG_2052

Sprawa jest kompromitująca, ale nie da się tego ukryć bez lęku, że kiedyś wypłynie to na światło by ugryźć moją reputację w tyłek. Lepiej przyznać się od razu. Tak, taki długoletni włóczykij jak ja, stary turlający kamień niczym z piosenki Dylana, wybrałem się na zorganizowane wczasy instant w zamkniętym zakładzie.

Musieliśmy szukać czegoś w strefie Shengen z powodu wizy żony oraz czegoś ciepłego, bo robaczek był chory. Gdy wstąpiłem do biura podróży to piekły mnie stopy i przez moment wydawało mi się, że syczą na mnie pamiątki wiszące na ścianach. Mimo to w kilka dni po wymyśleniu, że wybieramy się na wakacje, wylądowaliśmy (o zgrozo) na Wyspach Kanaryjskich. Na lotnisku mój plecak wstał i uderzył mnie w policzek.

Hotel był fajny, widok na ocean jeszcze fajniejszy. Jednak od momentu, kiedy założono mi na rękę kajdankę All inclusive, zacząłem planować ucieczkę. Pod pozorem spaceru z robaczkiem zacząłem liczyć kroki na ścieżkach wijących się pomiędzy kaktusami i agawami. W barze, gdzie pracowali lokalsi spróbowałem wykorzystać swój hiszpański, aby nawiązać kontakty. Nie zrozumiano mnie poprawnie, bo dostałem sok pomarańczowy.

Przypomniało mi się, że czytałem o ucieczkach z łagrów i ludziach- kanapkach zabieranych w drogę tylko po to, aby zostali później zużytkowani jako posiłek. Rozłożyłem się więc obok hotelowego basenu w poszukiwaniu ludzi-kanapek. Niestety znalazłem tylko samych ludzi-pyzy, ludzi-kluski, ludzi-baryłki i ludzi-skwarki, ale żadnych ludzi-kanapek.

Udając, że szukam fakultatywnych wycieczek organizowanych przez rezydentów za horrendalne sumy pozyskałem ulotki z mapkami wyspy. Musiałem założyć, że część z nich jest kłamliwa, jednak dały mi one przybliżony pogląd na to, w jakiej części wyspy się znajdowaliśmy.

Szybko nastał dzień ucieczki. Obudziłem się trzy godziny przed świtem, wskoczyłem w nierozłączny zestaw biegacza przemycony przezornie do zakładu, po czym wymknąłem się dyskretnie z hotelu pod samym nosem drzemiącej ochrony. Skręciłem na zachód i ruszyłem w stronę wybrzeża. Była pełnia, wietrzna noc, powietrze pachniało przygodą.

Wydostałem się z Puerto del Carmen na żużlową pustynię. Lanzarote to wyspa wulkaniczna przypominająca obcą planetę, czy piekło. Na dodatek wiał tak mocny wiatr, że kilkanaście kilometrów do podstawy wulkanu biegłem pochylony jak smooth criminal z teledysku Michaela Jacksona. Czasem grube ziarna piasku porwane podmuchami kłuły mnie jak igły. Raz mały żużel wbił mi się w oko. Na szczęście w to, które i tak gorzej widzi.

Aby osłonić się od wiatru zrezygnowałem ze ścieżki i zacząłem spindrać się na dziko wprost na koronę coraz bardziej stromego wulkanu. Do szczytu dociągnąłem na czworaka. Pół kilometra nad taflą oceanu wiało jeszcze gorzej i było zbyt zimno jak na moje gołe nogi i cienką bluzę. Ponieważ dobiegłem do celu za szybko musiałem zadać sobie pytanie co zrobiłby Bear Grylls? Oczywiście napiłby się ciepłego moczu. Postanowiłem więc poszukać innego wzoru. Ostatecznie zaległem poniżej szczytu pomiędzy wulkanicznymi jęzorami skulony i oczekujący.

Jak już pewnie pisałem wcześniej na blogu, każdy powinien przynajmniej raz w roku udać się w jakieś szczególne miejsce obejrzeć wschód słońca. Mając w pobliżu wulkan z widokiem na ocean nie mogłem się powstrzymać. Nie był to najbardziej spektakularny wschód słońca w moim życiu, ale była to świetna przygoda i na tyle mocne widoki, że tamtego poranka zaliczyłem biegiem jeszcze drugi wulkan i postanowiłem wrócić do hotelu na śniadanie w dobrym humorze i nie narzekać już, bo dla wielu osób w naszym otoczeniu to były wczasy życia. No i najważniejsze, że robaczek się wykurował i żona wypoczęła i dała mi w spokoju surfować od śniadań do obiadów.

Gubienie się

IMG_1887

Niemcy, gdzieś w powiecie Rhein-Lahn

Wjechaliśmy w las, zainstalowaliśmy się gasthausie wypełniającym się pod koniec tygodnia myśliwymi. O ojczyzno Goethego, aspiryny Bayerowskiej i Kinder czekoladek! Co za niespodzianki skrywasz w swoich kniejach i borach? Czy uda mi się odkryć gdzież to wyrastają żelki Haribo?

Ponieważ pogoda zmusiła nas do oczekiwania na poprawę wiatru, postanowiłem zapuścić się w okoliczne lasy. Przecież mam zawsze ze sobą wymagający częstego wietrzenia zestaw do przetrwania jakiejkolwiek apokalipsy- spodenki i buty do biegania. Obłóczyłem się więc i podążyłem przed siebie.

Nie zajęło mi wiele czasu, ani wiele zakrętów, by oblał mnie zimny pot. Droga w lewo, w prawo, jakieś drzewa, co za szachownica! Spanikowany zacząłem biegać we wszystkich kierunkach. W tym niemieckim lesie nie dało się rzetelnie zgubić!

Idealne drogi, studzienki kanalizacyjne. O przygodo! Nie tym razem. Cały ten las można było obiec dookoła, a turbiny wiatrowe stanowiły punkty orientacyjne niczym wieże na szachownicy. Nuda.

Kilka dni później zjechałem na koniec tygodnia do Polski. Wyszedłem na krótką przebieżkę do parku w centrum miasteczka, w którym byłem zakwaterowany. Zgubiłem się na trzy godziny i ledwo starczyło mi sił na powrót.

 

10 najlepszych filmów o sporcie i wspinaczce

Co tu ukrywać: sportu wszelkiego zwłaszcza wytrzymałościowego i niebezpiecznego jestem dozgonnym fanem. Obecnie leczę po wspinaczkowe lekkie zapalenie ścięgien mięśni zginaczy palców. Więc nie trenuję. A jak nie trenuję to się regeneruję, czyli oglądam filmy dokumentalne. A że wielu z moich znajomych to również zapaleni (lub lekko tlący się) sportowcy- polecam dziesięć najlepszych filmów dokumentalnych o sporcie i wspinaczce.

 

O sporcie

 

1- Bracia Klitschko1. Bracia Klitschko (2011)

Od skromnych początków na Ukrainie po sukces, po porażkę i ponownie po sukces i to na samym szczycie. Ten dokument biograficzny może spodobać się nie tylko fanom boksu, ale każdemu do kogo docierają historie o sile charakterów i pasji.

2- The Crash Reel

2. The Crash Reel (2013)

Historia Kevina Pearce, snowboardzisty który wspiął się na szczyt sławy, po czym uległ fatalnemu urazowi podczas przygotowań do zimowych igrzysk olimpijskich. Po wyjściu ze śpiączki i dzięki pomocy rodziny powraca do zdrowia tylko po to by wbrew wszystkim znów poczuć magnes do snowboardu.

 

3- The Armstrong Lie3. Kłamstwa Armstronga (2013)

Dokument biograficzny który z założenia miał pokazać powrót mistrza na podium, a ostatecznie przedstawił coś więcej- ostateczny upadek sportowca. Przy okazji dowiadujemy się wiele na temat samego kolarstwa.

 

4- Generation Iron4. Generation Iron (2013)

Dramat dokumentalny w którym podążamy za czołowymi kulturystami jak Kai Greene, czy Ben Pulaski podczas przygotowań do walki o tytuł Mr Olympia i próbie zdetronizowania Ronniego Colemana.

 

5- Spirit of the marathon5. Spirit of the Marathon (2007)

Pierwszy film dokumentalny jaki powstał na temat biegania maratonów. Podąża on za trójką amatorów i dwójką zawodowców w przygotowaniach do zmierzenia się z legendarnym dystansem.

 

6- Departures6. Departures (2008)

Być może nie tyle o sporcie ile o podróżowaniu, ale zdecydowanie o podróżowaniu dla sportu i z pasji. Zdecydowanie najlepszy serial dokumentalny w tym temacie. Justin i Scott udają się w roczną podróż po kontynentach z której nie będą chcieli wracać.

 

O wspinaczce

 

Wspinaczka 1-The Sharp End1. The Sharp End (2007)

Dokument o poszukiwaniu wyzwań w pionowym świecie gór i skał. Film zabiera nas w podróż przez główne style wspinania i… upadania.

 

Wspinaczka 2- Touching the void2. Czekając na Joe (2003)

Jeden z najlepszych filmów o wspinaczce wysokogórskiej, jedna z najlepszych historii o przetrwaniu i woli życia. Rekonstrukcja autentycznych wydarzeń ze wspinaczki Joe Simpsona i Simona Yates na Siula Grande w Andach.

 

Wspinaczka 3- First Ascent3. Pierwsze podejście (2006)

Podróż przez świat wspinaczki i wyzwań w przekraczaniu limitów i to w najlepszych miejscach globu jak Tajlandia, Himalaje i Yosemite.

 

Wspinaczka 4- Everest the death zone4. Everest: The Death Zone (1998)

Co oznacza wspinaczka na najwyższą górę naszego globu? Wszystko to, co już potrafisz sobie wyobrazić. Plus śmieci, zamrożone zwłoki i kolejki.

 

Bonus dla nie przepadających za dokumentami:

 

Chasing Mavericks1. Wysoka fala (2012)

Oparty na wydarzeniach z życia surfera Jaya Moriarty film fabularny o sile marzeń i sportu. Opowieść, która nauczy cię jednego: żyj jak Jay!

 

Nacho Libre2. Super Nacho (2006)

Mniej sportowo, bardziej komediowo- Jack Black bawi do łez jako mnich, który postanawia zostać zapaśnikiem by zarobić na jedzenie dla dzieci z sierocińca.

 

2013 Shenzhen Yantian Maraton Górski

Maraton gorski

Kiedy usłyszałem o „maratonie miłości” byłem przekonany że będzie to casting do chińskiego filmu porno. Zapisałem się i zapuściłem wąsa. Zostałem jednak pozbawiony złudzeń jak dostałem numer 11061 z napisem 2013 Shenzhen Yantian Maraton Górski. Okazało się, że to nie „maraton miłości” ale „maraton bieg o miłość”.

Na starcie przy piaszczystej plaży obserwuję, jak niektórzy Chińczycy zawijają się w folie i wkładają buty do relamówek. Będzie lało. Oczywiście pogoda była cały czas przyjemna. Aż do wczoraj. Teraz od morza ciągnie ziąb, a góry Yantian zasnute są mgłą.

Coraz bliżej startu a ja gubię się w labiryncie barykad. 8:00, wystartowali a ja ginę w tłumie startujących w późniejszych biegach. Mijają minuty i czuję że padnę ze zmęczenia zanim odnajdę start, gdy ktoś łapie mnie za ramię. Just go! krzyczy i ciągnie mnie za sobą rozwalając dla mnie metalowe barierki, po czym wypycha mnie na trasę.

Na ulicach nadmorskiego kurortu zebrało się nieco gapiów, plus masa policji otaczająca trasę gęstym kordonem. Stoją w ciszy. Za to biegacze szaleją w ekstazie i krzyczą machając flagami i dodając wszystkim dookoła otuchy. A wydawało mi się, że zawsze było odwrotnie.

Szybko wbiegamy na wąską trasę pnącą się po pierwszych górkach. Tłum, krzyki radości, zdjęcia. Nie mogę znaleźć rytmu ani przebić się przez chaos. Plejada charakterów bawi za to do bólu. Co chwilkę mijam kogoś w przebraniu, albo z radyjkiem w ręce; jest dziadek słuchający głośno opery i grupa odstrzelonych lasek nadających AC/DC. Święty Mikołaj, superman, kółka weekendowych truchtaczy z flagami, konsumenci nadrabiający brak formy gadżetami i taskający na sobie więcej sprzętu niż potrzeba na tydzień w górach, ambitni nastolatkowie przedzierający się przez tłum sprinatami…

Kompletny chaos. Ludzie pędzą, potem idą pod gorkę, ktoś zabiega mi drogę i staje, by poprawić folię na butach, inny zawraca bo zgubił nakrętkę. Dostaję w głowę parasolem w tęcze od gościa wyglądającego, jakby wyszedł na spacer. Zaczyna lać. Biegacze z ajfonami w rękach panikują.

Po godzinie rozrzedza się nieco tłum i wchodzimy na pierwszą prawdziwą górską drogę. Brązowe błotko, kałuże i ślisko. Konsumenci w oczojebnych ciuchach, różowych i jaskrawo żółtych szybkobieżkach krzywią się w bólu. Ja pakuję się w pierwszą lepszą ciapę.

Cały czas rozstawieni są w regularnych odstępach policjanci. Co kilkaset metrów sterczy w deszczu ktoś w galowym mundurze. Czasem mi salutują. Tak przynajmniej mi się wydaje, dopóki nie dostrzegam napisu na koszulce dziadka obok mnie: China Police.

Nieco rzadziej rozstawione dziewczęta dodają nam otuchy. Rozrzucone w równych interwałach nie przypominają spontanicznej akcji, mimo to cieszą się i wiwatują jakbyśmy się znali.

Niemal pół kilometra wyżej zaczyna ostro wiać i ciąć zimnym deszczem. Chowam się w biegu za gościem brnącym jak pług z tą swoją parasolką.

Cała trasa ma kilkanaście punktów odżywiania. A to redbul, a to słona woda jakby z morza nabrana. Za każdym razem muszę sie prosić o zwykłą wodę i szukać w biegu pośród namiotów.

Za połową jest mała nawrotka i mijam się z powracającą czołówką hartów. Rwą ostro, widać wybiegane mięśnie, tu nie ma szeleszczących folii ani parasolek ani głośnej muzyki tylko miny walki i sapanie.

Ja też nawracam i tym razem mijam się z człapiącym coraz ciężej ogonem. Tu toczy się już rzeźnia. Schlapani błotem, kilka osób leży z boku rozciągając nogi. Ratownicy zawijają kogoś w folie; cisza i skupienie, strach w oczach, bo to jeszcze trzeba zbiec z gór. Przecież maraton zaczyna się na prawdę po 40 kilometrze.

Odbijam w dół i wyliczam sobie, że były źle rozstawione oznaczenia kilometrów i mam jeszcze szansę zdążyć na metę przed czwartą godziną. Olewam punkt odżywczy i puszczam się coraz szybciej zarzynając nogi i kolana. Siedem kilometrów błotnych serpentyn pokonuję bez hamowania wymijając sporo biegaczy, z premedytacją ochlapując breją kogo się da.

Wpadam na asfalt. Zostało kilka kilometrów. Jest szansa, zejdę poniżej czterech godzin! Robię kilka kroków i dostaje takiego skurczu, że łapię się za nogę. Nie da rady.

Jakiś chłopak rzuca się na kolana i zaczyna okładać mnie po łydkach pięściami. Ból ustępuje i zaczynamy razem biec. Ciągniemy się na wzajem, aż do ostatniego podbiegu przed samym miasteczkiem. Mój towarzysz zatrzymuje się i zostaje w tyle. Ja wybiegam na górkę, po czym coś zaczyna mnie uwierać i robi mi się ciężko na klacie, więc zatrzymuję się na szczycie i wołam kolegę dodając mu otuchy, bo ledwo wlecze nogami. Kiedy dociera daję mu landrynkę.

Wpadamy razem na główną ulicę. Meta przy plaży. Patrzę na czas: 3 godziny 57 minut.

Cieszę się i wymieniam uściski z nowym kolegą. Tylko tego chciałem- zejść poniżej czterech godzin. W górach leje, wieje, zimno i niektórzy będą się mordować jeszcze kilka pięknych godzin.

Z uśmiechem odbieram medal i certyfikat: 4 godziny 0 minut 4 sekundy. You bastards! Doliczyli mi czas podczas którego błądziłem w labiryncie przed startem!

 

Ułan Bator Maraton- dlaczego nie polecam

Jak zwykle szukając rozrywki i wyzwań wpakowałem się w coś pokręconego. Maraton przez Ułan Bator. Miał to być (jak każdy uliczny bieg) przyjemny trucht zablokowanymi ulicami z klaszczącymi przechodniami dookoła. Ruch był zablokowany świetnie tylko w pierwszych dziesięciu kilometrach, a kiedy wybiegłem już z Ułan Bator, zaczęły się jurty ze zdziwionymi nomadami. Punkty odżywcze oferujące wodę i owoce oblegane były przez dzieci dopijające resztki napojów z butelek rzucanych na pobocze przez maratończyków oraz przez zbieraczy plastiku dla których maraton okazał się świętem. Niestety za miastem asfalt zamienił się w tragicznie popękaną nawierzchnię i powodował nierówny krok i wysiłek, aby nie skręcić kostki w jakiejś szczelinie lub dziurze. Zastanawiałem się dlaczego niektórzy Mongolscy zawodnicy zalegają w poboczach i pod mostami. Okazało się, że w połowie maratonu, na nawrotce nikt nie spisywał numerów. Oszuści skracali sobie więc trasę. Po powrocie do Ułan Bator, podczas ostatnich dziesięciu kilometrów byłem już całkiem wyczerpany. Zobaczyłem zalaną autami główną ulicę i śpiących wygodnie w radiowozie policjantów mających blokować ruch dla maratończyków. Rozpoczęło się zmaganie z ruchem i przeciskanie między autami. Ulice Ułan Bator to nie miejsce, gdzie chce się plątać po jezdni w akompaniamencie klaksonów, rozklekotanych wozów i potężnych Land Cruiserów. Zwłaszcza na krawędzi wyczerpania. Zszedłem na rozkopany chodnik, lecz tłum nie pozwalał mi biec. Musiałem przejść do marszu. Nie znalazłem punktu odżywczego zaznaczonego na mapie i powoli zacząłem myśleć jak skombinować wodę by przepłukać usta i zakurzoną twarz. Widziałem znajomego Brytyjczyka mijającego mnie środkiem ulicy pomiędzy autami, a chwile potem mongolskiego zawodnika z numerem siedzącego w taksówce uwięzionej w korku. Kiedy zbliżyłem się do centrum ruch samochodów ponownie był pod kontrolą, a zdziwieni Mongołowie gapiący się na spoconego słaniającego się białego człowieka z numerem przyklejonym na klacie zastąpieni zostali przez uśmiechniętych i klaszczących kibiców. Maraton ukończyłem w czasie 3:50.

Maraton po pustyni Gobi jest tutaj.

Gobi Marathon 2010

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o moim występie na tej niedużej międzynarodowej imprezie sportowej. Niestety mogę się jedynie pochwalić, że wypiłem dzielnie wszystkie witaminki na wzmocnienie, które podał mi organizator, widząc jak marnie wyglądam po doczołganiu się do mety.

Po odprawie przed biegiem konwój aut terenowych zabrał nas na start. Sama podróż przez pustynie dłużyła się boleśnie, a co gorsze słonko jeszcze się nie rozgrzało po chłodnej nocy. Ostrzeżono nas, żeby się trzymać oznaczonej trasy, bo pustynia Gobi jest duża i lepiej się nie zgubić. Na starcie były występy, tańce i śmiechy. Potem ktoś pokazał nam ręką, w stronę których wydm mamy biec i się zaczęło. Połowę machnąłem lekko rozkoszując się widokami. Potem była pętla po wydmach i kijowym piachu po której już nie udało mi się zebrać w garść. Odcinek wzdłuż wysuszonej rzeki zniszczył moje nogi przejściem z piachu na twarde jak beton koryto. Długie odcinki byłem zupełnie sam nie widząc nikogo przede mną ani za mną. Raz nawet przywitałem się z rozkładającym się przy trasie śmierdzącym  wielbłądem. Powiedział, że podwiózłbym mnie, ale zgniła mu noga. Finisz zlokalizowany jest na sporym wzniesieniu, co nie ułatwia . Co mnie zaskoczyło na mecie, to widok zmęczonych upałem i emocjami kibiców chowających się na rozkładanych fotelach pod baldachimem.

Mój czas: 4 godziny 26 minut. Miejsce 7 na 14 uczestników.

Maraton w Ułan Bator opisany jest tutaj.