Podsumowanie czyli zemsta Czyngis Hana i tajemniczy jeździec na koniu

Kochany Ułan Bator zamiatany kurzem i pyłem

Ponieważ minął już dużo ponad rok odkąd przyjechałem do Mongolii i odrobinę ponad rok odkąd prowadzę ten blog, postanowiłem zrobić jakieś podsumowanie. Postanowiłem, ale nie zrobiłem. Nie chcąc zawieść swoich czytelników, myślałem twardo o tym jakich odpowiedzi szukają ludzie zaglądający tutaj. Wydaje mi się więc, że większość zagląda tu przez wpisanie w wyszukiwarkę hasła w stylu „moje dziecko wygląda na Mongoła co zrobić”. Mniejszość natomiast przez szukanie obrzydliwych blogów na temat opowieści o wymiocinach w dalekich krajach. Dla jednych i drugich mam więc dziś to, czego szukają.

A więc jeśli twoje dziecko wygląda na Mongoła to przypomnij sobie, czy dziewięć miesięcy temu nie było śladów kopyt przed domem. I małej kupy konia też. I porozmawiaj szczerze z żoną. Jeśli jesteś żoną, to przypomnij sobie tą zwariowaną noc karaoke i uzbrojonego jeźdźca na koniu zawadzającego kołczanem o drinki na stolikach. Gotowe.

Kiedy zastanawiałem się nad podsumowaniem roku dla pozostałej rzeszy czytelników, popijałem sobie akurat kawę w przytulnej ciasnej kawiarni. Zacząłem też rozmowę prze skype. Nagle: kabum, coś eksplodowało w moich jelitach. Błagając w duszy aby nikt nie zajął mi łazienki zatrzasnąłem laptopa, zwinąłem graty, puściłem chcąc nie chcąc strasznego bąka psując atmosferę odbywającego się obok rodzinnego spotkania, rzuciłem kelnerce pieniądze mówiąc, żeby zatrzymała resztę i wpadłem do ubikacji. Martwiąc się, że zapach jaki się narobił zmieni kolor ścian z białego na zgnity karmel, opuściłem uroczą kafejkę niczym cień aby nigdy tam nie powrócić.

Problem eksplodujących jelit przerabiałem już wcześniej. Bo to taka zemsta Czyngis Hana, albo też „klątwa zgnitego mleka z koziej dupy”. Nie tak jak zwykłe rozwolnienie, które powoli przemawia do ciebie mówiąc: halo, jestem, będę wychodzić na świat za niedługo. Znajdź jakiś kibelek. Tu w Mongolii odbywa się to inaczej. Tadaaa, jestem! Dopada cię w najmniej spodziewanym momencie. Za pierwszym razem było to okropne przeżycie. Biegnąc do najbliższej restauracji zaimprowizowałem extremalne przechodzenie przez niebezpieczne ulice Ułan Bator. Technika wygląda tak: nogi na krzyż, jedna ręka na tyłku, druga na oczach i truchtasz w stronę restauracji z kibelkiem. Gwarantowane, że żadne auto cię nie potrąci. Później wymyśliłem też inną technikę, która polega na udawaniu, że się strasznie kuleje. Również powoduje w miarę bezpieczne przejście przez ruchliwą ulicę pełną pędzących aut. Próbowałem też raz udawania niepełnosprawnej osoby, ale wydało mi się, że auta kierowały się bardziej w moją stronę zaciekawione dziwnie zachowującym się białym człowiekiem.

Wracając do tematu. Kiedy dopadłem toalety, było już prawie za późno. Podkreślam prawie. Następnie zrobiłem to, co stało się niemal standardową procedurą operacyjną w takich wypadkach. Narobiłem strasznego gnoju po czym opuściłem lokal zawstydzony. Ukradkiem rzuciłem tylko krótkie spojrzenie na biesiadujące rodziny niewiedzące, że z ubikacji nadciąga spokojnie zapach- zamach, mający do końca odmienić ich pozornie zwyczajny lunch.

Nie było tak lekko kiedy zemsta Czyngis Hana spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba raz w centrum handlowym Grand Plaza, a drugim razem w Naran Plaza. Centra te są niby ekskluzywne, ale nie fundują papieru toaletowego. Przypomniały mi się stare dobre czasy w Kosowie, bo tam nigdy nie było papieru toaletowego. Bo papier toaletowy nie dostaje wiz do muzułmańskich krajów. W Grand Plaza w ruch poszły więc stare bileciki, które miały zaszczycić moja kolekcję. Ale nie zaszczyciły. Następnie banknoty w kolejności od najmniejszych nominałów, do coraz większych. Jeśli czytają to Mongołowie w Warszawie (a wiem, że czytają) to bardzo Was pozdrawiam i przysięgam, że nie użyłem tej strony banknotu z Sukhbaatarem, narodowym bohaterem Mongolii, tylko tej strony z konikami i pejzażem górskim. Za drugim razem nie miałem bilecików. Ani banknotów z pejzażami. W wózeczku pani sprzątaczki znalazłem butelkę wody mineralnej (jak za dawnych dobrych lat w Kosowie).

W tym miejscu chciałbym skończyć, mam nadzieję, że zarówno czytelnicy szukający odpowiedzi na pytania o wygląd ich dzieci, jak również fascynujący się drastycznymi historiami z odległych krajów zostali zaspokojeni. Panią sprzątaczkę z centrum Naran Plaza przepraszam za zabranie wody mineralnej. Mam nadzieję, że się nie zakrztusiła suchą kanapką.

Albo w sumie to mam to gdzieś. Jak można zapomnieć wystawić papier w ubikacji. Draństwo.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Podsumowanie czyli zemsta Czyngis Hana i tajemniczy jeździec na koniu

  1. Świetna lektura! U nas (tj. w Meksyku) do ubikacji nie wpuszczają bez papieru. Nie wpuszczają, bo za wstęp trzeba zapłacić kilka peso, za co dostaje się przydziałowe trzy listki papieru…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s