Szkło (i beton) [i stal] {drewno raczej nie}

Reklamy

Podsumowanie dwóch lat w metropolii

Zostałem poproszony o podsumowanie swojego pobytu w Shenzhen. Chętnie podejmuję różnego rodzaju literackie wyzwania. Oto więc co mam do powiedzenia na temat metropolii w której chcąc nie chcąc wylądowałem na dwa lata.

„One tylko na to czekają: żebyśmy przestali obracać tymi pedałami w naszej podróży donikąd, w ścianach mieszkalni, na smyczach jadłociągów i w hipnozie iluzora”.
Janusz A. Zajdel

Dżungla
Spacer pośród palm, parków i skwerków. W poprzek pasa zieleni ludzie wydeptują ścieżkę, by skrócić sobie drogę. Nikt jednak nie stawia tabliczki „szanuj zieleń” ani nie wiesza łańcuchów. Zjawia się ekipa, przebudowuje i brukuje. Nic dziwnego, że chińscy planiści miejscy projektują już osiedla i całe dzielnice w Afryce. Wiedzą jak betonować metropolię by była przyjazna mieszczuchom. Ponadto rozglądając się dookoła nasuwa się skojarzenie do miejskiej dżungli. Ale głównie za sprawą tego, że to wbrew pozorom niezwykle zielone miasto.
Z drugiej strony na oczach mieszkańców te same zielone dzielnice są pożerane przez centrum i zamieniają się w ośrodki handlu i biznesu. Żyjąc tu trzeba się przyzwyczaić, że mieszka się na czynnym non stop placu budowy. Stare budynki sprzed kilkunastu lat są już rozbierane i zamieniane na wyższe.
Mimo to sytuacja mieszkaniowa pozostawia mały niesmak. Ceny wynajmu od tysiąca pięciuset złotych miesięcznie w górę. A ponieważ mieszkania na południe od Rzeki Jangcy nie mają odgrzewania, zimą w pomieszczeniach w tej części Chin trzeba czasem siedzieć w kurtkach. Z drugiej strony na południu Chin nie ma przez to wielkiego problemu z zanieczyszczeniem powietrza. I choć kilkunastomilionowy moloch zawsze będzie wypełniony toksycznymi molekułami, jednak na południu nie jest tragicznie. Tylko lepiej nie pić wody z kranu.
Arteriami suną w korkach autobusy zatłoczone w godzinach szczytu. Taksówki są drogie, ale za to metro należy do najnowocześniejszych i najwygodniejszych sposobów poruszania się po metropolii. Tylko lepiej unikać porannych tłumów i zawsze widzieć dokąd się pędzi. Inaczej popłynie się na fali ludzi w innym niż pożądany kierunku. Dodatkowo spotkać się tutaj można z korkami przy windach, bo dużo podróży w metropolii odbywa się w pionie.
Życie w mieście zmienia się dynamicznie i z dnia na dzień, gdyż wiele jego aspektów nie reguluje sam rynek, ale władza centralna. Skutery zakazywane, zaraz potem zezwalane. Od niedawna istnieją limity na auta, a już od dłuższego czasu na mieszkania.

Mrówki
Przeprowadzając się do Shenzhen wyrażasz zgodę na stanie się mrówką w gigantycznym mrowisku pełnym ludzi z całych Chin. Nikt tu nie zwolni tempa dla ciebie i nikt cię nie podniesie jak się poślizgniesz. To miasto fortun budowanych na przemycie z Hongkongu. To tu majątki powstawały, ale i przepadały. Z tygodnia na tydzień stoiska drobnych sprzedawców bułeczek baozi zastępuje nagle jedno okienko i kasa fiskalna tego najbardziej przedsiębiorczego z nich. Tłum przegranych odchodzi z niczym.
W restauracjach dostępne jest jedzenie ze wszystkich prowincji, a na ulicach mieszają się dialekty i choć oficjalnym językiem prowincji jest kantoński, w Shenzhen mówi się po mandaryńsku.
Każdy jest tu zorientowany na pracę i pieniądz, więc zapomnij o kulturze i sztuce. Miasto nie ma jeszcze tożsamości. Może za jakiś czas… Wiele rodzin jest na odległość, jako że wiele osób nie ma zameldowania hukou i nie może wysłać dzieci do lokalnych szkół. Osoby starsze należą do rzadkości i odwyknąć można od ich widoku. Tu każdy jest młody, każda osoba z którą przyjdzie pracować, która obsługuje cię, sprzedaje ci, robi interesy, wszystko to ludzie młodzi i ma to swoje piękno i energię.
Do metropolii przyciągają ich oczywiście zarobki. Tu nikt nie podejmie się pracy jeśli nie odłoży sporej części pensji. Robotnicy budujący wieżowce to nongmingong, rolnicy którzy w mieście zarabiają w miesiąc tyle co na roli przez rok. Nie zostaną tu na długo, bo każdy w Shenzhen jest tylko przejazdem. Zwykli kurierzy rozwożący paczki swoimi elektrycznymi motorkami, których tak pełno na ulicach, wyciągają po pięć tysięcy złotych miesięcznie.

Ekspaci
Jeszcze do niedawna rozmowa o pracę wyglądała tak: gdaka szmatka, piętnastominutowe demo, uścisk dłoni w drzwiach, gratulacje masz pracę! Obecnie szuka się odpowiednich pracowników pośród spamu podań i narodowości. A na koniec przyjeżdżają ze stanów stażyści pracować za darmo. Sytuacja bardzo się zmieniła, a ja tylko zastanawiam się gdzie są nasi? Robię z Brytyjczykiem i Irlandczykiem, na pół etatu zatrudniamy też Rosjankę i kilka osób z Kanady, informatyk to Ukrainiec, administrator stron jest z RPA… a gdzie nasi? Zajęci narzekaniem. Albo twierdzeniem, że w Chinach tylko bieda i dzieci tyrające w fabrykach.
Polaków mało, kilka osób rozrzuconych, nie szukających się (poza „budką z piwem„), nie ma sklepu, nie ma restauracji. W liczącym osiem milionów mieszkańców Nowym Jorku jest nas ponad pięćdziesiąt tysięcy, ale to stara emigracja jest. W dwa razy większym i wciąż rosnącym Shenzhen jest nas garstka. W całych Chinach oficjalnie około trzystu osób. Po dwa razy więcej mieszka nas w każdym z takich krajów jak Boliwia, Chorwacja, Egipt, Liban, czy Maroko. Obudzą się jak będzie za późno.

Przydatne linki:

sz party

echinacities

shenzhen stuff

Sprowadzanie elektroniki z Chin

fabryka

Pierwsza fabryka nie pozwoliła robić zdjęć.Druga zachęcała.

Sprowadzanie elektroniki z Chin od drugiej strony czyli dlaczego Chińczycy wysyłają do Polski sprzęt gorszej jakości. Mało kto ma szansę obejrzeć jak funkcjonuje to w Chinach, więc postanowiłem podzielić się swoimi doświadczeniami. Nie jestem przedsiębiorcą, ale zaopatrywaniem w elektronikę firm Chińskich i zagranicznych zajmuje się od kilku lat moja dziewczyna.

Mieszkam w Shenzhen, zagłębiu elektronicznym Chin i kilka razy byłem proszony o znalezienie czegoś i pomoc ze sprowadzeniem tego. Przekazywałem to mojej dziewczynie, lub innym znajomym którzy zajmują się tym zawodowo, bo ze mnie ani przedsiębiorca, ani matematyk. Wiem że jest wiele solidnych polskich firm zajmujących się tym tematem i zastanawiam się jakich klientów oni mają, bo do nas jakimś trafem odzywała się specyficzna grupa polskich biznesmenów.

Regularnie zaczynało się od obietnic jak wiele będzie ten ktoś ściągać z Chin i jak bardzo się wszyscy dorobimy i będziemy bogaci. Ale na razie idziemy po kosztach. Tłumaczyłem to z zażenowaniem mojej dziewczynie. Nie było inaczej ostatnio kiedy pewna większa polska firma miała trudności z przeprowadzeniem testów i sprowadzeniem pewnych urządzeń elektronicznych (przepraszam, ale szczegółów nie mogę podać). Obiecałem pomoc.

Już przy pierwszej rozmowie na skypie cisnęli o to ile będzie ich wszystko dokładnie kosztować. Moja dziewczyna nie potrafi podać z góry nawet swoich kosztów. Zasypali nas też mailami i zaczęli ponaglać, bo gonił ich czas i produkt musiał być w Polsce kiedy ruszy kampania promocyjna. Muszę przyznać, że sam poganiałem ją żeby wzięła się do pracy i żeby podała koszty, bo ta firma bała się nieuczciwych Chińczyków i chciała mieć wszystko wyłożone jak kawę na ławę z góry.

Amerykanie i Brytyjczycy których jest tu dookoła mnóstwo, lepiej rozumieją jak robi się interesy w Chinach i że nie zaczyna się od mówienia o pieniądzach. Mimo to moja dziewczyna ustaliła przynajmniej nasz koszt na pięćdziesiąt dolarów. Nie byłem zachwycony wizją kilku całodniowych wyjazdów do Guangzhou na testy do fabryki dla pięćdziesięciu dolarów. Same koszty podróży były większe. Postanowiłem jej jednak zaufać.

W Guangzhou znaleźliśmy się w rejonie samych fabryk. Pełno tam szerokich alei po których przewalają się obładowane ciężarówki, dookoła same kilkupiętrowe betonowe hale i ogromne place. Taki krajobraz ciągnie się dziesiątkami kilometrów.

Odebrał nas gość wyglądający jak dzwonnik z Notre Dame. Kluczyliśmy na nogach przez jakiś czas między halami, aż doprowadził nas do ich fabryki. Wynajmowali halę na jednym z pięter betonowego klocka. Test sprzętu obejmował min. odpalenie pliku video ze strony www. Nie działało. Puścili nam jakąś propagandę odnośnie firmy i zaczęli usuwać usterkę. Ostatecznie odpalili plik na kompie, nagrali telefonem, skopiowali na USB i odpalili na testowanym urządzeniu. Nagranie było bokiem i musiałem przekręcić głowę patrząc na telewizor. Był jeszcze pilot snajpera, gdzie trzeba było bardzo uważnie celować w urządzenie żeby zadziałało.

Obejrzeliśmy też halę produkcyjną. Zakurzona i obskurna jak garbarnia. Pracowało tam dziesięć osób siedzących na plastikowych taborecikach i zgarbionych nad zielonymi kartami graficznymi i plastikowymi pudełkami. Połowa to dziadki ze słabym wzrokiem. Druga połowa to nastolatki które dopiero zjawiły się w mieście i złapały pierwszą lepszą fuchę i szukają czegoś lepszego. Typowa historia. Ani jedni ani drudzy nie doczekają chwili kiedy sprzęt zepsuje się i zostanie odesłany z Polski do Chin na koszt polskiego dystrybutora oraz zostanie naprawiony i odesłany z powrotem na koszt chińskiego producenta. O ile ta firma nie zniknie.

Dzwonnik z Notre Dame odprowadził nas do taxi i zostaliśmy wywiezieni w inną część miasta i porzuceni tak że kompletnie się zgubiliśmy.

Moja dziewczyna, nieco zdegustowana i przyzwyczajona raczej do kontaktów z firmami z zachodu, a nie z krajów rozwijających się, uruchomiła machinę znajomości i znalazła inną fabrykę, którą poleciła Polakom. Nie podobała się im cena wyższa o cztery dolary za sztukę, ale tłumaczyliśmy im, że firma nie może podać póki co niższej bo nie traktuje nas jeszcze serio i ma prawo bać się, że jesteśmy jedynie konkurencją wysłaną na zwiad. Pojechaliśmy więc na testy i wstępne negocjacje.

Odebrali nas mercedesem i zawieźli do biurowca. Testy przeszły ok, pilot działał o wiele lepiej, kilka rzeczy mówili że mogą poprawić z oprogramowaniem. Porozglądałem się dookoła, gdzie siedzieli goście wlepieni w kilkudziesięciocalowe monitory. Na stołach leżały rozebrane najnowsze Xboxy, na monitorach ciągnęły się słupki programów.

Potem pojechaliśmy ich autem do dwóch fabryk oddalonych o kilka godzin jazdy. Obie były czyste jak szpital i musieliśmy zakładać worki na buty. W jednym z pomieszczeń produkowali własne karty graficzne (patrz zdj.) i z wrażenia zapomniałem że tracę swój czas dla pięćdziesięciu dolarów. Pracownicy byli w średnim wieku, co jak się przekonałem ma znaczenie.

Pierwsza firma wynaleziona jakoś przez Polaków składała urządzenia do kupy i wysyłała na rynek afrykański. Ta druga znaleziona przez moją dziewczynę współpracowała z czołowymi amerykańskimi firmami dla których produkowała podzespoły komputerowe. Produkowali również w całości autorskie urządzenie poszukiwane przez tego polskiego klienta.

Późnym wieczorem mercedes odstawił nas pod samo mieszkanie. Dziewczyna powiedziała mi, że jeśli Polacy zamówią towar z tej drugiej firmy, otrzyma po dolarze od każdej zamówionej sztuki. Policzyłem szybko: jeden dolar razy kilkanaście tysięcy sztuk: 1 x 0000 + 2√34 : ⅝ x 16‰ oraz 5.6³= Będziemy milionerami! Zrozumiałem dlaczego robiliśmy to wszystko za pozornie marne pięćdziesiąt dolarów.

Teraz wiem, że byłem trochę naiwny myśląc w ten sposób. Jeśliby to zamówienie przeszło, to moja dziewczyna podzieliłaby się tym dolarem od sztuki z kimś kto wcześniej skontaktował ją z tą firmą, a ta osoba podzieliłaby się jeszcze z kimś innym kogo zna w tej firmie. Ten jeden dolar za sztukę obsłużyłby kilka osób. Ale najważniejsze to że kiedy ta machina raz ruszyłaby, ci wszyscy ludzie troszczyliby się aby każdy był zadowolony i aby machina nie stanęła. Taką machinę potrzeba naoliwić czasem podczas kolacji. To się nazywa robienie interesów w Chinach. Wielu przedstawicieli zachodnich firm dobrze to rozumie.

Na początku postawiłem pytanie czemu Chińczycy wysyłają do Polski sprzęt gorszej jakości. Otóż polska strona kontakt z nami urwała. Wszystko dla nich, jak i dla kilku innych osób wcześniej robiliśmy ostatecznie za frajer. Nie trudno było się dowiedzieć, że już za naszymi plecami zamówili sobie mailowo towar u dzwonnika z Notre Dame. Niektórzy myślą że sprowadzanie z Chin to jak zakupy na allegro. I oto dlaczego towar który miał iść do Ghany poszedł do Polski, a towar który mógł iść do Polski poszedł do Niemiec.

Różnica w cenie: cztery dolary na sztuce. Po opłatach nieco więcej, ale osobiście zapłaciłbym tą kasę żeby mieć elektronikę zrobioną nie przez niedowidzących dziadków w brudnej hali, ale przez poważną firmę.

Chińskie reklamy- Neonki

Noc na poludniu Chin to czas kiedy ulice zalewaja tlumy ludzi, drobne gastronomie i kolorowe swiatla reklam. Glownie mieniace sie neonki, a takze coraz juz czesciej diody odbijajac sie w kaluzach i bzyczac dodajace barw czarnej lepiej nocy.

Przygotowalem krotkie zestawienie takich reklam tylko z mojej najblizszej okolicy. Mam nadzieje, ze przyblize Wam nieco kolory chinskiej nocy.

Ostrzezenie! Autor nie odpowiada za ewentualne ataki padaczki.

neonki 1

neonki 2 neonki 3 neonki 4 neonki 6 neonki 7 neonki 8 neonki 9 neonki 10 neonki 11 neonki 12 neonki 13 neonki 14 neonki 15 neonki 16

Kanty masowo produkowane

Po przeprowadzce mam z mieszkania do pracy piętnaście minut spacerem. Wystarczająco daleko by osiwieć, wyłysieć i ociec potem na gwarnej chińskiej ulicy.

Raz zamiast iść spacerem pojechałem taksówką; elektrycznym motorkiem, które na arteriach metropolii śmigają jak czerwone krwinki w naszych organizmach. Kierowca wjeżdżając pełną parą na ruchliwe skrzyżowanie obejrzał się w tył i powiedział, że bezpieczeństwo jest najważniejsze chuchając mi w twarz ryżową wódą. Uśmiechać się do mnie przestał dopiero po drugiej stronie skrzyżowania, po czym obrócił się i skupił już na jeździe.

Pod wieżowcem ktoś usiłował wcisnąć mi ajfona, żebym go kupił bo okazja i taniej nie będzie. Pięćset złotych za nowego ajfona z pudełkiem i ładowarką to chyba niezła cena. Przestałem się nad tym zastanawiać chwilę później, kiedy w biurze dowiedziałem się na dzień dobry, że szef się spakował i wyjechał. I tyle go widzieliśmy. Trochę mnie to zaniepokoiło.

Po zakończonym dniu wracałem na nogach koło ogromnego placu budowy gdzie powstaje już trzecie w okolicy gigantyczne centrum handlowe. Zauważyłem niemały tłum. Przyłączyłem się.

Robotnicy kopiący już drugi rok fundamenty wykopali zabytkową figurę smoka z nefrytu. Ubrudzona błotem stała w środku zamieszania i kilku roboli w kaskach usiłowało powstrzymać sprzedaż, zrzucić się by wykupić ją od znalazcy, czy też przebić cenę oferowaną przez napalonych gości w koszulach i garniturach.

Musiałem się zwijać, bo mieliśmy iść z dziewczyną do banku (tu wiele spraw załatwia się nocą, bo miasto nigdy nie śpi). Dziewczyna wysyła czasem pieniądze by wspomóc finansowo tatę na prowincji. Trochę pieniędzy długo służy z dala od drogich miast, a on akurat potrzebował małego zastrzyku finansowego.

Do mieszkania wróciliśmy z dziewczyną późno. Tuż po tym jak bank skasował nas dwadzieścia pięć złotych za przelew. Ale z maszyną się nie dogadasz. I tak minął kolejny dzień w mieście.

A następnego wszystko zaczęło się od nowa. Jak w kalejdoskopie. Jak chiński dzień świstaka usiłujący dopaść cię swą gwarną monotonią. Elektryczne motorki, ktoś wciskający ajfona jako okazję życia, zamieszanie w biurze, robotnicy z nefrytowym smokiem, dziewczyna telefonująca do taty na prowincji. Życie na które trzeba bardzo uważać, bo ono nie zważa na nic i na nikogo. Nie w tym mieście fortun zbudowanych na kantach i przemycie z Hongkongu.

Bo kierowcy elektrycznych motorków zazwyczaj zawyżają ceny i znów jeden przy mnie powiedział kolegom, że za cenę jaką wołam to on by zawiózł Chińczyka, ale białego nie ma szans. I znów nie spodziewał się że rozumiem i mu nagadałem i musiałem iść z buta.

Koleś od ajfona sprzedaje prawdziwego, ale jak sięgasz po pieniądze podmienia pudełko, a potem znika w szklano- betonowej dżungli. Kilkanaście milionów ludzi- jest kogo kantować.

Firmy w Chinach pojawiają się i znikają. A znika się zawsze od góry i kont bankowych. Nic na to nie poradzę i pozostaje mieć nadzieję, że nie przyjdę pewnego dnia do pustego biura i pustych klas w których tak samo zaskoczeni będą uczniowie jak i nauczyciele. Bo de facto to my nie posiadamy nic, nawet kopiarki, a wszystko jest tu na abonament i jak się najzwyczajniej nie zapłaci to firma przyjedzie i zabierze cały sprzęt biurowy by wynająć go jakiejś innej firmie.

Robotnicy od nefrytowego smoka sprzedali swoje cacko i znikli. Nie trudno się domyślić, że za jakiś czas pojawią się z takim samym na jakiejś innej budowie w innej części miasta.

Tata dziewczyny mieszka sam i wydał pieniądze na grupę, która obiecała mu nową żonę. Również oni znikli. Żona w Chinach to wydatek idący w dziesiątki, a nawet setki tysięcy złotych. Tańsze żony sprowadzane są z Wietnamu (od dziesięciu tysięcy złotych), ale czasem uciekają. Te najtańsze jednak pozostają niespełnioną obietnicą bo nawet się nie pojawiają. A pieniądze z przedpłat nie są zwracane, bo magicy od tego przekrętu znikają.

Taka już rola kanciarzy, że oni biorą i znikają.

Jak w tym popularnym przekręcie, gdzie ktoś zwiedza nowe miasto, a urocze dziewczyny zagadują, jest miło, zapraszają na herbatę, czy piwko do jakiejś uroczej knajpki. Po czarującym spotkaniu dostaje się gigantyczny rachunek za napoje, a dwaj goryle przyprowadzeni na miejsce słodkich dziewczyn mogą nawet eskortować do bankomatu jeśli jest taka potrzeba.

W historii którą zasłyszałem nieszczęśnik zapłacił z uśmiechem, a nawet zaproponował dziewczynom, że podwiezie je do domu swoim autem. I trafiła kosa na kamień, bo choć kanty masowo produkowane zawsze kończą się zniknięciem kanciarza. Tym razem kanciarki znikły na poważnie. Bo nikt już nigdy tych dziewczyn nie widział…

Kolejny dzień w mieście, jak w chińskim kalejdoskopie kantów masowo produkowanych.

Urodziny dziewczyny

Pamiętanie dat to nie moja specjalność. Ale pamiętam za to, że o urodzinach dziewczyny zapomnieć nie można. Dwudziesty sierpnia- sprawdziłem w jej dowodzie; kupiłem prezent, wręczyłem, a tu się okazało że to miał być sierpień w kalendarzu księżycowym, czyli październik w naszym. Przynajmniej rok temu tak to wyglądało, a w tym roku data wypada inaczej, bo to się zawsze zmienia. Dodatkowo ona dodaje prawie rok sobie i mi też wciska że jestem starszy. Bo to się chyba liczy od poczęcia. Więc dokładnie nie wiadomo od kiedy. No i jeszcze ona nie szaleje z radości na prezenty. Perfumy porzucone w szafie, biżuteria na dnie walizki w zapomnianym pudełku… nie ma lekko z jej urodzinami.

W tym roku sprawdziłem na trzech stronach i wypytałem u kilku osób. Wyciągnąłem średnią i ustaliłem, że urodziny ma jakoś teraz. Prezentów nie lubi, więc postanowiłem pogilgotać ją tam, gdzie ją łaskocze. Akurat załatwiała coś w dzielnicy Luohu, więc wyrwałem się wcześniej, wsiadłem w metro i pojechałem ją tam spotkać. Godzinę jechałem. Potem tak długo musieliśmy jeszcze się błąkać podziemnymi przejściami, że prawie zawróciliśmy na nogach z powrotem do naszej dzielnicy.

Kiedy wreszcie trafiliśmy pod właściwy wieżowiec, zaparła się i zaczęła szukać wykrętów i chciała uciekać do jakiejś taniej restauracji. Bo Chinki odczuwają fizyczny ból jak ma się wydać jakieś pieniądze, a stojąc przed pięciogwiazdkowym hotelem czuła już, że znów będę krzyczał o cieszeniu się chwilą i szastał tym co uciułałem jakbym był królem świata, Gatsbym wcielonym.

Obeszliśmy fontannę, jaguara, bentleya, pana w śmiesznym kostiumie i weszliśmy do holu jak z pałacu. Lobby, posadzki, złote windy i te sprawy. Normalnie chleb powszedni dla mnie. Dostaliśmy się na 25 piętro. Koniec jazdy. Potem inną windą na 37. Z powrotem na parter z jedną przesiadką i kolejny raz już bezpośrednio na 44. Ostatecznie windą, która ma tylko dwa przyciski 44 i 50 wjechaliśmy do restauracji Sky Paradise. Sto lat! Pani w stroju tradycyjnym wykonała ‘skłon w przód!’ i zaprowadziła nas przed oblicze typa w ciuchach jak Bruce Lee.

Jeśli chodzi o jedzenie w skomplikowanych restauracjach, to ja zawsze odstawałem wśród ekspatów, amerykanów, brytoli… Ciężko było się uczyć, bo ja za smyka w egzotycznych restauracjach nie nauczony. Nawet na studiach z domu przywoziłem wyprawkę, która na wydzielonej dla mnie półeczce w lodówce powodowała zaćmienie światełka. Słoiki, kiełbasy, kotlety, czy gołąbki w pudełku po lodach…

W restauracjach jadać dopiero się w wojsku nauczyłem. A w zasadzie nie w restauracjach, tylko stołówkach. Intelektualna gimnastyka to była zawsze. Po wejściu do kantyny trzeba szybko komuś naciupać, zanim ktoś naciupie pierwszy. Nie artylerii, bo to zbyt proste, żenada wręcz. Najlepiej zmechowi, ale czasem mogą coś odszczekać. Najgorzej jak dookoła tylko panc, bo z nimi nie ma jaj. Potem jak się już usiądzie, to trzeba się rozejrzeć i najlepiej jeszcze raz komuś ciupnąć, żeby potem już jeść w spokoju. Zdarzało się też, że trzeba było w kogoś cisnąć jedzeniem.

Jak skończyłem z armią i zacząłem z jedzeniem za granicą z różnymi ekspatami nie obyło się bez długiej listy wpadek. Musiałem się nauczyć, żeby nie ciupać jak ktoś w koreańskiej restauracji je z moich miseczek, bo one są wszystkie wspólne, żeby nie pić nic z małych talerzyków, że hot-potem dzielą się wszyscy przy stoliku, że świniego mózgu nie dotyka się pałeczkami przed gotowaniem, że jedząc z muzułmanami nie dotyka się nic lewą ręką, że w Chinach na zdrowie znaczy do dna i dlatego piwo pije się małymi szklaneczkami… ale najważniejsze czego się nauczyłem, to że i tak zawsze znajdzie się jakiś cwaniak, który z zaskoczenia spróbuje ci naciupać i dlatego zawsze musisz być przygotowany.

I tak kiedy w recepcji Sky Paradise pan w stroju Bruce’a Lee zapytał o rezerwację najpierw zrobiłem wielkie oczy, a zaraz potem skojarzyłem, że chyba mi ciupie i powiedziałem, że fajna pidżama i czy męskich nie było. Albo nie zrozumiał, albo zrozumiał doskonale- bo skinął głową na kolejną panią w stroju, ta przybiła czołem prawie do dywanu, zaprowadziła nas do stolika i jeszcze raz przybiła czołem do ziemi dla pewności.

Restauracja robi wrażenie, bo nie tylko jest na pięćdziesiątym piętrze, ale również kręci się powolutku dookoła. Gra klasyka, fotele są w stylu Leonard XHGV, szklana ściana zapewnia widoki na miarę BASE jumpistów. Tylko na obsługę czekaliśmy w nieskończoność, aż się okazało że to jest róbta co chceta i jedzta na co ma ochota. Dopiero wtedy mojej dziewczynie popuściło.

Zaczęliśmy szaleć pośród bufetów, chińskich smakołyków, morskich skorupiaków, lodów, serów, ciast, znów lodów, ostryg, kawioru i aż musiałem wyciągnąć rzeczy z kieszeni spodni i włożyć do plecaka, żeby zrobić więcej miejsca w sekretnych schowkach wnętrza mych jelit.

Byłem już w zaawansowanej ciąży i podlany winem, kiedy wróciłem do stolika, a tam moja dziewczyna zamieniła się w paszczaka. Niemal spadłem ze stołka! Na obrusie też mi ktoś zrobił chlew. Okazało się, że się pomyliłem, bo choć restauracja się obraca, to tylko jej zewnętrzna część jak szklany pierścień. Środek i bufety stoją w miejscu, więc łatwo się pogubić gdzie się siedzi. No i ciągle nadjeżdżają nowe smakołyki na coraz nowszych stanowiskach.

Raz też zrobiło się zamieszanie, bo zacząłem zwiedzać restaurację w poszukiwaniu świeczek na torcik i nie wiedziałem jak powiedzieć po chińsku świeczka, więc powiedziałem ‘candle’, a menadżerka, która mnie znalazła w kuchni na to że ‘cancel?’ Zacząłem więc ilustrować to i dmuchać i jej się nie spodobało że jej grzywkę przedmuchałem.

Kiedy opuściliśmy restaurację Sky Paradise na ‘pisiontym‘ piętrze moja dziewczyna była zachwycona, ale obsługa chyba nie bardzo. Tak czy siak przybili głowami prawie do dywanu, a my odjechaliśmy złotą windą żeby zrobić przesiadkę na czterdziestym czwartym i wszyscy żyli długo i szczęśliwie koniec.