Kierunek Azja

Jak bardzo nie nabijałbym się z Mongolii w tym blogu, to jeszcze zanim wróciłem na Święta do Polski, miałem już bilet powrotny do Azji. Tym razem jednak postanowiłem wybrać kraj z większym rozmysłem, ponieważ pochopnych decyzji mam już cały plecak. Kiedyś studia wybrał mi kolega. Raz też zgłosiłem się na ‘selekcję’ i musiałem parę ładnych dni gonić po Drawsku zanim mnie wyrzucili. Na dodatek przez jedną dobę byłem skuty kajdankami z gościem mającym rozwolnienie. Mongolię wybrała Cathy, bo miało być więcej koni niż ludzi. I na półtorej roku utkwiłem w suchym i betonowym Ułan Bator pełnym bezpańskich psów.

 Wydaje mi się, że Azja to kierunek nowej emigracji. W końcu sześć z dziesięciu najszybciej rozwijających się krajów znajduje się na tym kontynencie. Mongolia jest dziesiątą najszybciej rosnącą ekonomią, a w 2010 roku jej giełda papierów wartościowych miała największe na świecie wskaźniki wzrostu.

Dodatkowo lista bezużytecznych języków których się w życiu nauczyłem zrobiła się zbyt długa.  Tym razem postanowiłem sięgnąć więc po coś przydatniejszego, niż np. mongolski. Udaję się więc do Chin. A co ja wiem o Chinach? Tak samo mało, jak o Mongolii półtorej roku temu.

Wiem, że Chiny mają największy wzrost PKB na mieszkańca i że to najstarsza ciągle trwająca cywilizacja na świecie. Są oazą jednych z najegzotyczniejszych stworzeń i obyczajów znanych kolorowym magazynom i filmom dokumentalnym w HDD. To również dom jednych z największych i najpaskudniejszych miast, które bardzo chciałbym skomentować. Niestety pośród wielu wspaniałych rzeczy, tuż obok wielkiego muru Chiny posiadają wielki firewall i używanie platform blogowych jest ocenzurowane (nie ma również Google, facebooka i pewnie też naszej klasy).

I to jest powód dla którego zalegnie tu cisza z mojej strony.

Co jest prawdopodobnie dobrą rzeczą, bo gdybym kontynuował w takim tonie, w jakim komentowałem poczciwych Mongołów, to pewnie skończyłbym z dziurą w potylicy. A moi rodzice dostali by pocztą polską rachunek za kulkę.

Będę nadal pisał swoją historię i mam nadzieję, że kiedyś ją usłyszysz, choć jestem przekonany, że nie jestem ani interesujący, ani nadzwyczajny w tym wszystkim co robię. Przeczytałem niedawno relację ze starego wyjazdu na Syberię spisaną przez koleżankę. Wspomniała mnie cztery razy. Raz, że popiłem z ruskimi i odpadłem. Drugi raz że wymiotuję. Trzeci raz, że zostawiłem „registrancje” gdzie nie trzeba i na koniec, że skręciłem nogę i wracam do domu.

Tak więc nic osobliwego w tym co robię nie ma. Bo ja jestem tylko zwykłym nauczycielem.

Nauczycielem z pudłem opowieści.

Dlaczego choinki są zawsze zielone- Legenda

Już na początku grudnia Ułan Bator ozdobione zostaje choinkami i świecidełkami, a telewizja przełącza się na tryb ‘wesołych świąt’. Na głównym placu staje ogromne drzewo ozdobione czerwoną sowiecką gwiazdą. W sklepach panuje szał promocji i do tej pory zastanawiam się, czy fakt że niekatolickie kraje pośrednio świętują Boże Narodzenie to triumf czy upadek naszej tradycji. Święta stały się ogólnoświatowym manifestem konsumpcjonizmu i dobrobytu.

 

Uważam, że jest to jedno z piękniejszych świąt, bo każdy chyba w środku długiej zimy z dołującymi nocami cieszy się na oświetloną choinkę wstawioną w dużym pokoju, prezenty i ucztę. To chyba tradycja sięgająca jeszcze czasów, gdy mieszkaliśmy w jaskiniach. Niedawno podczas dyskusji na ten temat usłyszałem Mongolską legendę o tym, dlaczego choinki są zawsze zielone.

Na początku istnienia Ziemi, wszystkie drzewa jednakowo traciły liście jesienią. Ponieważ Erleg Chan przyniósł Światu chorobę, również ludzie umierali, gdy się zestarzeli. Był jednak kruk, któremu żal było ludzi i postanowił przywrócić im oryginalną nieśmiertelność.

W tamtym czasie ogromna góra zwana Humber Ula wyrastała w samym środku Świata, a jej szczyt dotykał wrót do wyższego wymiaru. Na tymże szczycie rosła osika ze złotymi liśćmi. U jej korzeni znajdowało się źródło wody życia. Ktokolwiek napił się z tego źródła zawsze wracał do zdrowia i mógł żyć wolnym od wszelkich chorób.

Kruk udał się do źródła wody życia i nabrał do dzioba tyle napoju, ile mógł zmieścić. Chciał przynieść tą wodę ludziom aby mogli dostać przynajmniej po kilka kropli i stać się nieśmiertelnymi. Kiedy leciał z powrotem na ziemię, zbliżył się do choinkowego gaju obok obozu ludzkiego. Nagle sowa zahuczała spomiędzy drzew. Przestraszony kruk otworzył dziób i rozlał wodę pośród choinek.

I dlatego też choinki pozostają zielone przez cały rok, podczas gdy liście innych drzew, podobnie do ludzi rosną, starzeją się, opadają i umierają.

Dla czytelników życzę Wesołych Świąt, rodzinnej atmosfery oraz zdrowia. Dla tych pracujących i podróżujących, będących teraz  daleko od domów życzę, pokrzepienia nastrojów i znalezienia jakiś dobrych ludzi do spędzenia wspólnie wigilii.

 

Powrót do przyszłości

W Ułan Bator dołączyłem do koktajlu najdziwniejszych osób zebranych w jednej zamrożonej szklance. Wśród nich P., bezrobotny antropolog kursujący między Mongolią i Alaską, J., były żołnierz Bundeswehry i „emerytowany” najemnik, S., bezrobotny Brytyjczyk wracający do UB już po raz czwarty, L., aktorka z Londynu oraz Afrykanie, którzy Mongołów fascynują i łatwo znajdują tu zatrudnienie jako reklamówki szkół i firm. Bo jak to kiedyś powiedział mi polski misjonarz w Rosji: z Afrykanami to jest o tyle dobrze, że nie gubią się w śniegu.

W pewnym momencie zorientowałem się, że znajomi zaczęli zadawać mi te same pytania, które ja zadawałem kiedyś tym, którzy kończyli kontrakty i udawali się w dalszą podróż, lub powrót do domu. Jak wielu innych przede mną odbyłem w Mongolii tą samą drogę od fascynacji, przez zniesmaczenie do sentymentalnego zakończenia. Około dwudziestu osób urządziło mi huczne pożegnanie. Koleżanki z pracy zaczęły pytać czy wrócę. Co miałem powiedzieć? Że zawsze pakuję się w noc przed podróżą, ale tym razem spakowany byłem już na tydzień przed odlotem? Odpowiedziałem „może”. Ktoś zapytał co zrobię pierwsze, gdy zjawię się w domu. Pamiętam jak rok temu zapytałem o to samo Brenta wracającego do L.A. Odpowiedział, że znajdzie Mongoła i go spierze za wszystkie zniewagi jakich doznał w UB. Ja zwyczajnie dobiorę się do spiżarki w domu.

Ktoś inny zapytał czego będzie mi brakować i za czym będę tęsknić…

Chaosu, codziennych utrudnień nadających kolorytu, rewii mody futrzanych czap i skór, ruskiego kawioru, koreańskich słodyczy, restauracji z całej Azji. Przede wszystkim jednak będzie mi brakować najdziwniejszej mieszaniny ludzi z różnych środowisk i krajów z jakimi przyszło mi dzielić chwile. Nazwałem ich „upadłymi aniołami Azji”. Kolorową mieszaniną ekspatów, którzy czasem nie wiedzieli w co się pakują przyjeżdżając tu, a czasem nie mieli innego wyjścia. Gdzie indziej na świecie mógłbym sączyć piwo z grzesznym misjonarzem, spłukanym obieżyświatem i pedofilem- alkoholikiem? Ich historie mogłyby napędzić niejedną książkę o tym jak dziwne jest życie.

Historia C. z Wielkiej Brytanii to standardowy przykład z życia w Azji. Kiedy zdecydował się na przyjazd tutaj, jego mama dzwoniła do firmy strasząc, błagając, usiłując przeszkodzić w tej decyzji. W bólu pozwoliła zostać C. na pół roku. Skończyło się na kilku latach i ślubie z Mongołką w tradycyjnym stylu. Podczas ceremonii mama wyglądała mi na szczęśliwą. C. z żoną mieszkają teraz w Szanghaju.

B. nie cierpiał UB. Nawet nie wiem ile razy pakował się w jakieś kłopoty. Wrócił jednak tutaj dla prześlicznej Mongołki. Kiedy już mieli wyjeżdżać do USA okazało się, że pracowała nad swoją wizą na dwa fronty i wybrała tego drugiego. B. powrócił do stanów.

J. z Arizony poznał UB na wylot jako mormoński misjonarz. Po zakończeniu misji nie znalazł się w domu i wrócił do Mongolii na własną rękę. Nikt nie zna tego miejsca, języka i kobiet lepiej niż on. Niedawno pracował jako kierownik baru i nie stronił od drinków. Tydzień temu zaręczył się z lokalną dziewczyną.

T. podróżował po świecie i imał się różnych zawodów. Mongolia okazała się dla niego przystankiem dla odpoczynku i odłożenia nieco pieniędzy. Miał ciekawą wiedzę o tym jak kontrolować i wykorzystywać w użytecznych celach sny. T. pracuje obecnie jako kelner w Seattle.

S. to jeden z tych niesamowitych typów, którzy utrzymują kilka niewiedzących o sobie rodzin w różnych krajach. Co miesiąc zaczyna nowy interes by wyrobić na swoje kobiety. Ostatnio- jak niemal co miesiąc- splajtował.

C. to wynik miłości hipisów z Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.  Oraz chodzące nieszczęście. Przyjechał tu jakiś czas po wypadku w którym potrącony przez auto zapadł w śpiączkę. Obudził się z krwiakiem w mózgu, tykającą bombą, która oznaczała dla niego najgorszy scenariusz. W UB szybko stracił w kradzieży laptopa. Następnie po pobiciu pod mieszkaniem musiał przyklejać sobie ruszające się jedynki. Ostatnio dowiedział się, że rodzice mieli tragiczny wypadek samochodowy. Nadal mieszka w UB.

M., były wykładowca na jakimś uniwersytecie w stanach. Po wyroku. Przypuszczam że dał nogę z USA będąc na warunkowym. Pracował w całej Azji, zna kupę języków. Z Mongolii do Rosji wyjeżdżał trzy razy, lecz za każdym razem był zbyt naprany żeby przekroczyć granicę. Być tak pijanym, że nie wpuszczą cię do Rosji to całkiem imponujące. Innym razem zalany niemal w trupa opowiedział historię, z której wynikło, że jest pedofilem.

Byłby więc drugim, którego tu poznałem, bo jakkolwiek szokujące wydaje się to w rozwiniętych krajach, w Azji jest akceptowane. Co dla nas jest patologią, dla azjatów może oznaczać najczystszą, nieskazitelną miłość. I choć np. USA ściga swoich obywateli za przestępstwa popełniane w innych krajach, to prawdopodobieństwo wpadki jest małe. Pedofilów przyciąga do Azji wiele rzeczy: dziecięce prostytutki w Tajlandii, czy lolikon- dziecięcy przemysł pornograficzny w Japonii (dozwolona jest tam inicjacja seksualna nawet w wieku 13 lat). Istnieje też coś zwanego shotacon (ショタコン), czyli droga młodego chłopca. W wielu krajach Azji brakuje stosownych regulacji, a np. w Indiach, jak wskazują badania 53% nieletnich doznaje nadużyć seksualnych…

M. obecnie pozostaje w Mongolii. Pracuje w szkole.

Odszedłem jednak od tematu. Nie o tym miało być tu. Za pedofilami zdecydowanie nie będę tęsknić. Co jednak chciałem dać do zrozumienia, to fakt, że nie wszystko da się zrozumieć. Że to jest kompletnie inny świat i inna kultura, a dobro i zło nie dzieli taka sama jasna linia jak na Polskiej fladze. Wszystkie te „upadłe anioły Azji” z którymi przyszło mi dzielić minione półtorej roku doskonale mi o tym przypominały na każdym kroku. Dziś żegnam się z nimi i raczej nigdy już się nie zobaczymy. Jutro o tej porze będę siedział w samolocie niosącym mnie do domu.

Ułan Bator, 13 Grudnia 2011

Co w Ułan Bator można?

Będzie bałagan w schowku

Najważniejsze w miejscu takim jak Ułan Bator to zachować zmysły i pogodę ducha. Inaczej można zwariować. Czas na spisanie listy jakiś pozytywów, które zawsze przecież się znajdą.

 Lista 10 rzeczy, które w Ułan Bator można:

I) Kupić cukier, który nie chce rozpuścić się we wrzątku.

II) Zobaczyć dzieciaka, który zwymiotował sobie na twarz w autobusie.

III) Kupić ręcznik, który śmierdzi nie ważne czy jest czysty czy brudny.

IV) Dostać używaną słomkę w knajpie.

V) Kupić grube skarpetki garniturowe.

VI) Zobaczyć kożuch na mleku z supermarketu.

VII) Postawić sobie auto na boku podczas naprawy.

VIII) Zobaczyć bankiera potrzebującego kalkulatora do operacji 500 minus 450.

IX) Zobaczyć milion na swoim koncie (przy obecnym kursie tugrika potrzeba do tego 2300 pln).

X) Można się odpryskać gdziekolwiek.

Moja sąsiadka Tik

Sąsiadkę Tik poznałem kiedy przeprowadziłem się do trzeciego mieszkania w Ułan Bator. Zaraz pod oknem stała bowiem jurta. Codzienne obserwowanie życia czteroosobowej rodzinki było tak ciekawe jak programy Toniego Halika. Stojąc z kawą w cieplutkim mieszkanku widziałem nieraz jak pomykają do wygódki postawionej przy głównej ulicy UB. Albo jak mama pluska dwa małe brzdące w misce ustawionej na trawniku. Pewnego ranka jurta jednak zniknęła. Pozostał pies.

Zgodnie z prawem nomad posiada ziemię na której ma rozstawioną jurtę. Nie wiem jednak jak ma się to do zabudowy miejskiej. Widzę często jurty porozstawiane pośród betonowych zabudowań centrum stolicy. Trzymają oni dla ochrony psy. Nieraz duże i gęsto owłosione mieszańce i kundle szczekające kiedy zbyt blisko zbliżą się obcy. Miasto się jednak rozrasta i jurty spychane są na przedmieścia. Widziałem nie raz jak pakują jurtę na busa, psa do bagażnika i odjeżdżają. Tik jednak jako jedyna z trójki psów spod mojego okna została porzucona. Zwróciłem na nią uwagę już wcześniej za sprawą tiku nerwowego który miała. Telepała zabawnie głową wywracając oczy. Prawie jak ja na widok głupot w UB. Byłem pewien że Tik dołączy do jednej z watach półdzikich psów pląsających się beztrosko po ulicach i przegrzebujących śmieci. Pozostała jednak na pustym placu pod moim oknem.

Gdy później znikła pomyślałem, że ktoś ją zjadł, bo choć Mongołowie twierdzą, że psów nie jadają, to jednak widziałem kilka razy w dystrykcie jurt porzucone skóry dużych psów. Po jakimś czasie plac pod oknem zajęła nowa rodzina. Bez psa. Znów miałem widoki na tradycyjny styl życia nomadów. Prawie jak w kolorowym magazynie podróżniczym. Tylko więcej śmieci. Czasem widziałem jak dziewczyna drepta na szpilkach z jurty do pracy. Pewnie w jakimś biurze. Czasem jak głowa rodziny wymiotuje i odstawia patologie. I nagle znów zjawiła się Tik. Z siedmioma maluchami.

To mnie zaskoczyło bo z jej wątłą budową, cienką sierścią i tikiem nerwowym byłem pewien że nie przeżyje jesieni. Nagle jednak zrobiła się bardzo terytorialna, co ucieszyło mieszkańców jurty, bo Tik zapewniła im bezpieczeństwo. Siedem szczeniaków nieźle ją męczyło i wyglądała jakby miała pod brzuchem porozciągane gumowe rękawiczki. Młode jednak szybko urosły i zaczęły biegać dookoła. Z nastaniem mrozów cała rodzina wykonała zaskakujący i uroczy manewr. Spod wywróconej plandeki wynieśli się na pokrywy kanalizacyjne buchające gorącą parą. I tak co rano widzę jak szczeniaki z Tik wyprzytulane grzeją się na okrągłych pokrywach. Ich grzbiety pokrywa lód i tylko maluchy żywo zbierają się rano do życia. Tik wyraźnie coraz trudniej rozprostować kości po mroźnych nocach. Zagryzła też dwa młode. Nie wiem czy to dlatego że nie mieścili się w nocy, czy za mało było jedzenia. Ale życie toczy się dalej. Piątka ma się dobrze. Jak w programie przyrodniczym. Półdzikie psy z głównej ulicy Ułan Bator.

Kiedyś mijał mnie jakiś pląsający się kundel i nagle wylądował między nami kamień. Popatrzyliśmy się zaskoczeni na siebie nie wiedząc czy to my stanowimy dla siebie zagrożenie czy co. Nie widziałem kto rzucił i czy we mnie, czy w psa. Bąknąłem do niego pod nosem: nie przejmuj się, zdarza się. Bo to nie jest proste miejsce do mieszkania. Czasem rano budzą mnie odgłosy walki Tik i szczeniaków z innymi psami chcącymi zagarnąć ciepłą miejscówkę, lub jedzenie. Młode szybko rosną i niedługo to one zaczną patrolować Ułan Bator. Na szczęście ja jestem z nimi na dobrej stopie. Pamiętają od kogo dostają papu podgrzane w mikrofali.

Rózga od Mikołaja

 

Wygląda na to że wkurzyłem świętego Mikołaja. I za karę odciął mi prąd. I wodę. Z tym drugim nie ma problemu, bo mam czterdzieści litrów rezerwy na taką chwilę. Lodówka nie działa, ale to też nie problem, bo na zabudowanym balkonie mam minus dwadzieścia. Tylko gotować muszę na malutkiej kuchence turystycznej.

Wszystko przez mongolskie dzieciaki które miałem w jednej grupie. Raz zaczęły się strasznie wypytywać co sądzę o Mikołaju i czy naprawdę przynosi mi prezenty i lata saniami. Co miałem powiedzieć? To przecież dzieci. Oczywiście że lata i co roku przynosi mi coś fajnego. Ale jak? No przez dziurkę od klucza albo kaloryfery jak zamki są antywłamaniowe. A kiedy? W mikołajki albo święta, zależy czy wierzysz papieżowi czy koka koli. A do nas nigdy nie przychodzi.  Bum! Uderzyło mnie, że Mikołaj nie zagląda do Ułan Bator, a dzieciaki wiedzą o nim tylko z filmów, ale nigdy nic nie otrzymały. Nie wiedziałem co zrobić. Zabrnąłem za daleko żeby się wycofać. Musiałem im też więc powiedzieć o byciu grzecznym i liście na parapecie. Zobaczyłem kilka błysków w oczach. List! Więc tak to działa.

Przez jakiś czas gryzło mnie sumienie. Gdzieś tam kilka dzieciaków gryzmoliło cyrylicą życzenia do Mikołaja. Myślałem o znalezieniu domów tych dzieciaków i zostawieniu prezentów pod drzwiami. Zdecydowałem jednak, że zostawię to między nimi a Mikołajem. Teraz jest więc w Ułan Bator grupka dzieci piszących do niego listy i ten nie ma wyboru. Musi do UB zaglądnąć. I chyba jest na mnie za to wściekły. Nie dziwię się, bo z góry miasto w grudniu wygląda jak na załączonym wyżej zdjęciu. Poducha ze smogu produkowanego przez dystrykt jurt i nic ponadto. Sam na jego miejscu starałbym się unikać międzylądowań w takim miejscu. Renifery będzie musiał oddać do pralni. Słyszałem o misjonarzach którym lekarz po kilku latach pobytu w UB kazał ograniczyć palenie. Powiedzieli że nie palą bo są mormonami. No to kazał pomyśleć o ograniczeniu życia w Ułan Bator.

Jestem zdania, że na wjeździe do miasta powinien być napis Ułan Bator albo zdrowie- wybór należy do Ciebie. Choć to jeszcze bardziej odstraszyłby Mikołaja.

Zima na całego

W mongolskiej zimie najważniejsze to nie popełniać błędów, jak gubienie rękawiczek. Ani nie robić głupich rzeczy, jak lizanie autobusów, bo można się przykleić językiem.

Syberyjska zima od zawsze fascynuje. Jak to możliwe, że życie i przyroda wygrywają ze śmiercią w tak niskich temperaturach? Zawsze chciałem to wiedzieć. W najzimniejszej stolicy na świecie nauczyłem się jednak, że życie zwyczajnie to czy się swoim torem i nic nadnormalnego nie ma miejsca. Tylko z kalesonami nie ma już przelewek i nosić trzeba.

Wszystko toczy się normalnie, uliczni handlarze nadal handlują, a budowniczy wciąż budują. Rezultaty pracy niektórych będzie widać na wiosnę w pęknięciach i fuszerce. A swoją drogą to nie mam pojęcia jakich zapraw używają. Widziałem murarzy stawiających ścianę przy minus trzydziestu.

Gdy Ułan Bator zamienia się w jedną wielką ślizgawkę, miastowy świat zakonserwowany pod lodem, wszystko co rzucone na ulice pozostaje tam przymarznięte na długie miesiące. Do oglądania, jak zafoliowana pamiątka. Ma to swoje dobre i złe strony. Plucie na chodnik, tu nieoficjalny narodowy sport sprawia, że zamarznięta ślina tworzy miliony ślicznych lodowych wzorów błyszczących się pięknie przy zachodach słońca. Bo za sprawą długo trwającego wyżu atmosferycznego mamy tu błękitne niebo i śliczne zachody. Chyba że smog zasłoni słońce.

Niektóre autobusy nie nocujące w zajezdniach zamarzają w okolicach października, by odtajać w kwietniu. Utrudnia to mi bardzo nawigację podczas jazdy, bo przez lód na oknach nie widać dokąd się jedzie. Znikają za to bezdomni i żebracy, bo dla nich zima to okres mieszkania pod ziemią, pośród rurociągów, rur dymiących wrzątkiem i ciepłych rynsztoków. Jest to społeczność występująca we wszystkich zimnych miastach i słyszałem wiele mitów o podziemnych sprzedawcach kradzionych towarów, handlarzy paszportów i dokumentów, które skupowane są od złodziei. Spory procent to dzieci z rodzin patologicznych, wielodzietnych, czy rozbitych. Opiekują się sobą nawzajem i wyrastają na drobnych łobuzów i złodziei.

Rok temu, koło maja miałem już dość zimy. Marzyłem o przerwie od kurtki, czapki i rękawiczek na które byłem skazany przez wiele miesięcy. Jednak kiedy około października znów zaczęło się robić mroźno, ucieszyłem się. Powracał inny świat, prawdziwa Mongolia od której zdawałem się być daleko podczas krótkiego upalnego lata. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nawet do tego zimna i syfu Ułan Bator.