Ekspresowy wypad

Ale przynajmniej jestem…”- napisałem w poprzednim poście i już wkrótce potem byłem w samolocie do Paryża. I już mnie nie było. Sto procent tęsknoty. Sto procent skupienia żeby wszystko szybko odwalić i zdążyć z powrotem do domu na Boże Narodzenie.

Pięciogodzinne opóźnienie wylotu z Polski już źle rokowało moim planom. Również marzenia żeby dać odpocząć kręgosłupowi pierzchły, kiedy okazało się, że piękny hotelik miał skosy we wszystkich pokoikach i musiałem chodzić zgarbiony jak osławiony dzwonnik.

Rano zajechałem do swojej miejscowości. Zimą nie łatwo wypatrywać wiatraków w mrokach poranku i gęstych mgłach. Sprawdziłem zdjęcia satelitarne na komputerze. Miały być dwie drogi i pola uprawne, a znajdowałem się otoczony rondami i zjazdami na parking supermarketu. Wniosek nasunął się sam: była druga miejscowość o tej samej nazwie w innym z trzynastu regionów Francji, a ja znalazłem się w złym regionie. Cóż… przynajmniej zobaczyłem katedrę w Reims i jak rosną szampany.

Tyle tytułem pracy. Reszta poszła jak kuna w agrest. Następnego dnia wieczorem byłem już z powrotem w Paryżu ze skończoną robotą, biletem do Polski i trudnym zadaniem: jak zagospodarować dany mi bardzo krótki czas w stolicy Francji?

Dzwoniłem po pomoc, głowiłem się i martwiłem, że zawsze jestem tam przejazdem i na jednej nodze. Ostatecznie uderzyło mnie, że muszę odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: co zrobiłby na moim miejscu Anthony Bourdain?*

Wyszukałem więc sobie w Internecie restauracyjkę w której mógłbym miło spędzić paryskie chwile, która zaspokoiłaby moje delikatne podniebienie i wstydliwy portfel. Wyszukałem sobie Restaurant d’insectes comestibles, czyli taką, która serwuje robaki, skorpiony w czekoladzie i panierowane pająki. Anthony byłby dumny.

Przejechałem w poprzek Paryża, zaparkowałem na jakimś parkingu kilka pięter pod ziemią, po czym zagłębiłem się w wąskie uliczki obramowane tymi ślicznymi kamienicami. Po dłuższym błądzeniu i wypytywaniu powtórzył się scenariusz z Hongkongu: spóźniłem się; restauracja została zlikwidowana. Teraz można było zjeść tam jakieś hipsterowskie pseudo hamburgery.

A więc moje obawy, że ludzie nie są gotowi na nowoczesną dietetykę okazały się słuszne. I słuszna też była moja decyzja, aby zająć się energią wiatrową, a nie entomofagią. Obróciłem się więc na pięcie myśląc, że wypad do Paryża miałem po zbóju udany i pojechałem na lotnisko.

*Anthony Bourdain – kucharz, pisarz oraz host programu kulinarno podróżniczego The Layover, którego idea polega na zaliczeniu kulinarnych i turystycznych atrakcji różnych miast w ciągu  dwudziestu czterech godzin pomiędzy lotami

Przepis na kurze łapki po chińsku

IMG_1145[1]

Po przepisach na słoną mongolską herbatę oraz energetyczne batony czas na kolejny niezbędny do życia smakołyk: kurze łapki. Jest to przekąska bardzo popularna w Chinach. Dostępne są nawet w opakowaniach i gotowe do natychmiastowego spożycia, by umilić sobie wszelaką chwilę. W Polsce jest to przysmak nieco zapomniany, choć dawniej znane przecież były galaretki z kurzych łapek. Obecnie stojąc w kolejce po łapki napotkać można głównie entuzjastów pupili domowych. Mam nadzieję, że ten fakt nikogo nie zniechęci do ich skosztowania.

 

Lista produktów obejmuje:

Kurze łapki (osiem sztuk)
Białe wino słodkie lub półsłodkie (pół kieliszka)
Imbir
Sos sojowy ciemny
Cukier
Cynamon (jedna laska)
Liść laurowy / Wawrzyn szlachetny (dwa liście)
Anyż (dwie gwiazdki)

 

 Wykonanie:

  1. Wrzucić umyte kurze łapki do wrzącej wody i gotować przez 3 minuty.
  2. Wypłukać kurze łapki, oczyścić naczynie. Tym razem umieścić w  świeżej i chłodnej wodzie.
  3. Zagotować ponownie. Dodać pół kieliszka białego wina, odrobinę imbiru, dwie łyżki ciemnego sosu sojowego, łyżkę cukru, jedną laskę cynamonu, dwa liście laurowe (wawrzynu), dwie gwiazdki anyżu.
  4. Zmniejszyć temperaturę i gotować na małym ogniu przez 1 godzinę. Pozwolić by woda wyparowała, ale nie na tyle by przypalić kurze łapki.

 

Kurze łapki wykonane według takiego przepisu są zaskakująco miękkie i niemal rozpływają się w ustach. Dodatkowo są odżywcze. Jedna łapka zawiera około 73 kalorie, 6,6 g białka, 5 g tłuszczu oraz 28,6 mg cholesterolu.

Smacznego!

Wolne stolce

Po długiej nieobecności w Polsce szybko nadrabiałem. Wszyscy dzielili się wszelakimi wieściami i ważniejszymi zmianami. Wdrożyli mnie do życia i również przepytali ze zmian i planów u mnie. Kilkakrotnie ludzie pytali czy nie mam nowych historii o defekacji, torsjach, czy jakichkolwiek sensacjach żołądkowych. Musieli czytać mojego bloga. Tylko czemu nie chcieli pytać o sens życia?

Dowiedziałem się, że nagle i bez znanej przyczyny umarł gość, u którego kiedyś wynajmowałem mieszkanie. Nie był wiele starszy i zastanowiło mnie jak to jest, że raz ktoś jest, a potem nagle go nie ma? Na dodatek nie wiadomo z jakiego powodu.

Rzuciłem się też na jedzenie. Głównie sery, których mi brakowało w Chinach. Do tego wędliny, choć mięso już nieco mniej mi wchodzi ostatnimi czasy. Były też krokieciki z supermarketu. Lekko podejrzane, ale weszły.

A potem się zaczęło. Wieczorem. Ból brzucha, sensacja betoniarki, podejrzane głosy dobiegające z okolicy pępka. Zrobiłem się słaby i bezużyteczny, że tylko kamieniem w Dunajcu przyłożyć. W nocy przerzucałem się z boku na bok i przepociłem całą pościel. Gdy dopadły mnie podejrzane skurcze wystartowałem sprintem do ubikacji. Zaczęła się walka jak z upartym, zaciętym słoikiem. Aż do chwili, gdy wystrzeliła śmierdząca Kinder niespodzianka. Po tej akcji musiałem umyć kibel, deskę, plecy, wagę leżącą obok i okno, przez które domownicy podglądają czasem sarenki.

Przez całą noc powtarzałem wszystko od sprintu po sprzątanie. Jeszcze raz. I jeszcze raz. Zacząłem liczyć, bo kiedyś dowiedziałem się, że dziesięć wolnych stolców w ciągu dwudziestu czterech godzin grozi odwodnieniem i hospitalizacją. Nad ranem, kiedy ze szlaucha strażackiego przeistoczyłem się w sprej do mycia okien tryskający ostatkiem sił, wylądowałem nagle na kolanach jedną ręką ściskając kibel, drugą włosy. Wszystko to, co całą noc przedzierało się na południe postanowiło zawrócić na północ. Poczułem ponownie ten wspaniały smak krokiecików z supermarketu.

Gdy doczołgałem się do łóżka uderzyła mnie rewelacja. Objawienie. Czy mam oto odejść pokonany przez krokieciki? Czy będą potem mówić: jednego dnia był zdrowy, a drugiego umarł bez przyczyny? I czy po drugiej stronie powita mnie gość, u którego kiedyś wynajmowałem mieszkanie i uśmiechnie się ciepło i zapyta: krokieciki? A ja położę ręce na biodrach i obsrany po łopatki powiem twierdząco: krokieciki.

Chciałem napisać palcem na ścianie imię jego, zabójcy. Nie lokaj, ani woźny, ani nadmiar wódy, czy cyjanek. Krokieciki. Ale zasnąłem strudzony. I tak oto pozbyłem się azjatyckiej flory bakteryjnej i powitałem w bólu naszą rodzimą. Niech żyją podróże kulinarne. I przyśnił mi się właściciel muzeum mitycznych stworów z wybałuszonymi oczkami w Chile i powiedział znów swoją mądrość:

„Żyj pełnią życia! To najlepsza droga. Przeżywaj intensywnie każdy moment. Ponieważ życie jest zbyt krótkie i nadejdzie chwila, kiedy będziemy umierać i będziemy chcieć zrobić tyle rzeczy, których nie zrobiliśmy. Dlatego musimy cieszyć się każdą chwilą. Powinno się cieszyć życiem. Próbuj nie nabywać wielu rzeczy, ale zamiast tego mieć przeżycia. Osiągnij wszystko, co chcesz zrobić, bez względu na to jaki wysiłek będzie to kosztować. Życie jest zbyt krótkie i powinno się nim rozkoszować.”

Obudziłem się obolały i chory, ale dumny z mojego unikatowego doświadczenia i oświecenia. Jednak gdy mama poszła do supermarketu i powiedziała sprzedawczyni, że coś z krokiecikami jest nie tak, pani sprzedawczyni odpowiedziała:

– Będziemy chyba musieli zgłosić, bo to już nie pierwszy raz.

Jak nie dać się zeszmacić podczas chińskiej imprezy

Kultura picia i pracy jest taka: w Polsce pije się całą noc, a rano idzie się do roboty. W Chinach pije się godzinę, a potem zamyka się firmę, bo wszyscy umierają przez następną dobę.

Chińczycy w okrzykach Ganbei! (干杯gānbēi, dosłownie: sucha szklanka, czyli do dna) grzmocą co popadnie i jak najszybciej. Obcokrajowca bierze się w ogień krzyżowy toastów zapełniając jego szklankę na zmianę wódką ryżową, winem i piwem, a efektem końcowym może już być tylko stan, w którym zagranicznego gościa wypycha się na ulicę jak taczki: twarzą po glebie, nogami do góry. I nikt nie zwolni podjeżdżając tobą pod krawężnik.

Nie próbuj oszczędzać się na weselu, bo zakończy się ono przed szóstą i nie mam tu na myśli szóstej rano. Nie próbuj rozkoszować się winem, bo wszyscy się oburzą czemu nie opróżniasz szklanki w kilku łykach. Zresztą to i tak tylko podróba francuskiego wina. Pojawił się rumieniec i chemiczny posmak w ustach? Trudno- może przejdą po tygodniu. Dziewczęta wyglądają coraz piękniej? Zapomnij. Liczna eskorta zaparkuje cię twarzą w dziurze w podłodze cała dumna ze swojej chińskiej gościnności.

Chińskie imprezy odbywają się w restauracjach przy okrągłych i obrotowych stołach, zawsze suto zastawionych. Gospodarz siada twarzą do drzwi, gość honorowy po jego prawej, mniej ważny po lewej. Obok nich kolejni w hierarchii Chińczycy, na zmianę z zaproszonymi gośćmi. W ten sposób czy popatrzysz się w lewo, czy w prawo, ktoś krzyknie ci Ganbei! i wleje w gardło szklankę drętwej ryżowej wódki. Tyłem do drzwi siedzi mały tłum innych, mniej znaczących osób.

Wódka kosztuje już od kilku złotych za pół litra. Do większości restauracji można wnosić własne napoje. Za sprawą gościnności Chińczyków nie będziesz i tak mieć okazji oglądać rachunku. Nie będziesz nawet pamiętać tej części wieczoru…

O ile taka impreza może być fantastycznym doświadczeniem, to już kilka takich spotkań w miesiącu przeraża. Więc jak można nie dać się zeszmacić podczas chińskiej popijawy? Nie można. Spodziewaj się kaca życia.
Jest jednak sposób na przetrwanie, który kiedyś może uratować ci życie. Ryzykowny, ale pomocny. Wyjawiły mi go kiedyś nasze narodowe skarby, największe dobro eksportowe, szeroko uznawane i podziwiane polskie prostytutki. Albo raczej escort girls.

Na początku popijawy musisz pozwolić atmosferze się rozluźnić, a wszystkim oczom dookoła zmętnieć. Pamiętaj, że każdy bacznie cię obserwuje. Pij i baw się, bo nie masz wyjścia. W drugiej fazie możesz zacząć się oszczędzać za sprawą sztuczki- prostytuczki. Tylko nie daj się przyłapać! Jeśli wpadniesz na oszukiwaniu przy piciu- polski naród się ciebie wyprze, a nasz rząd podczas tajnego posiedzenia w podziemiach Wawelu odbierze ci obywatelstwo i paszport.

Działa to tak: masz przed sobą szklankę z wódką ryżową i kubeczek z herbatą. Ktoś zawsze dba aby były pełne, więc musisz działać szybko. Nadpij herbatę do połowy zanim ktoś krzyknie Ganbei! chuchając ci w twarz, odpowiedz na jego toast, napij się wódki, ale nie przełykaj. Zrób tylko krzywą minę. Podnieś teraz szybko do ust kubeczek z herbatą i wypluj dyskretnie wódkę. Wprawne prostytutki potrafią wypluwać markując zarazem przełykanie. Odczekaj następnie chwilę i opróżnij kubeczek z herbatą/ alkoholem do miski na odpady jaka powinna znajdować się na stole. Powtarzaj do chwili, kiedy ktoś kto nie zna sztuczki- prostytuczki zacznie rzygać dookoła i impreza się zakończy.
Wariant łatwiejszy obejmuje nadpitą do połowy butelkę koli zamiast kubeczka herbaty. Powodzenia.

Dlaczego powinniśmy zacząć jeść robaki

IMG_6066

 

W minionych miesiącach przeprowadziłem eksperyment w którym pobrałem w górach grupę insektów, które następnie hodowałem w plastikowych pojemnikach na odpadach z warzywniaka, a na koniec je zjadłem. Nie jestem aktywistą, czy hipisem i lubię zjeść stek, albo pierś z kurczaka. Uważam jednak, że zrewolucjonizowaliśmy już tak wiele dookoła, ale nie nasze diety. Przeciwnie- jemy coraz gorzej.

 Na świecie jest nas 7 miliardów. W 2050 może nas być nawet 11 miliardów. Rośnie też średnia klasa konsumentów, a z nimi ich apetyty. Przewiduje się, że światowe zapotrzebowanie na produkty mięsne podwoi się do 2050 roku z 229 milionów ton na 465 milionów ton. Można by pomyśleć: a co mnie obchodzi czyjś apetyt? Otóż 70% gruntów rolnych wykorzystywane jest na hodowlę zwierząt. Oznacza to, że czeka nas dwukrotny wzrost zapotrzebowania na ziemię pod hodowlę, pod uprawę, zapotrzebowania na wodę, energię, dwukrotny wzrost ilości organicznych zanieczyszczeń i emisji metanu. Jak bumerang powraca temat Amazonii, gdyż 70% powierzchni dawnych lasów deszczowych zamienianych jest właśnie na pastwiska. A na pozostałych 30% rośnie pasza dla zwierząt.

Zacząłem interesować się możliwościami spożycia insektów, a fakt że mieszkam w Azji znacznie ułatwił mi studia. Oto kilka wniosków, które wyciągnąłem i oto spróbuję przedstawić dlaczego uważam, że powinniśmy zacząć jeść insekty.

1
Ponieważ i tak już je jemy
Najlepszym przykładem jest karmin (koszenila). Występuje w wielu produktach jako E120, czyli czerwony barwnik ze zmielonych czerwców kaktusowych (Dactylopius coccus). Znaleźć go można w kosmetykach, szminkach, napojach alkoholowych, sosach, nadzieniach, mięsach, jogurtach… praktycznie wszystkim co spożywamy i co jest czerwone, różowe, czy fioletowe. Robi się żal wegetarianów, ale czy mając możliwość wyboru sięgniesz po jogurt truskawkowy barwiony robakami, czy barwnikiem syntetycznym?
Ponadto insekty stanowią jedną z największych biomas i znaleźć można je oraz ich larwy we wszystkim włączając w to nasze codzienne pożywienie. Nazywa się to zanieczyszczeniem ciałami obcymi, bądź żywymi szkodnikami i według normy PN-EN-15587 legalnie może wynieść do 3%.

2
Ponieważ insekty mają wysoką efektywność zamieniania paszy na masę ciała
Aby wyprodukować 1 kg białka zwierzęcego wołowego potrzeba 10 kg paszy. Produkcja 1 kg świerszczy wymaga natomiast 1,7 kg paszy. Prawdopodobnie przez to, że są one zmiennocieplne i nie polegają na paszy by regulować temperaturę ciała. To nie wszystko. 80% świerszcza jest jadalne (pozostają tylko kończyny tylne i skrzydła), podczas gdy jedynie 55% kurczaka, czy świni oraz 40% krowy nadaje się do spożycia. Oznacza to, że produkcja białka świerszczy jest o wiele bardziej wydajna i powoduje nieporównywalnie mniejsze zanieczyszczenie organiczne.

3
Ponieważ insekty nie wymagają tak dużo wody jak bydło
Szacuje się, że do 2025 niemal dwa miliardy ludzi będzie żyć w rejonach ogarniętych suszą, a niemal dwie trzecie światowej populacji odczuwać zacznie stres spowodowany brakiem wody. To tylko dziesięć lat. Czas start.
Obecnie to rolnictwo zużywa 70% naszej wody. Produkcja 1 kg kurczaka wymaga 2300 wirtualnych litrów wody (czyli wliczając wszystko, włącznie z wodą na polach gdzie rośnie pasza dla tych zwierząt), 1 kg świni 3500, 1 kg krowy 22000. Insekty wymagają niewspółmiernie mniej wody, większość z nich z łatwością żyje w rejonach objętych suszami. Hodowane przeze mnie koniki polne nie potrzebowały bezpośredniego źródła wody i regulowały ją z odpadów warzyw, które za darmo otrzymywałem w warzywniaku.

4
Ponieważ robaki są zdrowe
Wartości odżywcze insektów różnią się w zależności od gatunku oraz stadium rozwojowego.
Zawierają wysokiej jakości białko, aminokwasy oraz tłuszcze i kwasy tłuszczowe omega-3 oraz omega-6, zupełnie jak ryby. Ciekawie wypada zestawienie minerałów w wołowinie i insektach:
Żelazo: 6 mg na 100 g wołowiny w porównaniu do 33-77 mg na 100 g gąsienic (w zależności od ich diety). Cynk: 12,5 mg na 100 g wołowiny w porównaniu do 26,5 mg na 100 g larwy chrząszcza ryjkowca.
Insekty są również bogate w witaminy: B1 0,1 mg- 0,4 mg na 100 g, B2 czyli ryboflawina nawet do 8,8 mg na 100 g, B12 0,4 µg na 100 g, A 32µg – 48 µg na 100 g.
Prawdopodobnie to właśnie insekty spożywane nawet w małych ilościach zapobiegają anemii u dzieci zamieszkujących w obszarach biedy oraz ogarniętych suszami.
Najciekawszy jest rodzaj włókna pokarmowego zawarty w chitynie egzoszkieletu insektów. Nie jest przyswajany przez ludzki układ pokarmowy, ale odgrywa rolę podobną do błonnika ułatwiając trawienie i przyspieszając wydalanie. Możliwe jest, że pomaga również zapobiegać pasożytniczym infekcjom oraz pewnym alergiom. Być może dlatego ludność w tropikalnych rejonach spożywająca regularnie insekty jest odporniejsza na choroby pasożytnicze niż my.
Warto też wspomnieć, że insekty nie powodują znanych alergii pokarmowych (ale oczywiście mogą powodować nowe).

5
Ponieważ robaki są smaczne
Na 1,4 miliona opisanych gatunków zwierząt 1 milion to odmiany insektów. Stoi przed nami nieznany świat smaków oraz zastosowań i możliwości. Metody obróbki przed spożyciem obejmują tradycyjnie suszenie, gotowanie, smażenie, wędzenie, insekty mogą być łuskane, podawane w całości, w paście, w tofu, w mleku sojowym, w papce mięsnej, mogą być przekąskami, suszoną mąką z której można robić chleb, makaron, wypieki, biszkopty, ciasta, czy też składnikami kompleksowych dań, słodyczy, lekarstw wzmacniających system immunologiczny, batonów energetycznych lub organicznych białkowych odżywek dla sportowców.
Wiadomo też, że niektóre robaki przybierają smak ostatnio spożywanej paszy. Tak więc gąsienice hodowane na odpadach z bananów będą smakować inaczej niż te hodowane na kukurydzy.

6
Ponieważ hodując insekty ponoszę mniejsze ryzyko zachorowań
Nie znane jest jeszcze ryzyko wystąpienia patogenów podczas spożywania insektów, ale jako że są one taksonomicznie odległe od ludzi, spodziewać się można mniejszego ryzyka zachorowania na ich choroby (infekcji zoonotycznej), niż w przypadku spożywania mięsa ssaków, czy ptaków. Z drugiej strony niektóre z nich zawierają inne niebezpieczne dla nas toksyny i konieczne są środki ostrożności podczas przyrządzania, jak wygotowywanie insektów, poszczenie ich, czy pozbywanie się ich określonych części ciała przez amputację, czy przypalanie włosków.

7
Ponieważ nie są aż tak znowu obrzydliwe
Do tej pory nie udomowiliśmy robaków, bo wcześniej nie było takiej potrzeby. Udomowiliśmy czternaście najwygodniejszych gatunków ssaków lądowych ze względu na ich wygodną dietę, tępo wzrostu, zdolność reprodukcji oraz łagodne zachowanie. Ta tak zwana domestykacja zaczęła się w neolicie i może już czas przemyśleć ją ponownie?
Przyzwyczailiśmy się do traktowania insektów z obrzydzeniem i widzimy ich konsumpcję jako prymitywne zachowanie. W Europie insekty kojarzone były z niszczeniem drewna, roznoszeniem chorób i padliną. W wielu krajach Azji, Afryki, czy Ameryki Południowej jednak w insektach widzi się urok, jaki naszej kulturze udało się dostrzec jedynie w motylach i biedronkach oraz smak, jaki nam kojarzy się z deserami.

8
Ponieważ… spójrz tylko na mapę
Gdy wypuścić się poza granice zachodniego świata, na przykłady entomofagii napotkać się można wszędzie. Afryka, Azja, Ameryka Południowa, ciężko w krótkim akapicie uwzględnić szczegóły. Insekty są jedzone głównie w tropikach, gdzie są większe i łatwiej jest je zbierać przez okrągły rok. W Laosie, Tajlandii oraz Kambodży uprawa insektów do ludzkiej konsumpcji jest tania, prosta i wydajna, a w Afryce Środkowej pojawiają się coraz liczniejsze kooperatywy związane ze zorganizowaną hodowlą insektów.
W Chinach zarejestrowanych jest około 30 oficjalnych produktów zdrowotnych z insektów, a w Tajlandii można znaleźć w supermarketach takie produkty jak mrożone larwy chrząszczy, czy jaja mrówek w puszkach. Powoli i wbrew przepisom pojawiają się pierwsze produkty w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Wśród najbliższych nam krajów najbardziej liberalna jest tu Holandia i to właśnie tam prowadzone są pierwsze badania i spróbować można legalnie kilku dań z insektów.

9
Ponieważ zastosowania insektów są niesamowite
Mają o wiele mniej społecznych problemów, mogą być hodowane na organicznych odpadach, są wykorzystywane jako wysokiej jakości karma dla zwierząt domowych i ryb, nie wiadomo czy w ogóle odczuwają ból.
Są wykorzystywane do biodegradacji odpadów na Antarktydzie rozbijając materię organiczną i ułatwiając jej konsumpcję przez grzyby i bakterie.
Jeśli marzy ci się podbój kosmosu to wiedz, że to właśnie insekty są przedmiotem badań naukowców zajmujących się poszukiwaniem źródła protein dla załóg misji kosmicznych oraz stacji orbitalnych. Głównie dlatego, że produkują relatywnie mało gazów cieplarnianych i amoniaku, a ich cykl rozwoju jest krótki. Chinom marzy się automatyzacja produkcji robaków i właśnie zakończono badania w których trójka naukowców zamknięta w laboratorium Księżycowy Pałac 1 w Pekinie spożywała przez 105 dni rosnące na ich oczach robaki.

10
Co robimy źle?
Obecnie w Unii Europejskiej pasza z insektów nie może być podawana jako pokarm nawet zwierzętom przeznaczonym do ludzkiej konsumpcji. Wygląda na to, że drób hodowany w naturalnych warunkach spożywa insekty nielegalnie. Być może nawet zaopatruje się w robaki u nielegalnych dilerów. Aż ciśnie się na usta: zalegalizować!
Ponadto źle je nazywamy. Australijczycy by się przełamać nazwali podniebnymi krewetkami szarańczę, którą zjadali podczas plagi. Pomimo tego że w wielu językach mówi się krowa, je się wołowinę; mówi się świnia, ale zjada się wieprzowinę. Nie ma ekwiwalentu nazwy dla mięsa insektów. Pozostaje niesmaczne słowo robak.
Ja sugeruję więc zacząć jeść… proteninę.

 

Źródła

Edible Insects: future prospects for food and feed security, FAO Rzym 2013

Tales of the Cosmos, Eric Crouch, That’s PRD November 2014, China Intercontinental Press

http://wieszcozjesz.blogspot.com/2013/07/caa-prawda-o-e120-koszenila.html

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ludno%C5%9B%C4%87_%C5%9Bwiata

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kwas_karminowy

http://news.bbc.co.uk/2/hi/asia-pacific/4032143.stm

Jak smakuje mózg

 mozgi

Aby zrozumieć Rosjan potrzebna jest wódka. Aby zrozumieć Kosowarów potrzebne są kawa i papierosy. Aby zrozumieć Chińczyków potrzebna jest aplikacja mobilna WeChat na smartfona. To ich odpowiednik gadu gadu. Ja nie mając smartfona uciekłem się do drugiego najlepszego sposobu na poznanie Chińczyków: jedzenia.

Jeśli wiesz jak szukać, w restauracjach Shenzhen znajdziesz do zjedzenia wszystko, co przeciśnie się przez nocne kanały przerzutowe, na wpół legalne kuchnie i twoje własne jelita. Znaleźć tu można restauracje z różnych prowincji, zachodnich krajów, azjatyckich krajów, amerykańskie fastfoody, restauracje zarządzane przez kreatywnych biznesmenów, VIP-ów, a nawet przez brata Obamy.

Udaliśmy się do restauracji znanej z nadopiekuńczej obsługi. Róże gastronomie szukają interesujących sposobów wyróżnienia się w tłumie tysięcy jednolitych interesów. Już w drzwiach windy obskoczyły nas kelnerki kłaniając się, krzycząc powitania i prowadząc nas do stolika. Wszyscy dookoła zdawali się być zachwyceni ze spotkania z nami.
Zamiast menu dostaliśmy iPada, ale po długich próbach logowania, klikania i usiłowania zrozumienia systemu poprosiliśmy o zwyczajne menu na kartce. Zanim kelnerzy odpalili na środku stołu hot pot, czyli dwa bulgoczące  wywary- jeden pikantny, a drugi łagodny, obdarowano nas fartuszkami, gumkami do włosów, ręczniczkami, a obsługa nie przestawała biegać, witać się i pozdrawiać.

Na stół zaczęły wjeżdżać mięsa i warzywa, które samodzielnie wrzuca się do jednego z gotujących się wywarów, następnie wyławia, moczy w przyrządzonym przez siebie sosie i konsumuje. W pewnym momencie na stół położono długo wyczekiwane mózgi wieprzowe. Dostać je można w różnych rozmiarach, a te były mniejsze od pięści, najmniejsze jakie widziałem. Obok rozpoczął się akrobatyczny pokaz wywijania ciastem na makaron, ale ja skupiłem się na jedzeniu.

Mózgów lepiej nie dotykać własnymi pałeczkami, gdyż mogą zawierać pasożyty. Wrzucone do wywaru powinny gotować się kilka minut aż do nabrania szarego koloru. Poprawnie ugotowane są miękkie, lecz nie powinny się rozpadać. Można je przeciąć ściskając je pałeczkami. W smaku przypominają tofu z lekkim posmakiem przypominającym smak wątróbki drobiowej. Mają gładką teksturę, z wierzchu są śliskie.

Aby zrozumieć Chińczyków trzeba stać się jak oni przy stole, trzeba wmieszać się w tłum na ulicy i szukać wyzwań wszystkimi zmysłami odnajdując radość w trudnościach. A jeśli coś utkwi Ci w gardle to pamiętaj, że życie to tylko przykrótkawy sen w sosie słodko – kwaśnym.

Poziomy ostrości papryki

W Chinach jest taka anegdota na temat ostrego jedzenia: spotkała się trójka mężczyzn z których każdy lubił przechwalać się swoją odpornością na ostre jedzenie. Pierwszy mężczyzna z prowincji Jiangxi powiedział: ja nie boję się ostrego. Drugi mężczyzna z prowincji Sichuan powiedział na to: ja ostrego się nie boję. Wtedy trzeci mężczyzna z prowincji Hunan dowalił: ja boję się nie ostrego.

Tak się składa, że moja dziewczyna jest właśnie z prowincji Hunan słynnej z ostrego jedzenia i tak zwanych „ostrych piękności”. No i ja boję się kolacji za każdym razem jak wracam do mieszkania. Bo w Chinach poznać można poziomy ostrości papryki ponad polską musztardę, buraczki i pastę z papryczki.

Wiem o czym mówię, bo kontakt z toksyczną pastą z ostrej papryczki dostępną na polskim rynku miałem za sprawą wujka który wcinał ją nałogowo podczas naszego wspólnego spływu kajakowego na Mazurach. Wyciskał odrobinę na chleb i połykał ją oblizując palce, po czym sapiąc i robiąc wdechy powtarzał: ale piecze, o wszyscy święci, o rany… I ostrzegał mnie żebym przypadkiem po jedzeniu papryczki nie wsadzał palca do oka.

W Chinach taka pasta z papryczki to tylko preludium. Istnieją papryczki piekące w usta, papryczki piekące na czubku języka, po bokach języka i głęboko na tyłach, czy też w nosie, pieką od kopa i ze zdradliwym opóźnieniem, powodują poty albo łzawienie, zmuszają do sapania, wdechów, rozgrzewają, mrowią w żołądku. No i najgorsze- pieką w tyłek na pożegnanie. Najważniejsza zasada podczas ich jedzenia to dotykać ich tylko pałeczkami.

Wiem o czym mówię za sprawą wujka. Po zjedzeniu swojej pasty z ostrej papryczki zaszywał się w śpiworze kokosząc na boki i gdy już prawie odpływaliśmy w namiocie nagle zaczynał sapać i robić wdechy powtarzając: ale piecze, o wszyscy święci, o rany… wsadziłem palec w oko… ale piecze… I mówił, że to bestia i że na drugi dzień potrafi jeszcze piec.

Jednak najgorsza papryczka z jaką przypadkiem miałem kontakt trafiła mi się zupełnie niespodziewanie. Było to na ulicy zastawionej straganami, stolikami i grilami na kółkach. Jedna z tych bocznych alei pachnących pieczonym mięsem, tofu, podlana brzdękiem butelek tsingdao i nocnym gwarem południowej metropolii odpoczywającej po długim upalnym dniu. Spotkałem się w tedy z Polakiem, co zdarzyło mi się dwa razy przez cały pobyt w Chinach, więc bardzo to przeżywałem i ćwiczyłem dykcję i podawanie ręki od którego odwykłem.

Połknęliśmy kilka szaszłyków z grila, a potem po niepozornej papryczce. Minęło jakieś pół minuty i powoli piekący ból zaczął rozchodzić się po ustach i języku. Nie pomogło zimne piwo, wdechy przynosiły ulgę tylko chwilowo, ale za to wydechy lizały gębę jak płomieniami. I tyle pogadaliśmy tamtego wieczoru. Pół godziny spania i urywanych pół-zdań. To była kara. To była zła karma ostrej papryki.

Wiem o czym mówię, bo podczas spływu na Mazurach razem z wujkiem, kiedy drzemałem nad ranem w śpiworze, zostałem rozbudzony nagłym sapaniem i wdechami i litanią: ale piecze, o wszyscy święci, o rany… znowu wsadziłem palec w oko… ale piecze… Więc mnie zaciekawiła ta jego papryczka i postanowiłem zrobić eksperyment. Płynęliśmy kajakami, a kiedy podczas obiadu przyplątały się kaczki które liczyły na okruszki chleba, dorwałem się do pasty z ostrej papryczki, wysmarowałem kawał chleba na czerwono i rzuciłem kaczce na pożarcie. Trochę nie ładnie, wstyd. Bo zaczęła się trząść jak budzik, pływać w kółko, pić wodę z jeziora i fukać. Była wściekła. Więc jeśli słyszeliście o kaczce która zrobiła doktorat z biologii i uwolniła śmiertelnego wirusa by zniszczyć ludzką populację, to właśnie ta kaczka to była. Z zemsty. Moja wina.

Ostatni i najniebezpieczniejszy rodzaj ostrej papryczki czyha w Chinach na entuzjastów dwóch kółek pomykających wąskimi alejkami w porze obiadu. Przejeżdżając obok skwierczących i buchających parą patelni można tu niechcący wpaść w kłęby drobno posiekanej papryczki którą wrzucono właśnie do łoka. Jak drobne szpilki dźgają one znienacka oczy i cały przewód pokarmowy oślepiając niebezpiecznie.

Jeśli kiedykolwiek będziecie jeździć rowerem po Chinach uważajcie w porze obiadowej. No i uważajcie na kaczki z doktoratem z biologii. Moja wina.

A co do rowerów, to pisałem niedawno o moim cipowerku. Już nie moim, bo mi ukradli bezczelnie spod mieszkania. A zapięty był…