Wszyscy znowu w drodze

Screenshot_20170625-105329Wszystkim wciąż odwiedzającym ten blog należy się szczypta wyjaśnień, czym też spowodowane jest moje milczenie. Otóż zasiadając do komputera w rzadkich ostatnio chwilach luzu zwracałem się do weny z prośbą o natchnienie mnie do skrobnięcia czegoś nawet drobnego, zwięzłego, ale chociaż nieco dowcipnego. No i cóż… powiedzieć mogę jedynie: zdradliwa wena. Ale już jestem i już piszę.

Było tak. Wracałem z Danii i Niemiec zmęczony pewnie prawie jak ten komar, który usilnie trzymał się wycieraczki od Rostoku do Szczecina. Na parking firmowy dojechałem o północy. Odstawiłem służbowy bat-mobil i doczołgałem się do swojego samochodu. Odpalił na pyk, ale ruszył się z szumem jak pociąg. Po kilkuset metrach, w czarnym lesie zauważyłem, że zagrzała się felga. Czyli zapiekł się hamulec. Nie było kiedy zmienić klocków i już kilka tygodni wcześniej dojechałem do pracy z szumem.

Miałem ochotę położyć się w fosie, zasnąć i zapomnieć o wszystkich problemach, które raz na jakiś czas nacierają na mnie stadem. Chciałem być w domu żeby rano zobaczyć się z małym Koralgolem, który już zaczął przyzwyczajać się do tego, że tata przeprowadził się do telefonu. Musiałem być w domu żeby wyprostować wszystkie problemy.

Zepsuł się nawilżacz powietrza, a Koralgol chory, no i do lekarza mieliśmy iść i nie działa komputer, zapięcie od siodełka, zgubiła się paczka i moje wyniki, a miałem siedem szwów i do tego jeszcze teraz poparzyłem sobie rękę, aha i druga paczka się zgubiła w pracy, a jak o pracy mowa to jest problem z naprawą sprzed kilku tygodni… tylko żebym miał chociaż auto, a tu utkwiłem o północy bez środka transportu, a do mieszkania miałem jeszcze czterdzieści kilometrów.

Jedyni znajomi jakich tu mam to znajomi z pracy.  Świetni ludzie i jak się przeprowadziłem to dostałem liczne deklaracje pomocy, ale jak w sezonie dzwonić po przysługę skoro jeden w Niemczech, drugi w Irlandii, trzeci w Portugalii… Jednak wystarczył jeden telefon i wyrwanie w środku nocy od narzeczonej kumpla i dzięki niemu już niedługo potem sam wśliznąłem się do sypialni, gdzie spała moja rodzinka.

Następnego dnia wsiadłem w pociąg i pojechałem rozwiązywać wszystkie problemy po nitce do jądra ciemności. Miałem na to tylko kilka dni, bo znów wyjeżdżałem na parę tygodni. Na miejscu podniosłem auto, spryskałem koło odrdzewiaczem, ponaparzałem młotkiem i zapieczony hamulec puścił. Mechanika miałem już umówionego i doturlałem się do niego na jedynce.

Godzinę później wyjechałem już naprawionym autem.

Po kolei dało się zająć wszystkimi problemami, ale pojawił się jeden nie do przeskoczenia. Miałem obiecaną wolną jedną konkretną niedzielę, na której zależało mi ponad wszystkim. Ale dostałem telefon, że wyjeżdżam już. Tylko, że ja potrzebowałem tej niedzieli ponieważ Koralgol leciał z mamą poznać dziadka w Chinach i nie mogłem nie zawieźć ich na lotnisko. W firmie powiedzieli, że mogę mieć wolną niedzielę w Warszawie, ale sobotę i poniedziałek jestem w Hanowerze. W zawiązku z tym nie mając innego wyjścia postanowiłem zawrzeć pakt z diabłem.  W zamian za to wolne obiecałem pociągnąć dwa cykle pod rząd. Dziewięć tygodni w zamian za ostatnie chwile z rodziną przed ich wylotem. Jestem niewolnikiem korporacji. Jesteśmy tylko nawozem postępu.

IMG-20170523-WA0000I to się właśnie dzieje. Ja jestem w Kalifacie Niemieckim i mam przed sobą jeszcze dużo dużo tygodni pracy. Koralgol biega po chińskiej wiosce przekonany, że tata mieszka w telefonie.

A prawda jest taka, że tata mieszka trochę w vanie śmierdzącym żywicami, klejami i farbami, a trochę w hotelach. O tym jak mu się tam mieszka następnym razem. Bo prawda jest taka, że pomijając korporacje i tęsknotę za rodziną, to jest to najlepsza robota na świecie. Do tego całymi tygodniami jestem w drodze.

 

Reklamy

U von Tiele-Wincklerów cz. 2

Obudziliśmy się z zaiste bajkowego i sytego snu. Na dzień dobry nie mogliśmy uwierzyć widokom na słońce wschodzące ponad parkiem i basenem z fontannami w stylu ogrodów włoskich. Poprzedniego wieczoru meldując się na recepcji otrzymaliśmy niespodziewanie plik voucherów i kuponów na różne atrakcje. Zanosił się więc bajkowy dzień.

Po czerwonym dywanie na śniadanie. Najpierw było miło. Potem zaczęła się nawała ludzi- pyz. Matka rodu spojrzała na naszego książulcia i utopiła migrenę w dłoni krzywiąc się: ależ ty jesteś głośny. Ugryzłem się w język. Oczywiście, że jest. To roczne dziecko, a nie truchło.

Zaczęli plądrować bufet. W końcu skoro zapłacili za nocleg to musieli się nawtranżalać na tydzień do przodu. Uciekliśmy na spacer. Potem postanowiliśmy skorzystać z darmowych atrakcji, które zaskoczyły nas po przyjeździe do pałacu. Do wyboru spa, siłownia, bilety do teatru i filharmonii (no ale w Opolu), pokój zabaw dla dzieci… voilà!

Poszliśmy szukać tego pokoju zabaw. Zamknięty. W recepcji powiedzieli, że ktoś tam na pewno jest z kluczem. Wróciliśmy się. Przypadkiem wypatrzyłem jakiś pęk kluczy w zamku jednych z licznych drzwi. Zapukałem, wszedłem. W izbie siedział jakiś skoncentrowany jegomość, ale nie wiedział nic o pokoju zabaw. Zdesperowany postanowiłem ukraść mu klucze.

Zamknąłem drzwi, delikatnie wysunąłem pęk z zamka i pognałem otworzyć pokój zabaw. Jegomość wyskoczył na korytarz w momencie jak wpychałem kolejne niepasujące klucze do zamka. To prywatne klucze– wykrzyczał przybliżając się niebezpiecznie. Ja dalej wpychałem chcąc zdążyć otworzyć pokój. Odburknąłem coś, ale kiedy się zbliżył i powtórzył, że to jego klucze oddałem mu je nachmurzony. Nie przeprosiłem. Hrabina zaczęła się chichotać.

Następnie podjęliśmy postanowienie, że weźmiemy udział w zwiedzaniu pałacu i będziemy się dobrze bawić i nic nie zepsuje nam tej rodzinnej aktywności. Zwiedzanie również okazało się być w cenie noclegu. Stawiliśmy się na punkt zbiórki. Okazało się, że oprócz nas pojawiła się też… rodzina ludzi-pyz ze śniadania. Ale pech. Do tego wciąż wyglądali na głodnych, więc kazałem hrabinie nie spuszczać książulcia z oczu. Jedna pyza miała nawet gopro. No ale jak się jest tak grubym, to chodzenie po schodach to sport ekstremalny godny uwiecznienia i montażu z inspirującym podkładem muzycznym.

Przyszedł przewodnik, popatrzył się na mnie i powiedział tajemniczo: O, a ha. Bo to był ten jegomość, któremu wcześniej usiłowałem ukraść klucze.

Zwiedzania i historii pałacu nie będę opisywał, bo zachęcam do odwiedzenia Mosznej osobiście. Dowiedziałem się, że zamek w Mosznej poprawnie jest pałacem, więc postanowiłem tak go nazywać. Brzmi bardziej nobilitująco. A ta mapa skarbów, którą wspominałem na początku pobytu była z okresu, kiedy w pałacu leczono nerwice. Ale nie chodzi o sanatorium, lecz bardziej szpital psychiatryczny.

Ktoś może zapytać, co trzeba zrobić żeby przenocować się w pałacu? Czy trzeba nazywać się Heinrich Leopold von Seherr-Thoss? Nie. To już nie ta epoka. Czy potrzeba znać Huberta von Tiele-Wincklera z Miechowic? Nie, ale Władysława II Jagiełłę dobrze mieć w kieszeni. No to czy należy wygrać w totka? Nie. Wystarczy trochę czasu, szperania w sieci i odrobina fantazji.

http://www.moszna-zamek.pl/

U von Tiele-Wincklerów cz. 1

IMG_22655

Aż samo się prosi, aby napisać, że była ciemna i burzowa noc. Prawda jednak jest taka, że noc była młoda, gwieździsta i spokojna. Bez dramatyzmu zaparkowaliśmy pod samym barokowym krużgankiem, gdzie znajdowało się wejście do pałacu. Zawsze proszę rodzinę żebyśmy się wtaczali do środka możliwie jakby obeznani z savoir vivre’em gości hotelowych. Bezskutecznie. Kiedy ja dopełniałem formalności, książulcio zaczął lizać zabytkowe szyby, a hrabina przepychała przez drzwi kolejne bambetle i reklamówki.

Na piętro zaprowadził nas czerwony dywan. Koło Sali Herbowej i biblioteki skręciliśmy gdzieś w stronę Gabinetu Hrabiego, albo Sali Bilardowej… szybko się pogubiłem. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że było tam mnóstwo pałacowych pomieszczeń i wież. Mapa ewakuacyjna pałacu wyglądała jak stara mapa skarbów. Tylko czemu było na niej zaznaczone tyle sal chorych? Cóż… jakoś się odnaleźliśmy w tym podwójnym transepcie i dotarliśmy do neorenesansowego skrzydła, gdzie mieliśmy nocować. W oczy rzucił mi się ogromny portal z ciemnego drewna. Na tabliczce widniało, że to nasza łazienka, więc musieliśmy być już blisko i naszego pokoju.

Przyzwyczaiłem się, że zdjęcia pokoi hotelowych dodają im splendoru w Internecie, a na miejscu okazuje się, że nie można na podłodze znaleźć miejsca na położenie i otwarcie walizki. Po raz pierwszy w historii hotelarstwa było dokładnie odwrotnie. Wbrew zapowiedziom nasz pałacowy pokój był tak ogromny, że pomieściłby nawet moją zdolność do przesadzania! Gdy zamknęły się za nami ciężkie drzwi i weszliśmy do komnaty, złapałem hrabinę za rękę i powiedziałem, żeby się nie oddalała za daleko. Przez moment zrobiło mi się żal kogoś, kto myje tam na wiosnę okna.

Bez względu na to jak późna była pora, nie było szans na sen dla nikogo z naszej trójki. Książulcio chciał grać w piłkę (miękką). Zabytkowy marmurowy kominek służył mu za bramkę. Hrabina za bardzo się wszystkiego bała. Ja natomiast chciałem spróbować palmowej oranżady, o której mówiła recepcjonistka.

Ruszyliśmy na poszukiwanie gotyckiego skrzydła pałacu. Nie często ma się okazję poszwendać po takich nocnych korytarzach oświetlonych tajemniczymi światłami, pełnymi zagadkowych drzwi i portali i do tego uatrakcyjnionych muzealnym zgrzytaniem klepek od parkietu przy każdym kroku.

W pałacowej restauracji okazało się, że chodziło nie o palmową oranżadę, ale o oranżerię, czyli palmiarnię i miała być otwarta dopiero rano. Po skosztowaniu innych zacnych trunków postanowiliśmy udać się na spoczynek by kontynuować zwiedzanie następnego dnia.

IMG_2238

Apartament marzeń

Dziennik pokładowy; status: czasu aż za dużo. W firmie nic dla mnie nie ma. Kolargol chory. Potrzebny okład z dziadka. Podejmujemy nagłą decyzję aby udać się w drogę z północy na południe kraju. Całą trójką, więc rodzinnie.

Późnym wieczorem, po kilku godzinach drogi znajduję w Internecie apartament w promocji z 500 zł na 90. Zacieramy łapy i bierzemy.

Na miejscu szukanie biura. Okazuje się, że to jest zwykły apartamentowiec, a że deweloperowi nie udało się jeszcze sprzedać wszystkich mieszkań, to używa ich jako pokoi hotelowych. W biurze jakaś strudzona dusza prosi o wskazówki jak znaleźć drogę do jej apartamentu. Ciamajda. Jaka nie światowa.

Płacę, podpisuję, dostaję klucz, kluczyk, pilota, hasła, miejsce parkingowe P-3/44 oraz apartament w trzynastej klatce. A numer telefonu na wypadek jakbyśmy się zgubili?- żartuję kiwając głową na wychodzącą zmęczoną życiem kobietę. W odpowiedzi słyszę, że nie trzeba, bo w podziemiu i tak nie ma zasięgu.

Siadamy w auto i ruszamy całą trójką w drogę. Zmęczeni. Kolargol kwiczy i skwierczy. Znajduję zjazd na P minus jeden. Co za moloch. Parking wielkości Lichtensteinu. Do tego nie dokończony i brakuje niektórych oznaczeń. Zanim odnajduję P minus dwa zaczynam martwić się, czy starczy nam paliwa na powrót. GPS nie działa. W P minus dwa nie idzie mi wcale lepiej i kiedy zjeżdżam na właściwy poziom, zbliża mi się termin wymiany rozrządu.

Odnajdujemy z trudem swoje miejsce parkingowe. Zajęte. Parkujemy gdzie indziej i szykujemy się przez pół godziny do wymarszu. A gdzie jest bucik, smoczek, moja kosmetyczka? W końcu objuczeni ruszamy w czeluści parkingu. Potem wracamy po to, czego zapomnieliśmy i znów wyruszamy. Znajdujemy klatkę szóstą, jedenastą, ale gdzie jest nasza? A jakiej to szukaliśmy, bo pogubiłem karteczki, hasła i ducha walki.

Ostatecznie stęsknieni za życiem na powierzchni uciekamy pierwszą lepszą windą na poziom zero. Źle. Niedokończona część budynku, wszystko pozamykane, winda ucieka…

Jakiś czas później docieramy do biura. Czuję się starszy, bardziej doświadczony, pełen pokory. Skruszony pytam czy jest jakaś mapa do tego mitycznego apartamentu z Internetu. Niefortunnie wspominam też, że zaparkowałem na nieswoim miejscu i zostaje mi przydzielone nowe i muszę jakoś wrócić do podziemi koniecznie przestawić. A już planowałem porzucić auto i kontynuować podróż pociągiem.

Odnajdujemy apartament zbyt zmęczeni żeby się nad nim zastanawiać. Tylko Kolargol biegnie do stolika, zgarnia pilota i zaczyna wciskać przyciski językiem. Reszta wieczoru mija bez wydarzeń.

 

Barszcz smyka

img_20111Bardzo lubię gotować. Raz na pół roku. Resztę dni jeśli jestem sam, to mogę się raczyć kuskusem z tuńczykiem z puszki. Na zimno. Ale nie jestem sam, więc gotujemy. Do tego tak się składa, że moja Najdroższa polubiła bardzo barszcz i tym barszczem raczyła nas kilka razy. Do momentu, kiedy przy takim posiłku zerwałem się, zatoczyłem, trzasnąłem łyżką o podłogę, otarłem język o rękaw i wykrzyczałem: No more! To nie barszcz. Nie wiem co to za symbioza buraków z chińczykami, ale jeść się tego nie da. I w tym momencie postanowiłem sam ugotować barszcz.

Wyzwanie spore, ponieważ choć różne rzeczy już gotowałem, jak serbskie burki, mongolskie Хуушуурy, kurze łapki, czy polne robaki, to polskiej zupy nigdy. Powiedziałem Najdroższej niech się odsunie i podziwia, bo takiego smyka rzadko się spotyka. Nie tylko będzie ugotowane, ale też nie narobię syfu w połowie mieszkania.

 Za każdym razem po jej gotowaniu kuchnia wygląda jak miejsce zbrodni. Ilości odpadów i śmieci pasowałoby zawijać w dywan, wynosić pod osłoną nocy i wrzucać do Odry. Na dodatek jak osobiście nie posprzątam, to potem długo jeszcze znajduję w dziwnych miejscach a to jakiś gęsi żołądek, a to serce jakiegoś ptaka. Hodowlanego oczywiście. My z tymi kartkami o zaginionych pupilach w parku nie mamy nic wspólnego.

Więc jak ja zabrałem się za gotowanie to wreszcie był porządeczek, wszystko pokrojone bez rozsypywania po podłodze, ugotowane bez kipienia, blaty przetarte i na bieżąco umyte gary. Bo takiego smyka rzadko się spotyka.

Wynalazków kuchennych mamy mało. Najdroższa jest oszczędna, ja skrzywiony życiem nomada. Aby odcedzić mój mistrzowski barszcz, moją pierwszą polską zupę- musiałem zaimprowizować jakiś tam cedzak. Położyłem więc w zlewie garnek do gotowania na parze, taki z dziurawym dnem, po czym chlusnąłem do niego barszcz ze wszystkimi farfoclami.

Zajęło mi chwilkę dostrzeżenie tego, co właśnie zachodzi w moim lśniącym czystością zlewie. Barszcz prysnął w toni zlewu jak czar we mgle, a mi ostał się jeno gar farfocli. Bo takiego smyka rzadko się spotyka.

Najdroższa zaczęła się chichrać po mandaryńsku, a ja zacząłem się zastanawiać jak jej to przetłumaczyć, że ja tego barszczu nie spierdoliłem. Sam spierdolił.

I tak po pierwszej zupie został mi tylko ten post i to co udało się jeszcze wycisnąć z buraków. Choć poza blogosferą nie udzielam się w mediach społecznościowych, to wiem, że trochę wszyscy przesadzają z tymi idealnymi zdjęciami idealnych posiłków. Już takimi znowu nie bądźmy niewolnikami aplikacji. Tak bywa, że barszcz (się) spierdoli. C’est la vie.

Były góry, jest morze

Mógłbym naściemniać, że uciekaliśmy przed ostatnio rozbestwionym smogiem w górach, ale tak serio świeże powietrze i jod są tylko przyjemnym dodatkiem. Zresztą na plaże mamy jeszcze ładny kawałek drogi. Mimo to odmiana przyjemna tak pomieszkać niedaleko Bałtyku, a nie tylko Gorce, Tatry, halny, śnieżyce, szlaki, szopy… o O, w sumie to już trochę tęsknię.