Wszyscy znowu w drodze

Screenshot_20170625-105329Wszystkim wciąż odwiedzającym ten blog należy się szczypta wyjaśnień, czym też spowodowane jest moje milczenie. Otóż zasiadając do komputera w rzadkich ostatnio chwilach luzu zwracałem się do weny z prośbą o natchnienie mnie do skrobnięcia czegoś nawet drobnego, zwięzłego, ale chociaż nieco dowcipnego. No i cóż… powiedzieć mogę jedynie: zdradliwa wena. Ale już jestem i już piszę.

Było tak. Wracałem z Danii i Niemiec zmęczony pewnie prawie jak ten komar, który usilnie trzymał się wycieraczki od Rostoku do Szczecina. Na parking firmowy dojechałem o północy. Odstawiłem służbowy bat-mobil i doczołgałem się do swojego samochodu. Odpalił na pyk, ale ruszył się z szumem jak pociąg. Po kilkuset metrach, w czarnym lesie zauważyłem, że zagrzała się felga. Czyli zapiekł się hamulec. Nie było kiedy zmienić klocków i już kilka tygodni wcześniej dojechałem do pracy z szumem.

Miałem ochotę położyć się w fosie, zasnąć i zapomnieć o wszystkich problemach, które raz na jakiś czas nacierają na mnie stadem. Chciałem być w domu żeby rano zobaczyć się z małym Koralgolem, który już zaczął przyzwyczajać się do tego, że tata przeprowadził się do telefonu. Musiałem być w domu żeby wyprostować wszystkie problemy.

Zepsuł się nawilżacz powietrza, a Koralgol chory, no i do lekarza mieliśmy iść i nie działa komputer, zapięcie od siodełka, zgubiła się paczka i moje wyniki, a miałem siedem szwów i do tego jeszcze teraz poparzyłem sobie rękę, aha i druga paczka się zgubiła w pracy, a jak o pracy mowa to jest problem z naprawą sprzed kilku tygodni… tylko żebym miał chociaż auto, a tu utkwiłem o północy bez środka transportu, a do mieszkania miałem jeszcze czterdzieści kilometrów.

Jedyni znajomi jakich tu mam to znajomi z pracy.  Świetni ludzie i jak się przeprowadziłem to dostałem liczne deklaracje pomocy, ale jak w sezonie dzwonić po przysługę skoro jeden w Niemczech, drugi w Irlandii, trzeci w Portugalii… Jednak wystarczył jeden telefon i wyrwanie w środku nocy od narzeczonej kumpla i dzięki niemu już niedługo potem sam wśliznąłem się do sypialni, gdzie spała moja rodzinka.

Następnego dnia wsiadłem w pociąg i pojechałem rozwiązywać wszystkie problemy po nitce do jądra ciemności. Miałem na to tylko kilka dni, bo znów wyjeżdżałem na parę tygodni. Na miejscu podniosłem auto, spryskałem koło odrdzewiaczem, ponaparzałem młotkiem i zapieczony hamulec puścił. Mechanika miałem już umówionego i doturlałem się do niego na jedynce.

Godzinę później wyjechałem już naprawionym autem.

Po kolei dało się zająć wszystkimi problemami, ale pojawił się jeden nie do przeskoczenia. Miałem obiecaną wolną jedną konkretną niedzielę, na której zależało mi ponad wszystkim. Ale dostałem telefon, że wyjeżdżam już. Tylko, że ja potrzebowałem tej niedzieli ponieważ Koralgol leciał z mamą poznać dziadka w Chinach i nie mogłem nie zawieźć ich na lotnisko. W firmie powiedzieli, że mogę mieć wolną niedzielę w Warszawie, ale sobotę i poniedziałek jestem w Hanowerze. W zawiązku z tym nie mając innego wyjścia postanowiłem zawrzeć pakt z diabłem.  W zamian za to wolne obiecałem pociągnąć dwa cykle pod rząd. Dziewięć tygodni w zamian za ostatnie chwile z rodziną przed ich wylotem. Jestem niewolnikiem korporacji. Jesteśmy tylko nawozem postępu.

IMG-20170523-WA0000I to się właśnie dzieje. Ja jestem w Kalifacie Niemieckim i mam przed sobą jeszcze dużo dużo tygodni pracy. Koralgol biega po chińskiej wiosce przekonany, że tata mieszka w telefonie.

A prawda jest taka, że tata mieszka trochę w vanie śmierdzącym żywicami, klejami i farbami, a trochę w hotelach. O tym jak mu się tam mieszka następnym razem. Bo prawda jest taka, że pomijając korporacje i tęsknotę za rodziną, to jest to najlepsza robota na świecie. Do tego całymi tygodniami jestem w drodze.

 

U von Tiele-Wincklerów cz. 2

Obudziliśmy się z zaiste bajkowego i sytego snu. Na dzień dobry nie mogliśmy uwierzyć widokom na słońce wschodzące ponad parkiem i basenem z fontannami w stylu ogrodów włoskich. Poprzedniego wieczoru meldując się na recepcji otrzymaliśmy niespodziewanie plik voucherów i kuponów na różne atrakcje. Zanosił się więc bajkowy dzień.

Po czerwonym dywanie na śniadanie. Najpierw było miło. Potem zaczęła się nawała ludzi- pyz. Matka rodu spojrzała na naszego książulcia i utopiła migrenę w dłoni krzywiąc się: ależ ty jesteś głośny. Ugryzłem się w język. Oczywiście, że jest. To roczne dziecko, a nie truchło.

Zaczęli plądrować bufet. W końcu skoro zapłacili za nocleg to musieli się nawtranżalać na tydzień do przodu. Uciekliśmy na spacer. Potem postanowiliśmy skorzystać z darmowych atrakcji, które zaskoczyły nas po przyjeździe do pałacu. Do wyboru spa, siłownia, bilety do teatru i filharmonii (no ale w Opolu), pokój zabaw dla dzieci… voilà!

Poszliśmy szukać tego pokoju zabaw. Zamknięty. W recepcji powiedzieli, że ktoś tam na pewno jest z kluczem. Wróciliśmy się. Przypadkiem wypatrzyłem jakiś pęk kluczy w zamku jednych z licznych drzwi. Zapukałem, wszedłem. W izbie siedział jakiś skoncentrowany jegomość, ale nie wiedział nic o pokoju zabaw. Zdesperowany postanowiłem ukraść mu klucze.

Zamknąłem drzwi, delikatnie wysunąłem pęk z zamka i pognałem otworzyć pokój zabaw. Jegomość wyskoczył na korytarz w momencie jak wpychałem kolejne niepasujące klucze do zamka. To prywatne klucze– wykrzyczał przybliżając się niebezpiecznie. Ja dalej wpychałem chcąc zdążyć otworzyć pokój. Odburknąłem coś, ale kiedy się zbliżył i powtórzył, że to jego klucze oddałem mu je nachmurzony. Nie przeprosiłem. Hrabina zaczęła się chichotać.

Następnie podjęliśmy postanowienie, że weźmiemy udział w zwiedzaniu pałacu i będziemy się dobrze bawić i nic nie zepsuje nam tej rodzinnej aktywności. Zwiedzanie również okazało się być w cenie noclegu. Stawiliśmy się na punkt zbiórki. Okazało się, że oprócz nas pojawiła się też… rodzina ludzi-pyz ze śniadania. Ale pech. Do tego wciąż wyglądali na głodnych, więc kazałem hrabinie nie spuszczać książulcia z oczu. Jedna pyza miała nawet gopro. No ale jak się jest tak grubym, to chodzenie po schodach to sport ekstremalny godny uwiecznienia i montażu z inspirującym podkładem muzycznym.

Przyszedł przewodnik, popatrzył się na mnie i powiedział tajemniczo: O, a ha. Bo to był ten jegomość, któremu wcześniej usiłowałem ukraść klucze.

Zwiedzania i historii pałacu nie będę opisywał, bo zachęcam do odwiedzenia Mosznej osobiście. Dowiedziałem się, że zamek w Mosznej poprawnie jest pałacem, więc postanowiłem tak go nazywać. Brzmi bardziej nobilitująco. A ta mapa skarbów, którą wspominałem na początku pobytu była z okresu, kiedy w pałacu leczono nerwice. Ale nie chodzi o sanatorium, lecz bardziej szpital psychiatryczny.

Ktoś może zapytać, co trzeba zrobić żeby przenocować się w pałacu? Czy trzeba nazywać się Heinrich Leopold von Seherr-Thoss? Nie. To już nie ta epoka. Czy potrzeba znać Huberta von Tiele-Wincklera z Miechowic? Nie, ale Władysława II Jagiełłę dobrze mieć w kieszeni. No to czy należy wygrać w totka? Nie. Wystarczy trochę czasu, szperania w sieci i odrobina fantazji.

http://www.moszna-zamek.pl/

U von Tiele-Wincklerów cz. 1

IMG_22655

Aż samo się prosi, aby napisać, że była ciemna i burzowa noc. Prawda jednak jest taka, że noc była młoda, gwieździsta i spokojna. Bez dramatyzmu zaparkowaliśmy pod samym barokowym krużgankiem, gdzie znajdowało się wejście do pałacu. Zawsze proszę rodzinę żebyśmy się wtaczali do środka możliwie jakby obeznani z savoir vivre’em gości hotelowych. Bezskutecznie. Kiedy ja dopełniałem formalności, książulcio zaczął lizać zabytkowe szyby, a hrabina przepychała przez drzwi kolejne bambetle i reklamówki.

Na piętro zaprowadził nas czerwony dywan. Koło Sali Herbowej i biblioteki skręciliśmy gdzieś w stronę Gabinetu Hrabiego, albo Sali Bilardowej… szybko się pogubiłem. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że było tam mnóstwo pałacowych pomieszczeń i wież. Mapa ewakuacyjna pałacu wyglądała jak stara mapa skarbów. Tylko czemu było na niej zaznaczone tyle sal chorych? Cóż… jakoś się odnaleźliśmy w tym podwójnym transepcie i dotarliśmy do neorenesansowego skrzydła, gdzie mieliśmy nocować. W oczy rzucił mi się ogromny portal z ciemnego drewna. Na tabliczce widniało, że to nasza łazienka, więc musieliśmy być już blisko i naszego pokoju.

Przyzwyczaiłem się, że zdjęcia pokoi hotelowych dodają im splendoru w Internecie, a na miejscu okazuje się, że nie można na podłodze znaleźć miejsca na położenie i otwarcie walizki. Po raz pierwszy w historii hotelarstwa było dokładnie odwrotnie. Wbrew zapowiedziom nasz pałacowy pokój był tak ogromny, że pomieściłby nawet moją zdolność do przesadzania! Gdy zamknęły się za nami ciężkie drzwi i weszliśmy do komnaty, złapałem hrabinę za rękę i powiedziałem, żeby się nie oddalała za daleko. Przez moment zrobiło mi się żal kogoś, kto myje tam na wiosnę okna.

Bez względu na to jak późna była pora, nie było szans na sen dla nikogo z naszej trójki. Książulcio chciał grać w piłkę (miękką). Zabytkowy marmurowy kominek służył mu za bramkę. Hrabina za bardzo się wszystkiego bała. Ja natomiast chciałem spróbować palmowej oranżady, o której mówiła recepcjonistka.

Ruszyliśmy na poszukiwanie gotyckiego skrzydła pałacu. Nie często ma się okazję poszwendać po takich nocnych korytarzach oświetlonych tajemniczymi światłami, pełnymi zagadkowych drzwi i portali i do tego uatrakcyjnionych muzealnym zgrzytaniem klepek od parkietu przy każdym kroku.

W pałacowej restauracji okazało się, że chodziło nie o palmową oranżadę, ale o oranżerię, czyli palmiarnię i miała być otwarta dopiero rano. Po skosztowaniu innych zacnych trunków postanowiliśmy udać się na spoczynek by kontynuować zwiedzanie następnego dnia.

IMG_2238

Apartament marzeń

Dziennik pokładowy; status: czasu aż za dużo. W firmie nic dla mnie nie ma. Kolargol chory. Potrzebny okład z dziadka. Podejmujemy nagłą decyzję aby udać się w drogę z północy na południe kraju. Całą trójką, więc rodzinnie.

Późnym wieczorem, po kilku godzinach drogi znajduję w Internecie apartament w promocji z 500 zł na 90. Zacieramy łapy i bierzemy.

Na miejscu szukanie biura. Okazuje się, że to jest zwykły apartamentowiec, a że deweloperowi nie udało się jeszcze sprzedać wszystkich mieszkań, to używa ich jako pokoi hotelowych. W biurze jakaś strudzona dusza prosi o wskazówki jak znaleźć drogę do jej apartamentu. Ciamajda. Jaka nie światowa.

Płacę, podpisuję, dostaję klucz, kluczyk, pilota, hasła, miejsce parkingowe P-3/44 oraz apartament w trzynastej klatce. A numer telefonu na wypadek jakbyśmy się zgubili?- żartuję kiwając głową na wychodzącą zmęczoną życiem kobietę. W odpowiedzi słyszę, że nie trzeba, bo w podziemiu i tak nie ma zasięgu.

Siadamy w auto i ruszamy całą trójką w drogę. Zmęczeni. Kolargol kwiczy i skwierczy. Znajduję zjazd na P minus jeden. Co za moloch. Parking wielkości Lichtensteinu. Do tego nie dokończony i brakuje niektórych oznaczeń. Zanim odnajduję P minus dwa zaczynam martwić się, czy starczy nam paliwa na powrót. GPS nie działa. W P minus dwa nie idzie mi wcale lepiej i kiedy zjeżdżam na właściwy poziom, zbliża mi się termin wymiany rozrządu.

Odnajdujemy z trudem swoje miejsce parkingowe. Zajęte. Parkujemy gdzie indziej i szykujemy się przez pół godziny do wymarszu. A gdzie jest bucik, smoczek, moja kosmetyczka? W końcu objuczeni ruszamy w czeluści parkingu. Potem wracamy po to, czego zapomnieliśmy i znów wyruszamy. Znajdujemy klatkę szóstą, jedenastą, ale gdzie jest nasza? A jakiej to szukaliśmy, bo pogubiłem karteczki, hasła i ducha walki.

Ostatecznie stęsknieni za życiem na powierzchni uciekamy pierwszą lepszą windą na poziom zero. Źle. Niedokończona część budynku, wszystko pozamykane, winda ucieka…

Jakiś czas później docieramy do biura. Czuję się starszy, bardziej doświadczony, pełen pokory. Skruszony pytam czy jest jakaś mapa do tego mitycznego apartamentu z Internetu. Niefortunnie wspominam też, że zaparkowałem na nieswoim miejscu i zostaje mi przydzielone nowe i muszę jakoś wrócić do podziemi koniecznie przestawić. A już planowałem porzucić auto i kontynuować podróż pociągiem.

Odnajdujemy apartament zbyt zmęczeni żeby się nad nim zastanawiać. Tylko Kolargol biegnie do stolika, zgarnia pilota i zaczyna wciskać przyciski językiem. Reszta wieczoru mija bez wydarzeń.

 

Barszcz smyka

img_20111Bardzo lubię gotować. Raz na pół roku. Resztę dni jeśli jestem sam, to mogę się raczyć kuskusem z tuńczykiem z puszki. Na zimno. Ale nie jestem sam, więc gotujemy. Do tego tak się składa, że moja Najdroższa polubiła bardzo barszcz i tym barszczem raczyła nas kilka razy. Do momentu, kiedy przy takim posiłku zerwałem się, zatoczyłem, trzasnąłem łyżką o podłogę, otarłem język o rękaw i wykrzyczałem: No more! To nie barszcz. Nie wiem co to za symbioza buraków z chińczykami, ale jeść się tego nie da. I w tym momencie postanowiłem sam ugotować barszcz.

Wyzwanie spore, ponieważ choć różne rzeczy już gotowałem, jak serbskie burki, mongolskie Хуушуурy, kurze łapki, czy polne robaki, to polskiej zupy nigdy. Powiedziałem Najdroższej niech się odsunie i podziwia, bo takiego smyka rzadko się spotyka. Nie tylko będzie ugotowane, ale też nie narobię syfu w połowie mieszkania.

 Za każdym razem po jej gotowaniu kuchnia wygląda jak miejsce zbrodni. Ilości odpadów i śmieci pasowałoby zawijać w dywan, wynosić pod osłoną nocy i wrzucać do Odry. Na dodatek jak osobiście nie posprzątam, to potem długo jeszcze znajduję w dziwnych miejscach a to jakiś gęsi żołądek, a to serce jakiegoś ptaka. Hodowlanego oczywiście. My z tymi kartkami o zaginionych pupilach w parku nie mamy nic wspólnego.

Więc jak ja zabrałem się za gotowanie to wreszcie był porządeczek, wszystko pokrojone bez rozsypywania po podłodze, ugotowane bez kipienia, blaty przetarte i na bieżąco umyte gary. Bo takiego smyka rzadko się spotyka.

Wynalazków kuchennych mamy mało. Najdroższa jest oszczędna, ja skrzywiony życiem nomada. Aby odcedzić mój mistrzowski barszcz, moją pierwszą polską zupę- musiałem zaimprowizować jakiś tam cedzak. Położyłem więc w zlewie garnek do gotowania na parze, taki z dziurawym dnem, po czym chlusnąłem do niego barszcz ze wszystkimi farfoclami.

Zajęło mi chwilkę dostrzeżenie tego, co właśnie zachodzi w moim lśniącym czystością zlewie. Barszcz prysnął w toni zlewu jak czar we mgle, a mi ostał się jeno gar farfocli. Bo takiego smyka rzadko się spotyka.

Najdroższa zaczęła się chichrać po mandaryńsku, a ja zacząłem się zastanawiać jak jej to przetłumaczyć, że ja tego barszczu nie spierdoliłem. Sam spierdolił.

I tak po pierwszej zupie został mi tylko ten post i to co udało się jeszcze wycisnąć z buraków. Choć poza blogosferą nie udzielam się w mediach społecznościowych, to wiem, że trochę wszyscy przesadzają z tymi idealnymi zdjęciami idealnych posiłków. Już takimi znowu nie bądźmy niewolnikami aplikacji. Tak bywa, że barszcz (się) spierdoli. C’est la vie.

Były góry, jest morze

Mógłbym naściemniać, że uciekaliśmy przed ostatnio rozbestwionym smogiem w górach, ale tak serio świeże powietrze i jod są tylko przyjemnym dodatkiem. Zresztą na plaże mamy jeszcze ładny kawałek drogi. Mimo to odmiana przyjemna tak pomieszkać niedaleko Bałtyku, a nie tylko Gorce, Tatry, halny, śnieżyce, szlaki, szopy… o O, w sumie to już trochę tęsknię.

Osiem i pół miesiąca

service%20workshop%202Policzyłem sobie i wyszło mi, że od 2007 roku do dziś przeprowadzałem się średnio co osiem i pół miesiąca. W tym siedem razy do innego kraju. Nastał moment by znów się gdzieś przeprowadzić. Nie ma co średniej zawyżać.

W tym roku jestem dwukrotnie pełnoletni, więc zdecydowanie należało wyprowadzić się od rodziców, u których bunkrowałem się przed obowiązkami dorosłego życia wraz z żoną i dzieckiem. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Polacy chętnie jadą za chlebem do innego kraju, ale już rzadziej do innego miasta wewnątrz naszego państwa. Odpowiedź dostałem, gdy zaraz po przeprowadzce zobaczyłem na parkingu rządek samochodów, wśród których  jeden wyróżniał się tablicami rejestracyjnymi innego województwa… i wybitą szybą kierowcy. Przybliżyłem się, aby rzucić dyskretnie okiem. Tak, brakowało radyjka.

Zapytałem znajomego czy nasz samochód jest bezpieczny, a on powiedział mi, że jak dawniej przyjeżdżał tu golfem to musiał odkręcać na noc lusterka żeby nie pokradli. A ja myślałem, że takie numery to się skończyły w latach dziewięćdziesiątych.

A przecież wyjątkowo nie wynająłem pierwszego mieszkania, jakie się nawinęło w Internecie. Może dawniej byłem zbyt leniwy na poszukiwania. Tym razem jednak miesiącami sprawdzałem potencjalne lokalizacje pod kątem rodzaju instalacji gazowych i ogrzewania wody, odległości do parków i sklepów, poziomu przestępczości i czasu dojazdu karetki.

Nie żartuję. Mieszkamy nad sklepikiem, pięć minut do parku, obok oddziału pogotowia, otoczeni szpitalami, a z okna mamy widok na dowództwo dwunastej dywizji zmechanizowanej. Tak na wypadek apokalipsy zombie.

Pozostaje pytanie gdzie przeprowadzimy się za kolejne osiem i pół miesiąca? Ale póki co nie myślę o tym jeszcze i jestem w siódmym niebie, bo jedyne co robię to się szkolę (zdjęcie załączone). Targam po linach innych techników. Szkoda, że ważą po trzydzieści kilo więcej ode mnie. Ale nie narzekam, bo najważniejsze, że kiedy szkolenie jest skończone, to nie tkwię w hotelach z dala od domu, a na weekend nie muszę już tułać się po Europie. Do czasu rozpoczęcia się sezonu oczywiście. Mam więc nadzieję, że zima potrwa jak najdłużej.

Procent tęsknoty

Minęło parę tygodni odkąd jestem ciurkiem w domu i już nie sądzę, że Mini jest tak słodki, że ma się ochotę go schrupać. Jest tak głośny, że ma się ochotę go rozszarpać zębami. Rozumiem już ludzi uciekających przed obowiązkami rodzinnymi w tajgę, czy przebierających się za klauny, by wciągnąć podstępem dzieci do kanałów. Ale proszę nie myśleć, że zostałem nagle psychopatą, czy mamą Madzi.

hustawka1Zwyczajnie jestem od tygodnia niewyspany. A przecież planów na zagospodarowanie wolnego było ze czterdzieści. Tylko że Mini miał swoje własne plany, o których nas nie poinformował, a które jakimś cudem i niedemokratycznie przejęły nasze życie. Miały być snowboardy, baseny, górskie powietrze, odwiedzanie znajomych, a tu Mini zaplanował sobie na grudzień ząbkowanie, gorączkę, trzydniówkę, pokrzywkę, sraczkę, wizytę u lekarza i badanie moczu.

Nie wiedziałem, że całymi nocami można się tak drzeć jak koszula Rejtana. Zaczęliśmy z Nel chodzić niczym zombie. Ostatnio poszedłem spać o dwudziestej żeby przeżyć kolejne całonocne noszenie Mini na rączkach. Kiedy obudził mnie (chyba z trzeci raz z rzędu), poszedłem jak śnięty po niego aby podać go żonie do karmienia. Patrzę, a w rękach przyniosłem termometr. Syn został na stole. Zresztą to noszenie na rączkach to jakaś masakra. Kręgosłup mnie tak nie bolał odkąd dwanaście lat temu robiłem salto na nartach, ale udało się zrobić tylko pół.

Nagle gwizd! Dzwoni szef. Trochę mnie chwali, trochę się żali, że nie może nikogo ściągnąć z urlopów, bo powyjeżdżali, albo są na L4, a tu taka podbramkowa tragedia i ktoś musi do Belgii nagle jechać i jestem jego ostatnią nadzieją. Wiadomo, kto by się zgodził tak zaraz przed świętami, do tego pogoda słaba. Wysłuchałem go, westchnąłem ciężko do słuchawki, a język przygryzałem mocno, by nie zacząć błagać: zabierz mnie daleko, wysoko, w chmury, na turbinę, gdzieś, gdzie jest cicho, jakiś hotel, wyśpię się już w najtańszym, albo nawet w aucie.

Wyjeżdżać miałem następnego dnia. Zaczęła się gonitwa, załatwianie spraw i przyznam się, że trochę byłem podekscytowany. A potem był znowu telefon i odwołanie wyjazdu. Przełożenie na wiosnę konkretnie. I tak zostałem z lekką winą w środku, jakby wstydem, że najłatwiej byłoby tak uciec. Który rodzic wyjeżdżając za chlebem czuje sto procent żalu i tęsknoty za dziećmi? A który dwadzieścia procent tęsknoty i osiemdziesiąt procent ulgi? Ciekawe, którzy Polacy naprawdę odczuwają smutek z dala od domu, a którzy w czasie kontraktów w odległych krajach, na tych wszystkich budowach i warsztatach znajdują przestrzeń by bez pardonu i z uśmiechem się napić, wyspać i popracować w spokoju na kacu?

hustawka2Więc wróciłem do domu i przez moment miałem ochotę założyć ochraniacze słuchu, których używam do szlifowania. Uznałem jednak, że byłoby to nieetyczne. A potem taskałem Mini na rękach i robiłem, co mogłem (nawet wbrew własnym zasadom), aby go pocieszyć w tragicznych chwilach ząbkowania. Szeptałem mu do ucha: „Nie martw się… jak tylko to się skończy, resztę życia będzie już z górki. I jedz ty sobie już cukier, czy oglądaj reklamy, bylebyś tylko był cicho”.

Poklepałem się po plecach że może i nie jestem dobrym ojcem, ale przynajmniej jestem. Na razie.

Ale zimą sobie odbijemy

Całe lato przepracowałem z dala od rodziny. Przejeździłem w tę i nazad autobanami patrząc zazdrosnym okiem jak obok pomykają na wakacje samochodziki wypełnione dzieciakami. Na dachach poprzyczepiane łódki, kajaki, rowery, bibeloty. A człowiek non stop w pracy. Ale zimą sobie odbijemy…

Te odrobinki wolnego czasu, jakie miałem zazwyczaj poświęcałem na rozwiązywanie jakiś problemów, na urzędy, kolejki. Nie górskie, tyrolskie, turystyczne, malownicze w różnych zakątkach jak bym chciał, ale na kolejki mało romantyczne: postkomunistyczne, w sprawach urzędowych. Już się przyzwyczaiłem, że niczego nie udaje się załatwić od kopa, tylko trzeba wracać, bo czegoś brakuje, czy coś trzeba donieść. Ale zimą sobie odbiję i wyjadę do Chin gdzie dawniej nie martwiłem się takimi sprawami, bo nie goniła mnie jeszcze dorosłość.

I jeszcze ta tropiąca mnie wiecznie chęć udania się na jakąś wyprawę. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio zasiadłem sobie przy ognisku, pod gwiazdami, na karimacie, w śpiworze… mógłbym tu sypać przyimkami do rana. Zrezygnowałem już z pomysłów na Nepal, Indie, czy inne lansiarskie wypady, bo jak bym pojechał gdzieś na wyprawę, to robiłbym wszystko po łebkach, żeby jak najszybciej być z rodzinką. Więc zimą sobie odbijemy. Dzikie górki w Hunanie, może Syczuan, może też szybki wypad do Hongkongu. Marzyłem o tym wyjeździe. Wszędzie będziemy w trójkę i trochę się na siebie powkurzamy, trochę będziemy się mieli dość ale i tak będzie fajnie.

Dziś jest ten dzień, w którym mieliśmy lecieć. Na który mieliśmy bilety w rękach i hotele w Internecie. Mieliśmy i nie polecieliśmy. Bo ktoś nie dostał wizy do Chin, bo okazuje się, że nie uznano jego polskiego obywatelstwa, ani paszportu, ani aktu urodzenia i ma lecieć na specjalnym kwicie i ma zostać takim towarzyszem, który będzie się musiał starać o pozwolenie wyjazdu z Chin i o wizę do Polski, bo tego obywatelstwa musi się zrzec. Więc zostaliśmy, bo już się nauczyłem, że jak jakiegoś problemu się nie da rozwiązać, to czasem lepiej jest znaleźć sobie inny do rozwiązania.

A wielka dzika wyprawa, która za mną chodziła- taka wyprawa na miarę dawnych włóczęg? Cóż teraz takie rzeczy robimy koło domu. Ale w trójkę, więc też jest fajnie.