Jak nie dać się zeszmacić podczas chińskiej imprezy

Kultura picia i pracy jest taka: w Polsce pije się całą noc, a rano idzie się do roboty. W Chinach pije się godzinę, a potem zamyka się firmę, bo wszyscy umierają przez następną dobę.

Chińczycy w okrzykach Ganbei! (干杯gānbēi, dosłownie: sucha szklanka, czyli do dna) grzmocą co popadnie i jak najszybciej. Obcokrajowca bierze się w ogień krzyżowy toastów zapełniając jego szklankę na zmianę wódką ryżową, winem i piwem, a efektem końcowym może już być tylko stan, w którym zagranicznego gościa wypycha się na ulicę jak taczki: twarzą po glebie, nogami do góry. I nikt nie zwolni podjeżdżając tobą pod krawężnik.

Nie próbuj oszczędzać się na weselu, bo zakończy się ono przed szóstą i nie mam tu na myśli szóstej rano. Nie próbuj rozkoszować się winem, bo wszyscy się oburzą czemu nie opróżniasz szklanki w kilku łykach. Zresztą to i tak tylko podróba francuskiego wina. Pojawił się rumieniec i chemiczny posmak w ustach? Trudno- może przejdą po tygodniu. Dziewczęta wyglądają coraz piękniej? Zapomnij. Liczna eskorta zaparkuje cię twarzą w dziurze w podłodze cała dumna ze swojej chińskiej gościnności.

Chińskie imprezy odbywają się w restauracjach przy okrągłych i obrotowych stołach, zawsze suto zastawionych. Gospodarz siada twarzą do drzwi, gość honorowy po jego prawej, mniej ważny po lewej. Obok nich kolejni w hierarchii Chińczycy, na zmianę z zaproszonymi gośćmi. W ten sposób czy popatrzysz się w lewo, czy w prawo, ktoś krzyknie ci Ganbei! i wleje w gardło szklankę drętwej ryżowej wódki. Tyłem do drzwi siedzi mały tłum innych, mniej znaczących osób.

Wódka kosztuje już od kilku złotych za pół litra. Do większości restauracji można wnosić własne napoje. Za sprawą gościnności Chińczyków nie będziesz i tak mieć okazji oglądać rachunku. Nie będziesz nawet pamiętać tej części wieczoru…

O ile taka impreza może być fantastycznym doświadczeniem, to już kilka takich spotkań w miesiącu przeraża. Więc jak można nie dać się zeszmacić podczas chińskiej popijawy? Nie można. Spodziewaj się kaca życia.
Jest jednak sposób na przetrwanie, który kiedyś może uratować ci życie. Ryzykowny, ale pomocny. Wyjawiły mi go kiedyś nasze narodowe skarby, największe dobro eksportowe, szeroko uznawane i podziwiane polskie prostytutki. Albo raczej escort girls.

Na początku popijawy musisz pozwolić atmosferze się rozluźnić, a wszystkim oczom dookoła zmętnieć. Pamiętaj, że każdy bacznie cię obserwuje. Pij i baw się, bo nie masz wyjścia. W drugiej fazie możesz zacząć się oszczędzać za sprawą sztuczki- prostytuczki. Tylko nie daj się przyłapać! Jeśli wpadniesz na oszukiwaniu przy piciu- polski naród się ciebie wyprze, a nasz rząd podczas tajnego posiedzenia w podziemiach Wawelu odbierze ci obywatelstwo i paszport.

Działa to tak: masz przed sobą szklankę z wódką ryżową i kubeczek z herbatą. Ktoś zawsze dba aby były pełne, więc musisz działać szybko. Nadpij herbatę do połowy zanim ktoś krzyknie Ganbei! chuchając ci w twarz, odpowiedz na jego toast, napij się wódki, ale nie przełykaj. Zrób tylko krzywą minę. Podnieś teraz szybko do ust kubeczek z herbatą i wypluj dyskretnie wódkę. Wprawne prostytutki potrafią wypluwać markując zarazem przełykanie. Odczekaj następnie chwilę i opróżnij kubeczek z herbatą/ alkoholem do miski na odpady jaka powinna znajdować się na stole. Powtarzaj do chwili, kiedy ktoś kto nie zna sztuczki- prostytuczki zacznie rzygać dookoła i impreza się zakończy.
Wariant łatwiejszy obejmuje nadpitą do połowy butelkę koli zamiast kubeczka herbaty. Powodzenia.

Moi dziani uczniowie

Moi dziani uczniowie za którymi będę tęsknił. Dziani jak się niejednemu z nas może nieśmiało marzyło. Innym nawet nie śniło. Ja zawsze myślałem, że to jest taka linia prosta z biednymi z lewej, bogatymi z prawej i takimi jak ja gdzieś po środku walczącymi z prądami światowej gospodarki, aby nie przechylić się za bardzo na lewo. A to nie tak.

Było kilku panów na moich zajęciach, takich jak pan E. i pan D. Ten pierwszy, Pan E. jak usłyszał, że lubię chodzić po górach to się mnie zapytał, czy byłem na Czomulungmie. Zmrużyłem oczy nie będąc pewnym czy nie żartuje sobie ze mnie. Czomulungma, dodał, to chińska góra. Największa na świecie. Wysokość to 8848, bo 8 to szczęśliwa liczba. 4 oznacza śmierć.

Powiedział, że był kilka miesięcy wcześniej na wycieczce w bazie i spał w namiocie. Dodał, że piękne widoki i powinienem się przejechać. Tak jakbym nic tylko się rozbijał po świecie jak on. Lubiłem go jako ucznia, ale nie jako osobę.

Odwrotnie do pana D. Ten był tragicznym uczniem bo na zajęcia wpadał prosto ze swoich biznesowych spotkań. Czyli pijany. Był za to kapitalnym gościem ze świetnym poczuciem humoru. Na rowerze objechał raz dookoła jakiejś wyspy na Filipinach, a na zakupy latał do Dubaju. Jego firma instalowała bramki na czytniki magnetyczne na całym świecie. Powiedział mi raz, że w Brazylii płacili mu kamieniami szlachetnymi.

To byli goście którzy wieczorami wpadali na zajęcia nieco dla rozrywki, mniej dla nauki. W ciągu dnia w szkole królowały żony takich biznesmenów, które nie miały za wiele do robienia i szukały nieco towarzystwa i odrobinę angielskiego. Bardziej tego pierwszego niż drugiego. Odpicowane, wystrojone, dyskretnie złotem upstrzone. Jedna jeździła na zajęcia porsche, dopóki go nie rozbiła trzeci raz. Inna chciała poznać obcokrajowca, więc otworzyła własny bar. Jeszcze inna, zawsze cała w różu i zaplątana w elektronikę okazała się całkiem bystra i skora do autentycznej nauki języka i zrobiła szybkie postępy. Podobnie jak japonka, która jak ją uczyłem to mówiła mi, że ma w mieszkaniu wannę. A ja pomyślałem, że moje całe mieszkanie mieści się w wannie.

Bogaci byli też inni biznesmeni. W jednej z firm gdzie miałem treningi zorganizowano konkurs fotograficzny. Jak wiadomo im samiec był na wyższej pozycji, tym większy miał obiektyw w aparacie. Pracownicy i przodownicy pracy prześcigali się więc zdjęciami odległych przechodniów i ptaków, aż pozamiatał jeden z managerów ze swoim teleobiektywem. Na konkurs przyniósł zdjęcie satelity przelatującego na tle fragmentu tarczy księżyca.

Ale nie krytykuję, ani nie zazdroszczę. Czasem za tym bogactwem stało szczęście, a czasem prawdziwa ciężka praca. Tak jak w przypadku Pani A. Przyjechała do Shenzhen dziesięć lat temu z niczym. Lokum wynajęła jej znajoma i tak pani A. przez pierwsze pół roku spała u niej na gazetach rozłożonych w kącie na posadzce. Łapała się różnych prac, a w wolnych chwilach połykała książki o inwestowaniu i pomnażaniu kapitału, którego i tak nie miała. Dziś ma na lekturę i angielski więcej czasu, bo pracuje już dla niej mała armia pracowników. No i Pani A. właśnie wróciła z wycieczki do Las Vegas.

Nie zawsze jednak wygląda to tak pięknie z moimi dzianymi uczniami. Pani V. pojawiła się pewnego dnia i została z nami na długie bolesne miesiące. Problemem nie było, że za nic nie potrafiła mówić po angielsku, ale że w stosunku do ludzi była jak spłoszona sarna. Potrzeba było pracy niemal psychologa by ją rozzbroić. Po tygodniach zaczęła reagować, po miesiącach składać zdania, aż w końcu przełamała się i zamieniła w radosną szczebiotkę. Okazało się, że bajecznie bogaty książę z bajki wyrwał ją ze wsi do wielkiego miasta i zamknął ją w szklanym mieszkaniu licząc, że stworzy mu ona rodzinę podczas gdy on cały czas będzie się zajmował pracą. Po dwóch latach samotności udało się jej ubłagać teściów i męża aby pozwolili jej chociaż na kurs angielskiego i interakcje z innymi ludźmi. Była najbiedniejszą bogatą osobą jaką znałem.

I na koniec jeszcze mógłbym wspomnieć jedną zagubioną duszę- nie pana, ale chłopaka. Pochodził z rodziny bardzo dzianej, mógł mieć wszystko, ale problem polegał na tym, że nie wiedział czego chciał, a motywacji żeby coś chcieć miał spory deficyt. Ze wszystkich szkół uciekał, włączając college w którym go uczyłem. Od nas uciekał kilka razy. Zwykle z dziewczyną do jakiegoś kurortu. Zawsze jednak wracał. Z nowym tatuażem i jeszcze większym deficytem motywacji i szczęścia.

To wtedy zorientowałem się, że ta linia prosta z biednymi z lewej, bogatymi z prawej i takimi jak ja gdzieś po środku nie jest tak naprawdę linią prostą. Jest zamkniętym okręgiem z biednymi i bogatymi zaraz obok siebie i takimi jak ja balansującymi gdzieś po omacku na tym kole toczącej się fortuny i szczęścia.

Szklane OKO zimawuba na kliszy – Metropolia

Udało mi się powrócić na moment do fotografii jaką lubię. Do dobrej starej kliszy.
Nie łatwe to zadanie w Chinach galopujących ku przyszłości, ale pomiędzy rolkami zniszczonymi przez zakłady nie mające pojęcia jak wywołać, czy dobrze zeskanować film udało się wybrać kilka ujęć za które przynajmniej nie muszę się wstydzić.
Wszystkie zdjęcia bez fotoszopu, filtrów, elektronicznej stabilizacji. Są takie jakie mają być- niedoskonałe, poruszone, źle wykadrowane. Kiedy jednak na nie patrzę pamiętam każdy z tych momentów kiedy nabierałem powietrza aby na bezdechu nacisnąć spust migawki.
A teraz znów nabieram powietrza i wrzucam w eter…3…2…1…

szklaneOKOzimawuba_metropolia (1)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (2)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (3)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (4)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (5)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (6)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (7)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (8)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (9)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (10)

Gęstość Frajdy

IMG_0277

W chwili kiedy ten post zostanie opublikowany przez automat, ja będę w samolocie z Hongkongu do Moskwy i dalej do Warszawy. Pięć lat w Azji i już nie pamiętam jak pachnie polskie lato, bo w domu byłem tylko dwa razy na Boże Narodzenie.

Czytałem raz, że ożenić się z Azjatką i zabrać ją do Europy to jakby wyrządzić jej krzywdę, bo na zachodzie nigdy nie zazna tego gwaru, hałasu, targów pełnych tropikalnych owoców, wieczornych posiłków w licznych grupach głośnych i rozbawionych znajomych… Rozumiem to doskonale, bo choć często chcę wracać, to wiem że i ja sam Azji z siebie już nigdy nie wygonię.

Nie łatwo znaleźć sposób by wyjechać tam i zamieszkać na chwilę, ale potem jeszcze trudniej znaleźć sposób na powrót. A na dodatek na miejscu, w kraju trudno napotkać kogoś, kto zrozumie… Bo ja już pewnych rozmów i problemów nie czaję, tak samo jak i Polacy nie rozumieją mnie.

Raz przyjechała ekipa ściąć drzewo niedaleko domu w którym mieszkałem w Polsce. Wyładowali sprzęt, ścięli, posprzątali i odjechali. Tylko kilka plotkarek wychyliło się dyskretnie zza firanek. Przypomniało mi się to kiedy zastanawiałem się dlaczego Azja jest taka inna, bo akurat za oknem mojego chińskiego mieszkania pojawiła się tak samo ekipa by ściąć drzewo. Natychmiast zwalili się też pseudo fachowcy, doradcy, babcie z wnuczkami, sprzedawcy śmierdzącego tofu i żebrak bez nóg przywiązany do wózeczka z głośnikiem i akumulatorem… Coś kogoś przygniotło, ktoś porysował zaparkowane obok auto i ogólnie było ogromne zamieszanie. Na koniec akcji wiele osób zapewne powiedziało sobie w duchu: najlepszy dzień w moim życiu. Ale to było jeszcze zanim następnego dnia wybiło szambo na całą ulicę.

Większa gęstość zaludnienia oznacza również większą gęstość frajdy, zjawisk, problemów, intensywności wrażeń, strasznych paszczy, zgrabnych tyłków, kolorytu zdarzeń, czy szans na pogrążenie się, albo na spełnienie marzeń. Oto dlaczego niektórzy tak mają Chin dość i zarazem nie mogą stąd wyjechać.

Ale ja wreszcie wyjeżdżam. I nadal nie widziałem Wielkiego Muru. Za to widziałem kilka małych murków, do których nigdy wcześniej nie dotarł żaden biały człowiek. Być w takim miejscu to właśnie jedna z takich rzeczy o których nie da się porozmawiać z kimś, kto tego nie doświadczył. To taki przyjazny PTSD, który na zawsze nawiedza cię i nie daje już nigdy usiedzieć na miejscu.

Znam ludzi, którzy w jedno lato obiegają pół tuzina krajów. Mi zeszło pięć lat na dwa. Mogę za to się przyznać, że Chińczyków jako ludzi i jako jednostki da się z łatwością lubić. Niestety jako społeczność już nie. Zupełnie odwrotnie z Mongołami, z którymi trudno się oswoić jako z jednostkami, ale za to łatwo wpaść w absolutne uwielbienie ich nomadycznej, tradycyjnej społeczności.

Z mojej listy dziesięciu rzeczy do zrobienia nie ukończyłem maratonu po Wielkim Murze. Zrezygnowałem z biegania po zanieczyszczonym Pekinie i jego okolicach ze względów zdrowotnych. Ukończyłem za to maraton górski na południu Chin i to mi wystarczy.

Biorę wolne na jakiś czas, ale zapisane są kolejne posty i będą one publikowane regularnie, aż do wyczerpania, więc śmiało zaglądajcie nadal.
Zimawub powróci wkrótce. Jeszcze tylko nie wie skąd i w jakiej formie będzie nadawał tym razem.
Życzcie mi powodzenia. Mi i mojej narzeczonej, którą ciągnę ze sobą…

InFOto- Ulice Chin

Spacer ulicami Chin dostarcza wrażeń, szoków, czasem jest magiczny, a czasem niesmaczny. Na pewno nie można się nudzić.

Ulice Chin (1)

Trafić można na gastronomie, które dla wygody lub z braku dostępu do bieżącej wody podają jedzenie w miskach obłóczonych workami foliowymi. Po posiłku worki się wyrzuca, zakłada nowe i naczynie bez mycia podaje się kolejnym klientom.

Ulice Chin (2)

Raz spacerując zobaczyłem taką scenę: w klatce przed wejściem do sklepu zamknięto szczura. Przed nim leżała szczekaczka. Mają one wbudowaną pamięć i można nagrać krótką wiadomość i włączyć by powtarzała się naokoło. Ryczała więc z maksymalną głośnością na wprost zrezygnowanego szczura, ale nie mogłem zrozumieć jej treści.

Ulice Chin (3)

Uczeń z prawej ma na szyi czerwoną apaszkę- oznakę że należy do partii komunistycznej. Chłopiec z lewej nie należy do partii. Czy widać różnicę pomiędzy ich masami?

Ulice Chin (4)

Najpiękniejsze w licealistkach jest to, że my się starzejemy, a one zostają zawsze w tym samym wieku.

Ulice Chin (5)

Uliczny grajek. Ślepy oraz bez prawej dłoni. A ty jaką masz wymówkę by porzucić lekcje gry na gitarze?

Ulice Chin (6)

Figowiec bengalski jakiego napotkać można na południu Chin.

Ulice Chin (7)

Cosplay, czyli ‚costume playing’. Jest to przebieranie się za postacie z mangi, anime, gier komputerowych i filmów. Ma swoje korzenie w japońskiej popkuturze.

Ulice Chin (8)

Zestawienie trzech map przedstawiający rozbudowę metra w Shenzhen począwszy od 2004 roku, w 2014 roku oraz planowaną sieć w 2030. Dla porównania pierwsza sekcja jednej linii metra w Warszawie otwarta została w 1995 roku i osiągnęła pełną długość po trzynastu latach.

Chiński ruch drogowy

Kiedy na początku pobytu w Chinach zobaczyłem ruch drogowy to powiedziałem, że za żadne skarby zakazanego miasta nie będę jeździł po tych drogach. Minęło nieco czasu i kupiłem rower i włączyłem się w ruch. A potem miałem wypadek i złamałem żebro i dzięki temu odkryłem, że ze złamanym żebrem nie da się używać zszywacza biurowego.

Nieśmiało powróciłem do wycieczek rowerowych obserwując bacznie ruch drogowy. W Chinach zasady są inne. Jeśli nie chce się skończyć na youtubie w filmiku o tym jak to kilkanaście razy rozjeżdżają cię różne auta, to trzeba mocno uważać. Hitem internetu było niegdyś dziecko rozjechane cztery razy przez różnych kierowców, a ostatnio znów pijak, który przewrócił się i leżał kilkanaście minut na środku skrzyżowania, aż najspokojniej przejechała po nim osobówka. Linków nie wrzucam z szacunku dla zmarłych, co zdaje się być już dziś staroświeckie w sieci.

Raz widziałem jak Chinka w SUV wjechała w tłum przechodniów, bo nawracała w poprzek skrzyżowania i pisała coś w telefonie. Nawet nie zauważyła jak z refleksem odskakują na bok wszyscy ludzie. Bo tu zielone światło nic nie oznacza. Ostatnio inna kobieta wjechała w tłum na lotnisku w Shenzhen zabijając dziewięć osób i raniąc dwadzieścia trzy (sic!).

Wypadki komunikacyjne to największe zagrożenie dla osób mieszkających poza zachodnimi krajami i zawsze biorę sobie to do serca. W Chinach mniejszy ustępuje większemu jeśli życie mu miłe. Skręcając w lewo zjeżdża się do wewnętrznej już przed skrzyżowaniem. Potrzeba trochę czasu by przyzwyczaić się do jeżdżenia tak pod prąd. Przechodnie uważają cały czas, bo nie są bezpieczni nawet na chodnikach. Rowerki i motorkisze mają fatalne hamulce, więc trzeba na nie uważać. Nocą światła mijania obowiązują jak się komu podoba. Na głębokiej prowincji ludzie czasem jeżdżą po ciemku włączając światła tylko jak zbliża się z naprzeciwka auto. Jeśli ktoś się już zdecyduje na światła, to często jeździ na długich. Kierowcy często ignorują policjantów usiłujących zatrzymać ich za przewinienia. Tak samo jak ignorują zakaz używania komórek, od których są przecież uzależnieni.

Wsiadłem niedawno do taksówki i powiedziałem kierowcy dokąd. Na desce rozdzielczej miał zainstalowane dwa smartfony. Jeden był z GPS-em, gdzie zaczął wstukiwać adres, a na drugim nieustannie klikał i przewijał aplikację służącą jemu do wyszukiwania lokalizacji klientów, a pasażerom do ułatwiania wzywania taksówek. Sporadycznie tylko zerkał na drogę. Myślałem, że gorzej już nie będzie, kiedy zadzwonił mu telefon. Wyjął z kieszeni trzeciego smartfona i zaczął dyskutować wciąż bawiąc się pozostałymi dwoma.

Mimo to chciałbym się przyznać, że polubiłem Chińczyków jako kierowców o wiele bardziej od chlubiących się swoimi motoryzacyjnymi zdolnościami i wiedzą Polaków. Biorąc pod uwagę otaczający Chińczyków transportowy chaos, wadliwość pojazdów oraz sygnalizacji, ścisk oraz brak fantazji wielu kierowców na pospawanych własnoręcznie maszynach- trzeba stwierdzić, że Chińczycy radzą sobie nieźle.

A wszystko przez to, że choć mógłbym przypisać Chińczykom różne przywary, to brak im jednej negatywnej cechy tak popularnej u Polaków- złośliwości. Tu pojazdy wiją się, przeciskają i kokoszą; łamią zasady i walczą by jak najszybciej dostać się na miejsce, ale nikt na nikogo się nie rozsierdza, nikt nie grozi i nie wzywa boga. Oni tu mają taki błogi spokój za kierownicą i wybaczają niemal wszystkie błędy na drodze. Tutaj nigdy nie trąbi się ze złości, ale dla ostrzeżenia. A jak już ktoś komuś wymusi, czy zajedzie drogę to robi się nagle cicho, po czym wszyscy rozjeżdżają się po stoicku w swoich kierunkach.

Na buddyjsko

Nie, nie przeszedłem na buddyzm, ani nie zachęcam tu do wstąpienia do sekty. Zwyczajnie mądrość to mądrość więc oto wrzucam kilka cytatów zgrabnych i konfundujących (tak, to jest polskie słowo), tudzież wykręcaczy mózgu z których słynie ten system filozoficzny i religijny.
Zdjęcia z Klasztoru Jasnej Synowskiej Pobożności w Guangzhou. Kopie malowideł z wiejskiej kaplicy na półwyspie Dapeng w Kantonie.

na buddyjsko (01)

Ból jest pewny, cierpienie jest opcjonalne.

na buddyjsko (02)

Umysł jest wszystkim. Stajesz się tym co myślisz.

na buddyjsko (03)

Trwanie w złości jest jak picie trucizny i liczenie, że ta druga osoba umrze.

na buddyjsko (04)

Twój cel w życiu to znaleźć swój cel i oddać się mu całą duszą i sercem.

na buddyjsko (05)

Nie ma drogi do szczęścia. Szczęście to droga.

na buddyjsko (06)

Każdego dnia rodzimy się na nowo. To co robimy dziś ma największe znaczenie.

na buddyjsko (07)

Co myślisz, tym się stajesz. Co czujesz, to przyciągasz. Co sobie wyobrażasz, to tworzysz.

na buddyjsko (08)

Zaakceptuj to co jest, pozwól odejść temu co było i miej wiarę w to co będzie.

na buddyjsko (09)

Panuj nad swoim umysłem, albo on zapanuje nad tobą.

na buddyjsko (10)

Na koniec coś mniej buddyjskiego i zdecydowanie sprzecznego z ideą reinkarnacji:
Żyje się tylko raz, ale jak zrobisz to dobrze, to raz wystarczy.

Wpis który im się nie spodoba

Mam nieco miodu i podzielić się chciałbym, ale boję się że rozszarpią mnie orbitalne pszczoły.

i
n
w
i
g  n  i  r  o  t  i  n  o  m
i
l
a
c
j
a  j  c  a  r  t  l  i  f  n  i

Janusz Zajdel (1938 – 1985), genialny wizjoner i prekursor fantastyki socjologicznej w Polsce w swojej dystopijnej powieści Paradyzja stworzył termin koalang (kojarzeniowy aluzyjny język) będący rodzajem nowomowy. Jest on tajnym sposobem porozumiewania się zniewolonych mieszkańców totalitarnej kolonii Paradyzja. Tylko dzięki temu żargonowi udaje się zmylić system nieustannie filtrujący rozmowy i szukający zagrożeń, niebezpieczeństw oraz potencjalnych terrorystów.

System filtracji słów kluczowych powstał w prawdziwym życiu wraz z rozwojem internetu. Dla naszego bezpieczeństwa oczywiście. Zajdel przewidział powstanie koalangu, który obecnie najlepiej obserwować można w Chinach. Jest on odpowiedzią na zapoczątkowany pod koniec lat dziewięćdziesiątych projekt Złota Tarcza, czyli największy na świecie projekt cenzury i monitoringu ruchu sieci internetowej.

Za przykład koalangu można by uznać pierwsze zdanie na początku tego wpisu. Jest ono luźnym, niepozornym i bezsensownym zdaniem, co ważne nie zawierającym znanych trwałych i niebezpiecznych kodów, czy związków frazeologicznych mogących zwrócić uwagę systemu. A jednak dla kogoś znajomego może nasunąć skojarzenia, że miód to informacja, rozszarpać oznacza namierzyć, a orbitalne pszczoły to…

Z koalangu korzystają również hakerzy. To oni przenieśli koalang na kolejny poziom. W Paradyzji istniał jedynie zapis audio i wideo za sprawą wszechobecnych kamer i mikrofonów, jednak w internecie, gdzie nadal używa się języka pisanego możliwe są zapisy homofoniczne, akronimy oraz transkrypcje alfabetów.

Pisałem kiedyś o mojej pomyłce ze słowami podpaska i whisky. Oto przykład tego jak działa w chińskim taka transkrypcja. Oba słowa mają podobny zapis w pinyin używającym liter alfabetu łacińskiego.
W Chinach do oszukania Złotej Tarczy wykorzystuje się również układ pisma od prawej do lewej, czy w pionowych kolumnach, jak zrobiłem to ja w drugim akapicie.

Do jakichokliwek meotd nie sięgine ceznrua, interaunci znajudją spsoby na jej omnięiice. Smutnym pozostaje fakt, że literackie antyutopie stają się rzeczywistością. Tak samo jak nasza obojętność na wszechobecne szklane oczy. Nie zapomnijmy tylko, co powiedział niegdyś Benjamin Franklin:

Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność.