Przepis na ładne góry

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dla tych z moich czytelników, którzy planują w przyszłości zostać bogiem postanowiłem napisać przepis jak wyprodukować piękny i wyjątkowy krajobraz w stylu gór Yangshuo.

Wstęp:

Do gór Yangshuo nie można się przyzwyczaić i nawet po roku nadal patrzę na szpiczaste kopy z fascynacją. Góry wyglądają jak żywcem z chińskiej bajki wyjęte, zwłaszcza obłóczone porannymi mgłami. Pomimo że są już dziś oplątane siecią dróg, a w większość dolin powciskane są małe wioski, góry te nadal skrywają jedną ogromną tajemnicę- jaskinie. Są też one odpowiedzią na pytanie jak takie góry zrobić.

Składniki:

By wyprodukować piękne góry należy przygotować  jedno ciepłe morze (koniecznie z rafą koralową), jeden deszcz trwający kilka milionów lat oraz rośliny koniecznie bez lęku wysokości. Z dodatków polecam nietoperze oraz węże.

Wykonanie:

Nalać morze do dużego zbiornika i trzymać w temperaturze pokojowej aż pojawi się rafa, życie oraz gruby osad denny. Ważne aby nie mieszać morza i nie wykonywać żadnych ruchów tektonicznych. Pozwolić by gruby osad denny spokojnie się osadził.

Poczekać aż morze ustąpi. Dodać długą ulewę. Ten etap jest ważny, ponieważ woda musi wyrzeźbić system żlebów, jaskiń oraz podziemnych rzek. Kontynuować aż jaskinie zaczną się zapadać, a sterczące ruiny jej ścian zaczną przypominać góry.

Zmniejszyć deszcz i dodać bujną roślinność, której korzenie powinny powrastać w strome ściany i systematycznie rozkruszyć krasowe stoki ostrząc je niczym temperówka ołówek.

Dodać nietoperze, węże i ludzi (nie za dużo).

Voilà! Góry gotowe. Proste, no nie?

Zakończenie:

Tak więc wygląda na to, że mieszkamy tu w jednej ogromnej zapadniętej jaskini. To co sterczy dookoła dodatkowo pocięte jest siecią fascynujących jaskiń. Lokalna ludność używa ich do przechowywania chrustu, który suszony jest latem w słońcu i chowany ma zimę przed deszczem. Wiele gór ma w środku fascynujące labirynty czasem wzmocnione ceglanymi ścianami i schodami sprawiając że niektóre miejsca to prawdziwe fortece.

Jaskinie udostępnione turystom są oświetlone, kolorowe i łatwe. Wspinając się jednak do dzikich jaskiń odkryłem, że stalaktyty i stalagmity wycinane są z niedostępnych przeciętnym ludziom miejsc i instalowane w tych do których może podjechać autobus.

Chciałem też w tym miejscu podziękować wielkiemu nietoperzowi, który niedawno podczas mojej nocnej przejażdżki rowerowej wleciał rozpędzony prosto w moją twarz inspirując mnie do napisania tego postu.

Skurczybyki z Polski

Był kiedyś w Yangshuo Australijczyk, który razu pewnego kupił bambusową tratwę od rolnika i odpłynął z prądem rzeki Li. Tylko buty po nim zostały. Był raz Nowozelandczyk, który do Yangshuo przyjechał rowerem z Turcji. Był Amerykanin, który na golasa wspinał się na Jidan Shan. Był Brytyjczyk, który sam zbudował sobie motor i pojechał na nim do domu…

Historie o dziwnych podróżnikach i dokonaniach powtarzane przy piwie podtrzymują legendy o anonimowych ludziach, którzy z pasji lub też z czystego szaleństwa robią niesamowite rzeczy. Nie dostają za to nagród, nie lansują się w mediach i nie podróżują obklejeni reklamami sponsorów.

Najwięcej w Yangshuo historii o wspinaczach, jak słynny Todd Skinner, który jako pierwszy wspinał się tu i rozpropagował te góry jako wspinaczkowy raj. Lokalni ludzie- pająki to międzynarodowa mieszanina od której trzymam się nieco z boku. Niektórzy są spoko, niektórzy są niepotrzebnie nadęci. Kilka osób jest tak wyluzowanych, że mam im czasem ochotę postawić kawę. Erin, moja znajoma, należąca do ekipy, która przechodziła i obijała spitami wiele miejscowych ścianek dowiedziała się o moich solowych przejściach kilku długich dróg, w tym pięcio- wyciągowej L’Echo des Montagnes prowadzącej na szczyt Niskiej Góry. To niefortunna nazwa, bo ta góra jest akurat na tyle wysoka i stroma, że parę lat temu dwójka Izraelczyków skoczyła z niej na spadochronach. No więc moje solowe zewy natury zostały skomentowane krótko: „Nie będzie ci kto miał zadzwonić po karetkę”.

BiwakOstatnio wdałem się też w dyskusję z której szybko wynikło, że Polacy w środowisku wspinaczy są wirachami. Jeden Amerykanin, który był w Karakorum określił je jako „najmniej przyjazne wspinaczom góry na Ziemi, które na sam widok przerażają”, a ludzi którzy zimą wchodzą w tą strefę śmierci nazwał (w wolnym tłumaczeniu) „skurczybykami z Polski”.

Tak też lokalni ludzie- pająki nieco mnie ostatnio podpuszczali, ale technicznie jestem przeciętnym wspinaczem (albo raczej słabym) i na krótkich sportowych drogach nikogo nie jestem w stanie zagiąć, a na nowe przejścia (które można tu robić wszędzie dookoła) nie mam wystarczająco szpeju i czasu. Musiałem jednak zostawić po sobie jakiś ślad. Dla większości z nich byłem jedynym Polakiem jakiego poznali. Wyczekałem więc na odpowiedni moment, kiedy pogoda pozwoliła na biwak i dałem im nową historię, która pewnie idzie teraz tak:

Był kiedyś w Yangshuo Polak, który razu pewnego po zajęciach wspiął się solo po ciemku na półkę w ścianie. Przespał się, obejrzał wschód słońca i rano wrócił na śniadanie.

Węże wiosenne

I tak… stało się. Oficjalnie kucnąłem na węża w lesie. Zorientowałem się dopiero kiedy rzucił się do ucieczki na widok mojego dupska.

Na dodatek to nie pierwszy raz jak kucnąłem na dzikie stworzenie.wąż Z moim zamiłowaniem do natury to niestety nieuniknione. Kiedyś (pamiętam dokładnie- lipiec ’89) wypiąłem goły tyłek nad gniazdem os. Taki pech. Skończyło się w szpitalu.

W Yangshuo jednak moim największym problemem nie są osy, tylko węże, których bardzo nie lubię. Zawsze wierzyłem, że jak dojdzie do bliskiego kontaktu, to podskoczę jak Władysław Kozakiewicz i może nawet w powietrzu pokażę wężowi słynny gest tegoż Kozakiewicza. Niestety przekonałem się, że na widok węża truchleję ze strachu. A bestii znów mnóstwo, bo na wiosnę zrobiło się ciepło i młode wylegują się w słońcu.

Plątając się po górach jestem czujny jak świerszcz na kajaku i już kilkakrotnie przekonałem się, że ku mojemu szczęściu młode węże widzą mnie wcześniej niż ja je i rzucają się  z szelestem brzuchów do ucieczki. Stare, nieco większe robią to wolniej, niechlujnie, jakby okazując przez to swoją dominację pośród bambusowych gajów. Nieprzyjemny to hałas tych szlauchów wijących się w ściółce.

Ostatnio zabierałem się za wspinaczkę w skałach, lecz jak to bywa kiedy szykuje się do łojenia, wezwała mnie ze strachu natura. W chaszczach znalazłem polankę i przyznam, że bardziej martwiło mnie, czy będę widoczny dla pracujących w dole rolników. Resztę łatwo sobie wyobrazić. Młody wąż rzucił się do ucieczki z między moich nóg. Ja nawet nie drgnąłem. Tak się przestraszyłem, że zamieniłem się w kamienny posąg białego człowieka kucającego pośród bambusów. Żadnego Kozakiewicza, ani kozaczenia.

Odechciało mi się też do ubikacji. I to na trzy dni. Eech.. jak pech to pech…

P.S.

Nie mam zdjęcia jak kucam nad wężem, ale mam foto młodego węża, którego zabiła patykiem pani od której kupowałem miód. Wraz z kolegą obejrzeliśmy go z bliska jak już się nie ruszał.

Rok minął

Minął rok od mojego mizernego przybycia do Pekinu. Patrząc dziś wstecz widzę jak dużo się zmieniło we mnie żeby się przystosować. Muszę też przyznać, że lądowanie w Chińskiej Republice Ludowej było jednym z twardszych w moim życiu.

Nie potrafiłem zamawiać jedzenia ani rozpoznawać krzaczków. Nie przywiozłem wystarczająco ciepłych ubrań nie spodziewając się, że te góry będą aż tak zimne. Wylądowałem w głuchym pokoju z łóżkiem komodą i taboretem. Najgorsze było jednak uderzenie w ścianę chińskiej mentalności podczas pierwszych zajęć, po których zostałem zawieszony w szkole. O wszystkim pisałem rok temu.

Teraz jednak z uczniami się poukładałem. Chińczycy biesiadować uwielbiają i to od kolacji zacząć trzeba nauczanie, biznes, czy jakiekolwiek stosunki z nimi. Inaczej się nie da. Poza tym pozbierałem kupę rzeczy od ludzi kończących kontrakty. I choć do Chin przyjechałem z 60-cio litrowym plecakiem i obiecywałem sobie minimalizm w kwestii gratów to w chwili obecnej mam już więcej mebli niż przystoi, trzy lampy na biurku, dwie deski do prasowania i żelazko, choć od roku ani razu nie prasowałem, zestaw do  warzenia piwa, choć nic nie chce na razie bulgotać, cztery torby, dwa rowery i masę innych rzeczy które jakoś same mi niechcący w ręce wpadły.

Najpiękniejsze jednak, że udało mi się przejąć najlepszą kwaterę w naszym budynku. Mieszkam teraz wraz ze swoimi gratami w „loży dżentelmenów”, na górnym piętrze z tarasem i widokiem, który nawet po roku nie może się znudzić.

A jak to, a dlaczego tak? Odpowiedź jest prosta i zacytuję tu Nelsona Mandelę:

„Bez języka nie można rozmawiać z ludźmi ani ich rozumieć; nie można dzielić ich nadziei i aspiracji, uchwycić ich historii, docenić ich poezji oraz delektować się ich pieśniami.”

Już lecąc do Chin uczyłem się mandaryńskiego z mongolskiej książki, którą zabrałem z Ułan Bator. Często wydawało mi się, że to pięknie obłąkany język. Udało mi się nim jednak oczarować. I tak kończę obecnie pracę w swojej szkole. Nie żegnam się jednak z Yangshuo. Tym razem zasiądę po drugiej stronie szkolnej ławy, gdzie przez najbliższe tygodnie będę uczył się chińskiego w klasie dla średniozaawansowanych. Nauczyciel stanie się uczniem.

Plan jest taki, żeby wywiercić dziurkę w ławce, napisać w ubikacji „Tony Halik tu był”, wdać się w jakąś bójkę, ale przede wszystkim i po pierwsze dać popalić nauczycielom.

Zima w Yangshuo

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Yangshuo liczy około 30 tysięcy mieszkańców. W sezonie letnim dosłownie pęka w szwach. Podczas samego tylko „złotego tygodnia”, kiedy to odbywa się W Chinach festiwal jesienny, przez miasteczko przewinęło około 2 milionów ludzi. Gastronomie rozkwitły na każdym kroku tak samo jak owoce w sadach. Ulice zostały na ten okres przemienione na jednokierunkowe, lub kompletnie zamknięte dla aut. W wiosce tak wzrosło zapotrzebowanie na prąd, że odcięty został od wszystkich okolicznych miejscowości. Jak ktoś się zastanawia jak to jest żyć w przeludnionym kraju, to zapraszam tu we wrześniu.

Jak ktoś się jednak zastanawia jak wygląda chińska prowincja, to powinien zjawić się w styczniu. Bo choć zima zimna i wilgotna i niewygodna, stanowi ona okres, kiedy mieszkańcy Yangshuo mają całe miejsce tylko dla siebie. Wioska oddycha z ulgą. Powraca leniwa atmosfera, sprzedawcy kimają za ladami, znika ciśnienie handlu i robienia pieniędzy.

W różnych dolinach dookoła Yangshuo można jeszcze znaleźć zapomniane wioski i polany, po których pasterze plątają się razem z bawołami, lub kozami. Zimą jednak nie trzeba tych dolin szukać by skryć się przed tłumami. Główna ulica wioski- Xi jie, czyli ulica zachodnia pustoszeje i nie trzeba już się przedzierać w błysku fleszy i trzasku aj fonów, ocierając się o turystów chińskich ubranych jak na galę oraz zachodnich ubranych jak na safari.

Jednak okres ten ma się właśnie ku końcowi, gdyż rozpoczyna się u nas świętowanie nowego roku. Chińczycy w obawie przed powrotem potwora Nian przystrajają wszystko na czerwono i odpalają co rusz petardy. Ale o tym wszystkim następnym razem i nie z Yangshuo, lecz z prowincji Yunnan, gdzie lecę sprawdzić czy to prawda, że to najpiękniejsza prowincja Chin. Jak to prawda, to mogę wybuchnąć z nadmiaru piękna, więc jak nie będzie kolejnego postu to znaczy, że to prawda i wybuchłem.

恭喜发财!

Szczęśliwego Nowego Roku (węża)!

Jak otworzyć chińską restaurację

Chińska gastronomia (5)Chińska gastronomia (4)Chińska gastronomia (3)Chińska gastronomia (2)Chińska gastronomia

Sam nie wiem jak, gdzie i dlaczego stałem się koneserem najtańszych chińskich gastronomii. A to hobby czasem przerażające. Postanowiłem więc tym razem przyjrzeć się im ze strony organizacyjnej. Nie żebym chciał jadłodajnię otworzyć- szczęśliwy jestem robiąc to co robię, ale być może ktoś się przywzoruje i kopię taniej prowincjonalnej chińskiej gastronomii otworzy np. w Warszawie albo na Krupówkach.

Wybór lokalu jest prosty: dookoła musi być hałas, a pomieszczenie musi być za małe i dobrze brudne. Dobrego brudu nie da się na szybko zaimprowizować, potrzeba lat. Zwłaszcza na łazienki. Znam jedną herbaciarnię z najlepszymi herbatkami na świecie. Jakby oczyścić ściany z syfu, oleju i pajęczyn to w lokalu zmieściłby się jeszcze jeden stolik, a w rogu być może znalazłby się jakiś zaginiony klient przyklejony twarzą do obrazka pól ryżowych.

Sam klozet budując restaurację można pominąć, co się tu czasem zdarza, ale lepiej nie, bo jest przydatny. Pracownicy mogą sobie w nim czasem przeprać ciuchy, które później będą wisieć pod sufitem, lub na drzewie przed restauracją. Nie mogę tu nie przytoczyć wyprawy do ubikacji w jednej z moich ulubionych restauracji, gdzie czasem jadam. Szef pokierował mnie do kuchni, gdzie jakieś panie smażyły nasz obiad na patelniach ustawionych na wiaderkach z rozpalonym w środku ogniem. Natychmiast podbiegł do mnie szczur zainteresowany czy coś przynoszę do jedzenia. Kucharka skinęła głową w stronę rogu, gdzie była dziura w podłodze. Zasłoniłem delikatną kotarkę prysznicową, lecz była ona nieco za krótka i nie zapobiegła napryskaniu prze mnie  (przypadkiem) na warzywa leżące niedaleko w misce. Nie był to mój posiłek, bo ja jak zwykle zamówiłem najlepszą oberżynę na świecie, z której owa gastronomia słynie wśród moich znajomych.

Co do organizacji obsługi restauracji to warto przeprowadzić konkurs piękności. Szef mojej ulubionej restauracji z oberżyną ma na policzku czarne znamię z gęstą kiścią długiego włosia. Jest bardzo z tego dumny. Inna knajpa obsługiwana jest przez małego sympatycznego trolla i nie wiem czy to pani czy pan. Jest też kelner z kilkoma paznokciami długości pozwalającej przebijać mandarynki. Mógłbym tak w nieskończoność, ale muszę zaznaczyć, że większość z tych ludzi to przesympatyczne kreatury. Raz rodzina prowadząca knajpę z makaronem zrobiła mi miejsce na stoliku, gdzie właśnie przewijali dziecko. Blat otarto rękawem.

Co do mebli to sprawa jest prosta: wszystkie nogi stolików i krzesełek muszą być tak krótkie, żeby nikomu nie mieściły się pod stołem kolana. Powierzchnia taborecików powinna być wielkości małego notesika. Oparcia- jeśli już ktoś zaszaleje- powinny być wyprofilowane by wbijać się w plecy. Daniami klienci się ze sobą dzielą czy tego chcą czy nie, jako że prywatność w Chinach kończy się za progiem łazienki.

Jeśli przed otwarciem restauracji wszystko zostanie dopięte na ostatni guzik, to popełniony będzie duży błąd. Otóż poprawnie otwarcia dokonuje się, kiedy wszystko jest na wpół wykończone,  a część pomieszczenia przeznaczona może być na rupieciarnię. Można śmiało naprawiać sobie rower, czy motor podczas gdy klienci usiłują jeść. Przed restauracją warto wystawić do słonka pomarszczonego dziadka, który będzie przyglądał się obcokrajowcom.

Aby skopiować tanią chińską restaurację trzeba zrobić wszystko powyższe, ale można też być kreatywnym i dodać od siebie inne atrakcje. Z tych, które napotkałem tu osobiście polecam: mordowanie kurczaków w momencie kiedy klient zabiera się za jedzenie, nakazanie klientowi trzymania w rękach wtyczkę od przedłużacza podczas gotowania, naprawianie przeciekającego dachu folią i taśmą podczas obiadu. Aby skopiować tanią chińską gastronomię można zrobić wiele. Nie da się jednak podrobić jednego- jedzenia. Jest coś, co sprawia, że pomimo opisanych atrakcji dania wynoszone z kuchni to czysta magia, najpyszniejsze smakołyki jednej z najsłynniejszych chińskich sztuk- sztuki kulinarnej. Tego nie da się podrobić.

Kolejny post

IMG_5407

Wiem, wiem.. od dłuższego czasu się zaniedbywałem i nie pisałem. Mam wiele historii  do nadrobienia, ale zwyczajnie się na razie poddam i przedstawię wszystko tylko w  telegraficznym skrócie, jako że piszę na komputerze w rękawiczkach zimowych.

Zima nieco nas przypiliła, zrobiło się około pięciu stopni, czasem jeden. Szczyty najwyższych gór okryły się delikatnym lodem. Nadal jednak panuje ogromna wilgoć, co sprawia, że jest nieznośnie zimno. Nie rozstaję się z kalesonami i szalikiem jako że w pokoju mam taką samą temperaturę jak na zewnątrz.

Niektórzy uczniowie wyjechali ze szkoły, lub wzięli wolne, więc jest cicho i spokojnie. Nie ma atrakcji, wspinaczki, jazdy rowerowej. A do tego ta woda… wszędzie woda i pola ryżowe i wilgoć. Telefon mi szlak trafił, ciuchy wiecznie zimne. Nie spodziewałbym się, że gdzieś przemarznę bardziej niż w Mongolii. A jednak…

Święta spędziłem w Hong Kongu, bo gór miałem serdecznie dość. Chiny świąt nie obchodzą, a HK ma przynajmniej nieco klimatu i świątecznej atmosfery. W nowy rok mieliśmy normalnie zajęcia, gdyż tu działamy wg kalendarza księżycowego, więc do sylwestra jeszcze miesiąc.

Wyjeżdża Dan, pisarz o którym wspominałem coś kilkakrotnie, wraca za to Brick, który po powrocie do wielkiej Brytanii spędził minione miesiące w pokoju szukając pracy z mizernymi sukcesami. Ucieszy się, że nadal przechowuję jego rzeczy na wypadek powrotu. Ucieszę się i ja, choć wiem, że zamiast wyskoczyć ze mną na browar uderzy prosto na różową ulicę…

IMG_5391