U von Tiele-Wincklerów cz. 1

IMG_22655

Aż samo się prosi, aby napisać, że była ciemna i burzowa noc. Prawda jednak jest taka, że noc była młoda, gwieździsta i spokojna. Bez dramatyzmu zaparkowaliśmy pod samym barokowym krużgankiem, gdzie znajdowało się wejście do pałacu. Zawsze proszę rodzinę żebyśmy się wtaczali do środka możliwie jakby obeznani z savoir vivre’em gości hotelowych. Bezskutecznie. Kiedy ja dopełniałem formalności, książulcio zaczął lizać zabytkowe szyby, a hrabina przepychała przez drzwi kolejne bambetle i reklamówki.

Na piętro zaprowadził nas czerwony dywan. Koło Sali Herbowej i biblioteki skręciliśmy gdzieś w stronę Gabinetu Hrabiego, albo Sali Bilardowej… szybko się pogubiłem. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że było tam mnóstwo pałacowych pomieszczeń i wież. Mapa ewakuacyjna pałacu wyglądała jak stara mapa skarbów. Tylko czemu było na niej zaznaczone tyle sal chorych? Cóż… jakoś się odnaleźliśmy w tym podwójnym transepcie i dotarliśmy do neorenesansowego skrzydła, gdzie mieliśmy nocować. W oczy rzucił mi się ogromny portal z ciemnego drewna. Na tabliczce widniało, że to nasza łazienka, więc musieliśmy być już blisko i naszego pokoju.

Przyzwyczaiłem się, że zdjęcia pokoi hotelowych dodają im splendoru w Internecie, a na miejscu okazuje się, że nie można na podłodze znaleźć miejsca na położenie i otwarcie walizki. Po raz pierwszy w historii hotelarstwa było dokładnie odwrotnie. Wbrew zapowiedziom nasz pałacowy pokój był tak ogromny, że pomieściłby nawet moją zdolność do przesadzania! Gdy zamknęły się za nami ciężkie drzwi i weszliśmy do komnaty, złapałem hrabinę za rękę i powiedziałem, żeby się nie oddalała za daleko. Przez moment zrobiło mi się żal kogoś, kto myje tam na wiosnę okna.

Bez względu na to jak późna była pora, nie było szans na sen dla nikogo z naszej trójki. Książulcio chciał grać w piłkę (miękką). Zabytkowy marmurowy kominek służył mu za bramkę. Hrabina za bardzo się wszystkiego bała. Ja natomiast chciałem spróbować palmowej oranżady, o której mówiła recepcjonistka.

Ruszyliśmy na poszukiwanie gotyckiego skrzydła pałacu. Nie często ma się okazję poszwendać po takich nocnych korytarzach oświetlonych tajemniczymi światłami, pełnymi zagadkowych drzwi i portali i do tego uatrakcyjnionych muzealnym zgrzytaniem klepek od parkietu przy każdym kroku.

W pałacowej restauracji okazało się, że chodziło nie o palmową oranżadę, ale o oranżerię, czyli palmiarnię i miała być otwarta dopiero rano. Po skosztowaniu innych zacnych trunków postanowiliśmy udać się na spoczynek by kontynuować zwiedzanie następnego dnia.

IMG_2238

Reklamy

Zaginiony aliancki samolot (Kapitan Ameryka w Gorcach)

IMG_1151„Zaczęło się od opowieści, zasłyszanych od turystów, przewodników i… grzybiarzy chodzących po Gorcach. (…) Hasło: gdzieś tam w Gorcach leży samolot pobudzało wyobraźnię; wydawało się, że gdzieś w dzikich leśnych ostępach, przerośnięty paprociami, czeka na swego odkrywcę tajemniczy wrak maszyny z drugiej wojny światowej”.

Panek, K. Wielgus „Liberator w Gorcach”, Kraków-Dębica 2001

Jeśli znajdziesz się kiedyś w Gorcach, skieruj się na drugą stronę przełęczy Knurowskiej do Ochotnicy. Tam zapytaj kogoś z miejscowych o miejsce rozbicia się Liberatora. Musisz odnaleźć właściwą dolinę prowadzącą w głąb Gorców, do końca której trzeba dojechać wąską drogą. Z miejsca gdzie kończy się asfalt rozpoczyna się piękny, godzinny spacer w stronę przełęczy Pańska Przechybka. Kiedy dotrzesz na miejsce nie zdziw się na odkrycie, że przed tobą był tam już Kapitan Ameryka.

18 grudnia 1944 roku koło przełęczy Pańska Przechybka robił się amerykański bombowiec dalekiego zasięgu B-24 Liberator „California Rocket”. Ostrzelany przez artylerię przeciwlotniczą, ścigany przez eskadrę myśliwców niemieckich i ze sprawnym tylko jednym z czterech silników zatoczył gigantyczny łuk, zrzucił na spadochronach załogę nad pasmem Lubania, Runka i Kiczory i runął w dzikich, przyprószonych śniegiem Gorcach.

Rozpoczął się wyścig na miarę filmu sensacyjnego: naziści chcieli dorwać jeńców, partyzanci uratować swoich aliantów, Rosjanie podprowadzić Liberatora, lokalni majsterkowicze pozbierać rozrzucone części bombowca, a mieszkanki Ochotnicy ożenić się z amerykańskimi chłopakami i wylecieć z okupowanej Polski do Ameryki.

Reszta to historia. Na miejscu znajdują się ciekawe tablice do poczytania. Znajduje się tam również pomnik, szałas i drzewa, na których do dziś widać ślady uderzeń Liberatora. W latach dziewięćdziesiątych miejsce to odwiedzili niektórzy z uratowanych żołnierzy (por. Spenser Felt, por. Thaddeus A. Delejewski i por. Edward S. Sichem). Nigdy jednak nie udało się odnaleźć dowódcy bombowca.

Por. pil. William Beinbrink nie wyskoczył wraz z załogą z płonącej maszyny. Do końca siedział za sterami i tajemnicą pozostaje czy przeżył, czy też zginął? Czy uratował go Kapitan Ameryka? Czy dorwali go naziści? A może Ochotniczanki? Czy też gdzieś w dzikich leśnych ostępach, przerośnięty paprociami, czeka na swego odkrywcę szkielet w zbutwiałym mundurze z rdzawym Coltem M1911 w dłoni…

Jak nie dać się zeszmacić podczas chińskiej imprezy

Kultura picia i pracy jest taka: w Polsce pije się całą noc, a rano idzie się do roboty. W Chinach pije się godzinę, a potem zamyka się firmę, bo wszyscy umierają przez następną dobę.

Chińczycy w okrzykach Ganbei! (干杯gānbēi, dosłownie: sucha szklanka, czyli do dna) grzmocą co popadnie i jak najszybciej. Obcokrajowca bierze się w ogień krzyżowy toastów zapełniając jego szklankę na zmianę wódką ryżową, winem i piwem, a efektem końcowym może już być tylko stan, w którym zagranicznego gościa wypycha się na ulicę jak taczki: twarzą po glebie, nogami do góry. I nikt nie zwolni podjeżdżając tobą pod krawężnik.

Nie próbuj oszczędzać się na weselu, bo zakończy się ono przed szóstą i nie mam tu na myśli szóstej rano. Nie próbuj rozkoszować się winem, bo wszyscy się oburzą czemu nie opróżniasz szklanki w kilku łykach. Zresztą to i tak tylko podróba francuskiego wina. Pojawił się rumieniec i chemiczny posmak w ustach? Trudno- może przejdą po tygodniu. Dziewczęta wyglądają coraz piękniej? Zapomnij. Liczna eskorta zaparkuje cię twarzą w dziurze w podłodze cała dumna ze swojej chińskiej gościnności.

Chińskie imprezy odbywają się w restauracjach przy okrągłych i obrotowych stołach, zawsze suto zastawionych. Gospodarz siada twarzą do drzwi, gość honorowy po jego prawej, mniej ważny po lewej. Obok nich kolejni w hierarchii Chińczycy, na zmianę z zaproszonymi gośćmi. W ten sposób czy popatrzysz się w lewo, czy w prawo, ktoś krzyknie ci Ganbei! i wleje w gardło szklankę drętwej ryżowej wódki. Tyłem do drzwi siedzi mały tłum innych, mniej znaczących osób.

Wódka kosztuje już od kilku złotych za pół litra. Do większości restauracji można wnosić własne napoje. Za sprawą gościnności Chińczyków nie będziesz i tak mieć okazji oglądać rachunku. Nie będziesz nawet pamiętać tej części wieczoru…

O ile taka impreza może być fantastycznym doświadczeniem, to już kilka takich spotkań w miesiącu przeraża. Więc jak można nie dać się zeszmacić podczas chińskiej popijawy? Nie można. Spodziewaj się kaca życia.
Jest jednak sposób na przetrwanie, który kiedyś może uratować ci życie. Ryzykowny, ale pomocny. Wyjawiły mi go kiedyś nasze narodowe skarby, największe dobro eksportowe, szeroko uznawane i podziwiane polskie prostytutki. Albo raczej escort girls.

Na początku popijawy musisz pozwolić atmosferze się rozluźnić, a wszystkim oczom dookoła zmętnieć. Pamiętaj, że każdy bacznie cię obserwuje. Pij i baw się, bo nie masz wyjścia. W drugiej fazie możesz zacząć się oszczędzać za sprawą sztuczki- prostytuczki. Tylko nie daj się przyłapać! Jeśli wpadniesz na oszukiwaniu przy piciu- polski naród się ciebie wyprze, a nasz rząd podczas tajnego posiedzenia w podziemiach Wawelu odbierze ci obywatelstwo i paszport.

Działa to tak: masz przed sobą szklankę z wódką ryżową i kubeczek z herbatą. Ktoś zawsze dba aby były pełne, więc musisz działać szybko. Nadpij herbatę do połowy zanim ktoś krzyknie Ganbei! chuchając ci w twarz, odpowiedz na jego toast, napij się wódki, ale nie przełykaj. Zrób tylko krzywą minę. Podnieś teraz szybko do ust kubeczek z herbatą i wypluj dyskretnie wódkę. Wprawne prostytutki potrafią wypluwać markując zarazem przełykanie. Odczekaj następnie chwilę i opróżnij kubeczek z herbatą/ alkoholem do miski na odpady jaka powinna znajdować się na stole. Powtarzaj do chwili, kiedy ktoś kto nie zna sztuczki- prostytuczki zacznie rzygać dookoła i impreza się zakończy.
Wariant łatwiejszy obejmuje nadpitą do połowy butelkę koli zamiast kubeczka herbaty. Powodzenia.

Garnek monet

Za monety w Polsce można kupić batonika albo piwko. Chińskie monety służą najwyżej do grzechotania w pralce. Zacząłem odkładać je systematycznie do wielkiego plastikowego pojemnika, a moja dziewczyna przyłączyła się zaintrygowana. Po roku pojemnik się zapełnił kilkoma kilogramami monet, a ja przekazałem go na cel dobroczynny- swojej dziewczynie do przehulania. Oto co zrobiła.

garnek monet (3)
Najpierw musieliśmy wymienić monety w banku. Udaliśmy się do jednego z największych i najbogatszych całych w Chinach. Wytłumaczyła strażnikowi o co chodzi i zaczęła się gadka szmatka i dzwonienie do ludzi. W bankach tutaj najważniejsza osoba to właśnie cieć w drzwiach. On decyduje który formularz należy pobrać, robi ksera paszportów, wymachuje pałką, nawet doradza odnośnie kredytów. Bywa że młode kasjerki w błękitnych mundurkach ziorają zza pancernych szyb w poszukiwaniu pomocy ciecia.
Zadzwonił nam po kasjerkę do liczenia monet. Przyszła z obiadem w rękach i zaczęło się szukanie jakiś woreczków. Ja zainstalowałem się przed bankiem z piwkiem w ręce. Obok siedzieli na motorach policjanci, ale w Chinach można pić na ulicy. W banku zrobiło się gwarnie, kasjerki się nie mogły zdecydować co robić i skończyło się na tym, że cieć zadzwonił po znajomą ekspedientkę która zawsze potrzebuje drobnych. I się z nami zamieniła.
Dziani i szczęśliwi pierwsze kroki skierowaliśmy do chińskiego SPA na masaż stóp. Piękno mieszkania w Chinach polega na tym, że takie zabiegi zdrowotne są popularne i wiele osób spędza wolne chwile stawiając sobie bańki, masując plecy miseczką, czy wbijając igły w mięśnie.
garnek monet (1)W salonie masażu musiała właśnie odbywać się jakaś tajna operacja. Czterech gości w garniturach z krótkofalówkami, plus piąty na recepcji z dwoma komórkami, dziewczyny w mundurkach z walkie- talkie oraz kelnerzy z herbatą gadający do rękawów. Przez moment myślałem, że znalazłem się w szpiegowskiej noweli, ale to był tylko zwykły dzień w chińskim zakładzie usługowym. Uwielbiają być podłączeni i dyskutować, wydzwaniać po kilka razy i upewniać się. Wydaje mi się że cały postęp ostatnich lat zawdzięczają właśnie telefonii komórkowej i komunikatorom.
Wylądowaliśmy w fotelach jak na sali kinowej. Na ogromnej plaźmie leciało Lost in Thailand. Pojawiły się dziewczyny z miskami wrzątku z imbirem i kazały moczyć w tym stopy, podczas gdy same zaczęły nastawiać nam kręgosłupy. Masaż stóp zaczyna się tu od wciskania paluchów w różne punkty na plecach właśnie, a potem następuje seria bolesnych chwytów węża boa. Moja dziewczyna dostała pulchną młodziutką masażystkę nie mogącą przestać ziewać, a mi oczywiście musiała się trafić największa Ujgurka jaka urodziła się w prowincji Xinjiang. Powiedziała że nazywa się Numer osiemdziesiąt pięć i założyła mi nelsona.

Wejście do budynku. Ruchomymi schodami w górę i na prawo do spa, a na lewo do restauracji.

Wejście do budynku. Ruchomymi schodami w górę i na prawo do spa, a na lewo do restauracji.

Wijąc się kilka razy zaplataliśmy razem palce jak dotąd zdarzało mi się z kobietą tylko w miłosnych uniesieniach. Z mężczyzną się nie zdarzało. Potem zarzucała mi nogę na udo dla podparcia i wykręcała mnie jak mokry ręcznik.
Od dłuższego czasu bolał mnie bark. Coś chrupało i łamało wieczorami. A tu pani Numer osiemdziesiąt pięć zaplotła mi na głowie ręce, moje czy swoje się pogubiłem i chrup- chrup, strzeliło od kręgosłupa, przez łopatkę i odczułem ulgę i lekkość w barku.

Nie mogłem wyjść z podziwu dla wprawy z jaką mnie składała i ściskała. Potem rozluźniła mi rękę i strzepnęła nią jak kocem pełnym okruszków. Strzeliło, dziubnęło i zostało już tak. Teraz mi chrupie i przeskakuje w łokciu.
Następnie rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach i postawiono nam bańki na piętach. Potem było gniecenie paluchami i uściski terminatora. Jest to chińska akupresura. Niektóre masowane miejsca pamiętam jeszcze z zabiegów z igłami. Otóż TCM, czyli Tradycyjna Chińska Medycyna znalazła połączenia punktów w stopach z witalnymi organami w całym ciele i poprzez ich uciskanie jest w stanie poprawić ogólne zdrowie.
Niestety w moim przypadku punkty w stopach połączone są z głupimi minami na twarzy. Wywalanie języka, zaciskanie oczu, nozdrza smoka, a okazjonalnie nawet stękanie i drobne bąki. Na szczęście te nie śmierdzące. Przez moment zazdrościłem swojej dziewczynie leniwej masażystki która przestała ziewać i zaczęła mi się przyglądać spod grzywki równej jak czarna tafla wody.
garnek monet (5)Potem dziewczyny wysmarowały nas piekącą maścią, zawinęły w ligninę, folię i wrzące pieluchy. Numer osiemdziesiąt pięć śmiejąc się założyła mi na stopy jakiś koszyczek i odeszła. Nie mam pojęcia jaką funkcję spełniał koszyczek, ale mam wrażenie że to nie jakaś zamierzchła tradycja, a zwyczajne robienie sobie jaj.
Po zabiegu udaliśmy się na lekkich nogach, jakby zapominając o istnieniu grawitacji, do tradycyjnej Syczuańskiej restauracji. Nogi piekły nas aż po kolana, ale oczywiście musieliśmy zamówić zupę z organów na ostro. Ale nie organów kościelnych, tylko flaków: jelit, płuc, gotowanej krwi i żołądków razem z przełykami i językami. Potem były krewetki w ostrych papryczkach, zupa z kurczaka zmiażdżonego w całości i słodkie ciasteczka.
I tak poszedł garnek monet. Sto pięćdziesiąt złotych.

garnek monet (4)

Półwysep Dapeng

 IMG_7501

Więc dookoła beton, szkło i dziesięć milionów ludzi. Wiem, wiem szału nie ma. ALE…

 Z metropolią jest tak, że jak już się kończą jej granice, to na dobre i nawet wiosek jest mało. I tak jest też z Shenzhen. Dwie godziny drogi na wschód rozpościera się już tylko subtropikalna roślinność zakrywająca niemiłosiernym dywanem wzgórza ciągnące się wzdłuż wybrzeża morza Południowo Chińskiego.

I tam też spędziłem tego lata większość „weekendów”. Najbliżej mi do dwóch nadmorskich kurortów Xiao Meisha i Da Meisha, które choć nieco zatłoczone są dobrą bazą wypadową w górki na północy. Jeśli jednak pofatygować się dalej na wschód, dotrzeć można nigdzie indziej, jak na malowniczy Półwysep Dapeng. A tam górki są, widoki są i morze jest. I jest zajebiście.

Wędrówka wzdłuż linii brzegowej opisana szumnie w National Geographic znajduje się w czołówce najpiękniejszych w całych Chinach. Obecnie miejscówka jest w okolicach świąt masowo najeżdżana przez Chińczyków , ale za to omijana szerokim łukiem przez zagranicznych turystów przez trudności z czasochłonnym dojazdem. Dla mnie jak znalazł, zwłaszcza że moje dni wolne to zawsze piątek i sobota, więc Dapeng mogę mieć tyko dla siebie.

Wędrówka wzdłuż wybrzeża i pomiędzy dwoma miejscowościami zajmuje około pół dnia i daje szansę wyhasać się po głazach, rozwiązać mnóstwo problemów bulderowych, popływać w morzu na ukrytych plażach, nadepnąć na węża, pooglądać malownicze wysepki należące do Hong Kongu, złapać dziwne wysypki w haszczach, czy też poszlajać się po zarośniętych okopach z czasów kiedy mocno obawiano się inwazji Brytyjczyków stacjonujących w Hong Kongu.

Jest też jedna świetna ściana z potencjałem wspinaczkowym, ale ktoś skorzystał sobie akurat tam z ubikacji. Widok przerażający. Co najmniej dwa pokolenia wspinaczy mają z głowy próby przejścia tej drogi, bo tak się ktoś porobił u podstawy ściany.

Poza tym miejscówka wyhasana. Pogoda nadal się trzyma. Same frajdy, nic tylko pędzić żywot!

IMG_7489IMG_7575IMG_7548IMG_7530IMG_7524IMG_7510IMG_7508IMG_7574IMG_7573IMG_7567IMG_7559

Tybetańska Shangrila- kopiuj, wklej z fikcyjnej powieści do przewodników Lonely Planet

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W Chinach znaleźć można replikę każdego komercyjnego produktu który przewiną lub przewinie się przez nasze ręce. To żaden sekret. Dziś jednak w Chinach znaleźć można też kopie budowli i miejsc. W mieście Shenzhen znajduje się pięćdziesięciohektarowy park zawierający pół setki replik najpopularniejszych budowli z całego świata. W tej samej prowincji (Guangdong) znajduje się też kompletna pełnowymiarowa kopia austriackiego miasteczka Hallstatt, będącego chronionym przez UNESCO zabytkiem.

Mnie jednak zafascynowała replika innego miejsca, która kopią jest i NIE jest. Shangrila, a raczej Shangri-La, a do niedawna Zhongdian to mityczna utopia, raj na Ziemi w którym niczym w Edenie panuje spokój, dobrobyt i długowieczność. A może Shangrila to metafora nirwany? Buddyjskie transcendentne miasto bytów u schyłku poszukiwań? Chińczycy znają odpowiedź, bo ogłosili, że Shangrilę znaleźli i nanieśli na mapę. Więc będąc w Yunnan pojechałem zobaczyć na własne oczy. Tym razem autobusem, nie na koniu.

Historia jest taka, że Shangrila pojawia się w książce z lat trzydziestych pt. „Zaginiony horyzont” Jamesa Hiltona. Grupa osób uprowadzona zostaje do Tybetańskiej wioski w górach, gdzie poddana jet tajemniczym próbom charakterów. Uwagę przykuwa bajkowy opis sielankowej utopi rządzonej przez mnichów. Kilka miejsc w Nepalu, Pakistanie i Chinach pasowało do opisów, ale to Chińczycy nie czekając na innych ogłosili, że Shangrilę znaleźli.

No a rajem Shangrila jest! Starówka na uboczu prężnego miasta przypomina cukierkowy plan filmowy. Wklejona w zbocza łagodnych gór, położona na wysokości ponad trzech tysięcy i poprószona śniegiem urzekła mnie do granic. Głównie dlatego że zjawiłem się poza sezonem turystycznym i było pusto i sennie. Zabawne, że w Chinach sylwester nowego roku to martwy sezon, kiedy wszyscy siedzą za stołami w domach, ale tak się złożyło i nie narzekałem.

W sylwestrową noc udałem się z moją towarzyszką podróży do klubu, gdzie bawiliśmy się razem z grupą młodych Tybetańczyków z Shangrily. Klub był w masywnym tradycyjnym budynku z płazów. Na stołach stały świece, u sufitu wisiały lasery i stroboskopy. Izba okopcona była dymem z kadzi, dookoła porozwieszane były flagi modlitewne i nie wiem czy to jeszcze tradycja, czy już profanacja. Chłopaki z którymi piłem toast za toastem tańczyli breakdance. Potem ja śpiewałem do mikrofonu (bo nalegano). Kilka osób wstało i założyło mi wtedy na szyję białe jedwabne szale i nie wiem czy w nagrodę, czy błagając żebym zaprzestał śpiewania.

O północy wspięliśmy się na wzgórze na którym znajdowała się buddyjska świątynia z ogromnym młynkiem modlitewnym. Stojąc wśród mnichów obserwowałem panoramę fajerwerków. Masywny pokaz, który przyćmił wszystkie inne przetaczające się po niebie nad Shangrilą należał do lokalnej jednostki wojskowej Armii Ludowej. Panowie z czerwonymi gwiazdami na czapach dali czadu grzmocą po niebie nieprzerwanie przez równo piętnaście minut.

Więc Shangrila naprawdę okazała się rajem i utopią. Nie mam jednak złudzeń. Jeśli zjawiłbym się w lecie, musiałbym dzielić to miejsce z gęstym tłumem. Tak to już jest jak podróżuje się po przeludnionym kraju. Poza tym stwierdzam, że ponieważ Chińczykom dobrze idzie replikowanie bajkowych miejsc, powinni wziąć się za Atlantis. Znając ich rozmach przyćmili by pierwowzór. Chętnie odwiedziłbym też złote El Dorado. A swoją drogą, to Krainę Deszczowców z „Porwania Baltazara Gąbki” już mają, to moje Yangshuo do którego powróciłem po podróży po Yunnan. W końcu leje mi tu dwieście pięćdziesiąt dni w roku.

Hubsguł

Mongołowie lubią chwalić się swoją historią i zaletami naturalnego piękna ich kraju. Nie ma się co dziwić, każdy kraj lubi być z czegoś dumny. My mamy Kopernika i lubiane przez obcokrajowców słone paluszki. Od Serbów nasłuchałem się o Tesli (ten od prądu). Od Mongołów o Czyngisie i jeziorze Hubsguł. Po około pół roku zaczęło mi brzydnąć w kółko to samo, więc postanowiłem Hubsguł zobaczyć. Przyznaję- jezioro jest git. Moim zdaniem, fajniejsze nawet od swojego starszego brata- Bajkału. Raz- bardziej egzotyczne przez jurty, dwa- bardziej interesujące przez ciekawe campy, klimat i trudniejszy dostęp.

Przede wszystkim jednak Hubsguł podobało mi się, bo byłem tam z dobrą ekipą. Bo jak mieszka się na takim zadupiastym zakątku świata, to trudno o większą radość, niż wizyta rodziny i przyjaciół. Obserwowanie swoich przypomniało mi, jak zachowywałem się, gdy sam zjawiłem się tu po raz pierwszy. Zobaczyłem różnicę dzielącą „mnie” sprzed roku i mnie ogorzałego życiem w krainie skisłym mlekiem i tanią wódką płynącą.

Nad Hubsguł najlepiej (jak to wszędzie tu) polecieć samolotem. Najciekawiej i przyjemniej, wynajętym dla siebie vanem z kierowcą. Najtaniej środkami transportu publicznego. Tak też zaczęliśmy. Podróż rozbiliśmy na części. UB- Dakhan. Nocleg. Darhan- Murun. Agonia po kilku setkach kilometrów bezdroży w przeładowanym wozie. Murun- Khatgal. Nocleg i wędzona ryba. Khatgal- Toilgot. Impreza ognisko wóda sklep browar sklep góry sklep wóda siatkówka jurty Mongołowie wóda sklep wędzona ryba. Powrót.

Transport w sezonie bez problemu aranżować można na fali progresu. Nie trzeba nic z góry szykować, choć mogą zdarzyć się jakieś przestoje. Najlepiej nie rozbijać drogi i nie robić noclegu w Edenet, czy Bulgan, bo może być kłopot z dalszymi transportami. W Khatgal podaję numer do Ganbata, zaradnego Mongoła co to wszędzie podwiezie, konia pewnie załatwi, angielski w miarę zna i generalnie może być bardzo pomocny: +976 95 81 32 56.

Powrót znad jeziora już zrobiliśmy wynajętym dla nas busem, bo ścisk z lokalnymi jest wręcz absurdalny. Sardynki w puszcze mają większy luz niż pasażerowie mongolskich busików ciupiących setki kilometrów po bezdrożach. Droga jest jednak ciekawa. Jeden przejazd przez przełęcz najtrudniejszą w całej dwudniowej trasie przypomina jazdę busem po Gorcach. Zastanawialiśmy się, jak dojeżdżają nad jezioro miejskie osobówki, czy ciężarówki. Nie było szans (wg nas) żeby zrobiły tą przełęcz. Jak na życzenie jednak i dla przekory natychmiast na przełęczy zjawiły się: mała ciężarówka, nissan mikra i autobus.

Co podobało mi się podczas tej podróży, to nasz kierowca: urodzony tropiciel i miłośnik fauny. Obudził mnie padniętego z bezwładnie telepiącą się po wszystkim dookoła głową, gdy w światłach reflektorów zobaczył dwa króliki. Zaintrygowani, wszyscy obserwowaliśmy urocze zwierzątka zdziwione mrugającymi im w oczy długimi światłami. Na tym się nie skończyło. Dalej były łasice, jeż i nawet coś w ciemności, czego nie mogliśmy dostrzec, ale kierowcę fascynowało. Czasem robił autem ósemki i zawracał mrugając długimi i ścigając zwierzątka w stepie. W sumie to bałem się, że coś mu się w ciemności od tych manewrów kierunki pomieszają i skończymy w Kazachstanie. Wróciliśmy jednak bezbłędnie.