Szklane OKO zimawuba na kliszy – Metropolia

Udało mi się powrócić na moment do fotografii jaką lubię. Do dobrej starej kliszy.
Nie łatwe to zadanie w Chinach galopujących ku przyszłości, ale pomiędzy rolkami zniszczonymi przez zakłady nie mające pojęcia jak wywołać, czy dobrze zeskanować film udało się wybrać kilka ujęć za które przynajmniej nie muszę się wstydzić.
Wszystkie zdjęcia bez fotoszopu, filtrów, elektronicznej stabilizacji. Są takie jakie mają być- niedoskonałe, poruszone, źle wykadrowane. Kiedy jednak na nie patrzę pamiętam każdy z tych momentów kiedy nabierałem powietrza aby na bezdechu nacisnąć spust migawki.
A teraz znów nabieram powietrza i wrzucam w eter…3…2…1…

szklaneOKOzimawuba_metropolia (1)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (2)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (3)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (4)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (5)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (6)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (7)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (8)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (9)

szklaneOKOzimawuba_metropolia (10)

Złapać życie za jaja

IMG_0250Złapać życie za jaja (grab life by the balls)- to takie amerykańskie powiedzenie. Oznacza przejąć kontrolę w życiu i odnieść sukces. Jak ostatnio pochwaliłem się znajomym, że w weekend włóczyłem się po plażach i paliłem ognisko, to powiedzieli mi, że zwariowałem. Postanowiłem przekonać się jak to jest spędzić jeden dzień jak oni. Złapać życie za jaja w amerykańskim stylu.

Ponieważ powoli już nie tylko w lesie sobie daję radę, ale i w mieście. Mam za sobą kilka wyczerpujących wypraw w poszukiwaniu ubikacji w ogromnym centrum handlowym, kilka razy targowałem się na jarmarku do upadłego i już wiem, że upadłem za wcześnie i mnie zrobili i tak w balona. Zgubiłem się też w Hongkongu wystarczająco wiele razy, by nauczyć się, że jak się nie pamięta skąd się przyszło, to znaczy że nie ma tam po co wracać.

Nie powiedziałbym, że zawarłem pokój z metropoliami, ale mieszkam w szkle i betonie wystarczająco długo, by przyzwyczaić się do tego szumu blaszanego węża wijącego się w interwałach sygnalizatorów i ziejącego toksycznymi spalinami. Przywykłem do eleganckich mieszczuchów zagonionych za sukcesem, do tych moich uczniów bogatych jak się nie śniło nam kiedy smażyliśmy kiełbasy przy ognisku. Do postępu, co obraca morze w ląd, ląd w szkło, rolników w informatyków, ideały w etaty, a wszystko to dokonuje się na naszych oczach w przeciągu kilku księżycowych lat.

Większość wolnych chwil spędzałem do tej pory szukając ostatnich zakątków w tym rejonie, gdzie mógłbym posłuchać czegoś innego od świstu miasta. Tym razem jednak, w miniony weekend, zachciałem poczuć się na moment jak miejskie wymiociny, jak snob który przemyka w betonowej dżungli z klasą, kasą i łapie życie za jaja.

Do pierwszej lokalizacji dojechałem metrem. Bo życie w mieście jest drogie i nie chciałem wydać więcej niż tysiąc dolarów hongkońskich, czyli jakieś czterysta złotych. Dopiero ze stacji metra podjechałem taksówką pod adres zapisany na kartce. Egzotyczna restauracja w egzotycznym miejscu; serwująca dania z robaków. Okazało się, że adres nie istnieje. Zacząłem pytać kolejno w klaustrofobicznych knajpkach wypełnionych emerytami i wonią pary unoszącej się nad garami.

Dzień dobry, ja jestem z internetu. Chciałem zjeść robaki i napisać o tym na blogu i dostać za to dwa lajki. Nikt jednak nie mówił po angielsku, kilka razy pomógł mi nieco mandaryński, ale tak naprawdę z dziadkami trzeba było po kantońsku, którego nie znam.

W pewnym momencie właścicielka jednego z lokali oderwała od miski dziadka w sportowych ciuchach, a ten zaczął mi dawać jakieś wskazówki. Musiał wcześniej jeść kurczaka, bo poczułem jak kawałek ląduje mi na policzku. Potem na czole. Wystarczyło mi tego.

Poddałem się, wpakowałem w metro i pojechałem na Hong Kong Island. Sztandarowa wycieczka na Victoria Peak. Znam wszystkie ważniejsze góry w tym rejonie i zanosiło się, że ta będzie pierwszą, na którą nie wbiegnę spocony, obsmarkany i pogryziony przez insekty. Bo na ten pięćsetmetrowy szczyt można wjechać zabytkowym tramwajem.

W kolejce do kasy znalazłem się w międzynarodowym tłumie. Zastanawiałem się akurat nad mongolskimi szamanami. Nad tym jak w miejscach jaskiń stawiają falliczne symbole dla wyrównania energii męskiej i żeńskiej. Zastanawiałem się, co powiedzieliby na temat energii w tym gąszczu wieżowców, symboli samców alfa, centrów handlu i biznesu wznoszących się ku niebu. Nagle usłyszałem w tłumie znajome charkanie. Zobaczyłem trzy twarze rozrabiaków. Mongołowie! Sain baina uu?! Ju baina?! Chciałem się do nich dostać, ale rozdzielił nas tłum i nie udało mi się ich już potem znaleźć.

Na szczycie Victoria Peak znalazłem restaurację Bubba Gump Shrimp Company. Jest to sieć inspirowana filmem Forrest Gump i kilka lat temu mógłbym stołować się cały tydzień w wiejskich restauracjach prowincji Guangxi za to co kosztowały w tej restauracji Pijane Krewetki Pułkownika Dana i szklanka piwa. Jednak mając u stóp widok na szklane wieżowce Hongkongu oraz chmurę miejskiego zanieczyszczenia nadciągającą z Kantonu nie mogłem nie poczuć się jak stara para białych skarpetek założona do nowych sandałów.

Przypomniał mi się cytat z filmu: – Czy odnalazłeś już Jezusa, Gump? – Nie wiedziałem, że miałem go szukać. I zacząłem pytać siebie czy już złapałem życie za jaja. Wciąż nic.

Zjadłem potem na deser lody w francuskiej restauracji i walnąłem kawę przed powrotem na dół. Tam poplątałem się pośród młodych, białych, ambitnych, mających świat u stóp, zdecydowanie łapiących życie za jaja w okularach Ray Bana i z pastelowymi sweterkami zarzuconymi na plecki. Poszedłem do jednej z drogich kawiarni gdzie elity bankowości zakładają nogę na nogę błyskając lakierkami. Wszedłem do ubikacji. Obok mnie pojawił się elegancki facet. Rozpiął rozporek, wyjął telefon i zaczął załatwiać się przeglądając coś na ekranie. Schował telefon, zapiął rozporek i wyszedł bez mycia rąk. Rozbawiła mnie ta scena.

Po Hong Kong Island udałem się do Tsim Sha Tsui poplątać się pośród świateł i wystaw. Uliczni sprzedawcy zaczepiali mnie usiłując sprzedać mi coś, tak jak kilka lat wcześniej, kiedy zjawiłem się w Hongkongu po raz pierwszy. Miałem wtedy ledwo ledwo kasy w kieszeni i trzymałem kciuki że dostanę roczną wizę do Chin, a każdy ze sprzedawców szeptał do mnie wtedy: Hello, haszysz, marihuana? Nie jestem pewien co się zmieniło, ale tym razem sprzedawcy wołali do mnie: Sir, rolex, garnitur? Chyba się starzeję… Czy złapałem życie za jaja? Nie wiedziałem że miałem łapać.

Zjawy na plaży

Long Ke Wan

W Halloween i Wszystkich Świętych postanowiłem zamknąć sezon wspinaczkowy i kąpieli morskich. Najpierw udałem się na półwysep Collinson powycierać się w skałach koło męskiego zakładu penitencjarnego. Znam większość zakładów penitencjarnych w Hongkongu. Męskich i żeńskich. Bo wokół nich są najlepsze skały do wspinaczki.

Potem dostałem się na Nowe Terytoria i kamiennym szlakiem MacLehose’a doszedłem do pięknej plaży Long Ke Wan. Była Halloweenowa noc i większość moich znajomych straszyła taksówkarzy w mieście usiłując dostać się do knajp w swoich przebraniach. Ja odwrotnie niż rok temu usiłowałem tym razem nie drażnić żadnych zjaw ani duchów. One jednak nie zważają na ludzkie intencje ani próby relaksu przy kojących szumach morza i drzew.

Kończyłem rozbijać obóz na piasku i zabierałem się za czytanie, gdy wyłonili się z mroku październikowej nocy. Przerażający widok ścinający krew w żyłach samotnych biwakowiczów. Upiorne zjawy przyprawiające włóczykijów o utratę rozumu na samą myśl o obcowaniu z nimi podczas długiej czarnej nocy.

Chińscy turyści- konsumenci.

Pierwszy potknął się i wyłożył na piasku z trzaskiem klamotów. Pozostali drobiąc i przebierając oraz ściskając jakby lewitujące pakunki zbliżyli się niebezpiecznie blisko. Pół tuzina ludzi. Przez moment rozważałem ucieczkę i przeniesienie obozu, ale nie chciałem ich rozdrażniać. Zaszyłem się w hamaku z dwoma patykami złożonymi na piersi na znak krzyża.

Chińscy turyści- konsumenci mieli przy sobie wszystko co oferowały jesienne promocje w Dekathlonie i innych sklepach sportowych. Nie byłem pewien czy na plaży się planowali osiedlać na stałe, czy odpoczywać.

W rękach taskali pakunki, które można było przytroczyć do plecaka, przytroczone do plecaka były graty, które wygodniej byłoby wsadzić do środka, a w środku był sprzęt do założenia osady na Antarktydzie. Pomimo że byliśmy na szlaku z kamiennymi stopniami i podejściami ciągnęli za sobą wózeczek z przytroczoną lodówką i dziesięciolitrową butlą na wodę. Robili zamieszanie jak chiński blok reklamowy w telewizji publicznej i widziałem natychmiast, że czeka mnie przerażająca holloweenowa noc.

Statywów mieli tyle, że wydawać by się mogło że będą nimi grać w bierki. Tuzin statywów na pół tuzina ludzi. Na dwóch z nich ustawili diodowe halogeny oświetlając obóz jak plan filmowy. Ja w szoku zaplątałem się w hamak, po czym uciekłem na plażę wymijając jednego z nich, który rozłożył się wygodnie z tabletem i oświetlony szklaną łuną zaczął oglądać film. Nikt nie zwracał uwagi na kurtynę gwiazd, na nocne morze w przypływie granatu i czerni. Na srebrne odbicie księżyca niedoścignione pośród fal liżących piasek. Ani też na mój goły tyłek podczas gdy biegałem tam i z powrotem ciesząc się chwilą i skacząc na fale.

Miałem dwa małe wina, bo jak nauczyło mnie życie wino smakuje najlepiej kiedy butelka oklejona jest piaskiem, a usta zmoczone słoną wodą. Na plaży czyli że. Nie zwrócili też na mnie uwagi kiedy goły przemknąłem do hamaka, bo nie mogłem znaleźć na plaży swoich majtek. Zajęci byli gotowaniem na kilku palnikach i wszyscy stali, bo tam gdzie można było usiąść byczyły się rzeczy, których nie chcieli pobrudzić. Odpłynąłem z butelką wina w jednej ręce i książką w drugiej. Kilka razy budziłem się i rozważałem przeniesienie w inne miejsce, ale zjawy krążyły wokół gwarnie komentując i lewitując jak upiorne satelity. Konsumenci objuczeni gadżetami za które muszą srogo płacić, a potem muszą je nosić, bo zapłacili i muszą je naprawiać i martwić się i płakać jak je ktoś ukradnie. To co posiadają, posiada ich. Gdzie czasy, kiedy ludzie wspinali się w Himalajach odziani w tweedowe marynarki? Dla zdobywców Everestu ortalionowy kombinezon był szczytem technologii.

Rano wszyscy stali na baczność: albo wciąż jeszcze albo już od nowa. Patrzyli się na mnie jakoś intensywnie jak surykatki i coś- nie wiem co- dziwiło ich w moim zachowaniu czy też biwakowaniu. Zdążyłem zjeść śniadanie i zwinąć klamoty zanim u nich zagotowała się woda i wyruszyłem do Waterfall Crag spędzić dzień w skałach. Jednak po dwóch godzinach fale odcięły mi dostęp do zatoki i musiałem zawrócić.

Ciężka miejscówka, bo na cztery próby tylko raz udało mi się tam dostać i powspinać. Lepsze to niż nic. Tak czy siak sezon wspinaczkowy i kąpieli morskich zostały uznane za udane i zamknięte.

Wredne małpy i dzikie świnie zepsuły mi urodziny

lion hill

Urodzin własnych zwykle nie świętuję, ale tym razem postanowiłem się rozpieścić. Miało być pięknie- wyszło jak w tytule. Nie żartuję.

Jakiś czas temu zaliczyłem wypadek podczas wspinaczki i uznałem to za koniec mojej kariery wspinacza. Najgorzej było z lewą stopą, bo jak się zagoiła to okazało się, że znikła kostka. A może to ta z prawej za bardzo wystaje, bo ją też załatwiłem kiedyś na lodowcu w Rosji. Taka już bywa cena za bycie samoukiem.

Po ostatnim wypadku odwiesiłem uprząż, anulowałem wszelkie plany i pomysły wyjazdowe i zgasłem. Czy to miał być serio koniec? Ale, ale ja… Jeszcze kuśtykając z laską udałem się obczajać Lwią Skałę w Lion Rock Country Park w Hongkongu. Ma ona najdłuższą w tym rejonie drogę wspinaczkową z pojechaną ekspozycją, a mnie coś przyciągało do tego wyzwania jak magnes.

To nie tak, że po kontuzji nagle wstałem i poszedłem się wspinać. Musiałem wcześniej zrzucić trochę kilo, wzmocnić palce i łapy, wybiec rano po schodach jak Rocky i co najważniejsze to przed końcem października wykurować kostki.

Bo październik to najlepszy miesiąc w tej części świata- pogoda wymarzona, sucha i można już zapomnieć o olejkach do opalania, płynach na komary, czy hektolitrach wody pitnej. Najlepszy moment na wspinaczkę- nie leje się strumieniami pot sprawiając, że szpej ślizga się w łapach i nie parzą już nagrzane w słońcu skały.

Do Lion Rock Country Park dostałem się z południowej strony. Przyglądając się onieśmielającej skalnej ścianie przypominającej sylwetkę lwa zacząłem wdrapywać się przez zieloną gęstwinę. Lwia Skała jest symbolem przemiany jaka dokonała się na biednej wyspie Hongkong. Z zakrzaczonego zakątka pełnego tartaków, rybaków, bezdroży i dżungli w futurystyczne miasto przypominające filmy science- fiction. A ja chciałem, aby ta skała stała się moim urodzinowym prezentem.

Nagle grupka ludzi zbiegła w moją stronę, ktoś rzucił kamieniem w krzaki i zobaczyłem tylko jak jakieś wielkie cielsko przemyka w gęstwinie. Jakieś bydle nie zwierzę. Przez moment staliśmy wszyscy skonsternowani, aż pierwszy ruszyłem przed siebie bojąc się tracić czas. Jeden facet zawrócił na dół, a parka nieśmiało udała się za mną. Nie zamierzałem zawracać bez względu na to co to za zwierz się tam błąka. Nie chciałem nawet wiedzieć.

Pod skałą przepędziłem wygrzewającego się w wątłym słońcu węża, po czym rozpocząłem wspinaczkę w absolutnym skupieniu. Po raz drugi w życiu podejmowałem się solo drogi pięciowyciągowej i tym razem wiedziałem już jak jest to fizycznie wyczerpujące. Jeden wyciąg to maksymalnie długość złożonej w pół liny. Normalnie robi się go raz, a potem asekuruje się idącego jako drugi partnera. Wspinając się solo z liną, każdy wyciąg robi się dwa razy. Raz z dolnym stanowiskiem, drugi raz z górnym kiedy przenosi się cały szpej. I tak z pięciu wyciągów robi się dziesięć. Ale nie słuchaj mnie, bo jestem samoukiem i pewnie robię to źle.

No i pisałem wcześniej, że  w październiku można zapomnieć o olejkach do opalania. Znowu mnie nie słuchaj, bo już na drugim wyciągu jak zrobiła się lampa, to zjarało mnie szybciej niż grzanki w tosterze i szybko szukałem koszulki. Zanim doszedłem do połowy Lwiej Skały wiedziałem też już, że nie mam wystarczająco wody. Zapowiadały się bardzo suche urodziny.

Trzeci wyciąg to rysa w którą wkłada się rękę, czy nogę, blokuje, ignoruje ból, po czym przenosi środek ciężkości wyżej, by powtórzyć wszystko od nowa. Bardzo szybko odezwały się ostatnie kontuzje, ale ja zajęty byłem ignorowaniem lęku, który podczas takiej wspinaczki staje się niemal namacalny i rozpoczyna swój nieznośny flirt.

Wspinaczka zajęła ponad pół dnia, było darcie na kolanach i nawet kilka razy wspinanie po spitach, ale koniec końców wlazłem na szczyt pozostawiając poza krawędzią skalnego urwiska szyderczy lęk, który tym razem musiał obejść się smakiem. Być może ta mała skała to nie Himalaje, ale każdy ma swój Everest, a ja poczułem się jak na szczycie swojego- wypruty.

Bez wody, bez żarcia, zjarany, w palcach łapały mnie skurcze, a słońce właśnie opadało powoli ku horyzontowi. Ruszyłem w drogę powrotną jak z urodzin przystało- slalomem. W głowie mi się kręciło, w ustach suszyło. Jedyne o czym marzyłem to tania restauracyjka w Sha Tin i zimne piwo. Chciałem zejść z wzgórza północną stroną, którą poznałem odwiedzając to miejsce za pierwszym razem. Po ponad pół godzinie męczącego marszu w dół na gumowych nogach cały misterny plan i marzenie o piciu padły, kiedy zobaczyłem je na środku drogi. W gęstniejącej szarudze leśnego mroku. Dwie cholerne wielkie małpy. Siedziały znudzone i iskały się spoglądając to na mnie, to na swoje gołe stopy.

Liczyłem, że będą o tej porze gdzieś na drzewach zajęte dobranocką, a te mnie tak zblokowały. Biec? Robić hałas? Czy może spokojnie na paluszkach? Wtedy przypomniało mi się jak wpadłem w ich zasadzkę poprzednim razem. Spojrzałem w bok. Kolejna małpa chowała się dwa metry ode mnie w zaroślach. Ani drgnęła. Skupiona jak żołnierz wlepiała we mnie czarne oczy. Spojrzałem w górę. Inne siedziały cicho powyżej. Tym razem nie zamierzałem dać się otoczyć, ani przepędzić po krzakach. Wycofałem się, obróciłem, pognałem z powrotem pod górę. Kolejne pół godziny. Cholerne wredne małpy.

Potem zakręciłem się w ciemnościach szukając szlaku po południowej stronie którym rano przybyłem. Kiedy wyciągnąłem latarkę okazało się, że widzę jak przez mgłę, ale nie wiedziałem czy ze zmęczenia, czy od wilgotności powietrza. Było tak gorąco. A może jedynie za bardzo zjarało mnie w skałach? Kolejne pół godziny błądzenia i już niemal zbliżałem się do wyjścia po stronie Kowloon, kiedy usłyszałem w mroku obok chrumkanie. Świnie! Dzikie świnie. To one musiały przestraszyć nas rano. O nie, nie zawracam, ja nie zawracam, ja już nie mam sił rypać pod górę! Kuśtykając rzuciłem się z okrzykiem karateki w dół ścieżki, a świnie tuż obok w ciemności z kwikiem zaczęły taranować roślinność. Pędziłem czując jak szyderczy lęk, który wisiał nade mną cały dzień ma jednak ubaw widząc mnie jak spieprzam. Koniec końców żadna świnia mnie nie dogoniła. Nie wiem nawet czy próbowały.

Kiedy wreszcie wydostałem się z parku było późno i mogłem zapomnieć o restauracyjce. Nie wiedziałem nawet czy zdążę na ostatni pociąg i czy nie zamkną przejścia granicznego. Nic jednak nie było tak ważne jak picie. Wydoiłem: kolę, izotonik, znowu kolę, piwo, wodę, smirnofa ice i napój cytrynowy. Aaa…

Wredne małpy i dzikie świnie… tak mnie przegonić po lesie. Wredne małpy.

Ps.

Więcej o miejscach gdzie się wspinam wrzucam na wspinachina.blox.pl

 

Wyspa Pająków

 

Uwaga! Słowa pająk i pajęczyna użyte zostały w tym tekście szesnaście razy.

 

 Wyspa Lantau leżąca w południowo zachodniej części Hong Kongu oznacza w dosłownym tłumaczeniu Zgnitą Głowę. Ja przemianowałem ją na Wyspę Pająków, a oto dlaczego.

IMG_9716W pociągu gniotłem się w tłumie turystów do momentu kiedy nie przesiedli się na linię po której poruszają się wagony z oknami w kształcie głowy Myszki Miki. Ku mojej uldze wszyscy odjechali do Disneylandu, bo ja już martwiłem się, że wyląduję w jakimś turystycznym koszmarze pośród sklepików z pamiątkami. Takie rzeczy się zdarzają.

„Mój” Disneyland, którego szukałem znajdował się po drugiej stronie wyspy. Wysiadłem na ostatniej stacji, wsiadłem w autobus na ostatnim peronie. Wysiadłem pół godziny później na ostatnim przystanku, gdzie powietrze zdawało się być duszne i gęste jakby chciało chytrze wycisnąć z człowieka jak najszybciej ostatnie poty.

Pui O to urocza wioska, jeszcze niedawno zapomniana przez świat, teraz widać dookoła wymarzone domki prażone słońcem, obrośnięte palmami i zaopatrzone w ogromne okna w których i tak nie mieszczą się w pełni widoki plaż, morza, oraz wysepek rozbryzganych po horyzoncie od zielonych gór z lewej po zielone góry z prawej. Mieszkańcy to w dużej mierze biali, którym się udało, którzy są po prostu bogaci. Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, ale nie tak bajkowo bogaci, tylko tak ledwo ledwo, w sam raz na domek na wyspie z widokiem na morze. Sami sobie okna myją i kwiatki sadzą i mówią „How’s it goin’!” jak mnie widzą na drodze.

Zanim zacząłem ładować pod górkę byłem już cały przepocony, a plecak razem ze mną. Byłem już kilka razy w takim miejscu gdzie wegetacja jest na tyle gęsta, że w zacienionej ścieżce robi się duszno i brakuje tlenu. Grzałem więc pod górę przerywając marsz długimi przerwami i ciesząc się, że nauczyłem się redukować swój bagaż. Dwie trzecie to szpej wspinaczkowy, zamiast namiotu- hamak, zamiast jedzenia- własnej produkcji batony energetyczne. Bez śpiwora, bez ciepłych rzeczy, bez kubków, sztućców. Reszta to woda, ale ile bym jej nie wziął, to zawsze- ale to zawsze jestem spragniony.

Widok z Pui O na  Temple Crag

Widok z Pui O na Temple Crag

W pierwszą pajęczynę wpakowałem się centralnie twarzą, a pająka rozmiarów dłoni pocałowałem wydając z siebie dziwny jęk, który sam mi się jakoś wyrwał. Obrzydlistwo. Widziałem już wiele razy te pająki i szukałem jakiejś informacji czy powinienem się ich bać. Po przeglądnięciu kilku chińskich podręczników do entomologii nic nie znalazłem, więc postanowiłem bać się ich na zapas, zwłaszcza że mają jaskrawy kolor na grzbiecie. Czarno- żółte, podłużne, z kończynami o rozstawie jak moja dłoń często plączą sieci na leśnych ścieżkach, a największa z jaką się napotkałem miała szerokość dwóch metrów.

Założyłem okulary na wypadek jakby mnie jakiś chciał pocałować w oko i ruszyłem dalej. Okazało się, że na całej górze musiało wydarzyć się coś, co doprowadziło do niemal plagi pająków. Wkrótce przedzierałem się przez pajęczyny utkane przez różne pająki począwszy od małych szarych i kudłatych, po okrąglutkie z cieniutkimi nogami jak włoski, na tych ogromnych jak kraby skończywszy.

Tak teraz o tym myślę, to pewnie powinienem był zawrócić, ale udało mi się wleźć na szczyt. Całe trzysta trzy metry nad poziomem morza! Chodziło mi o wspinaczkę. Miejscówka nazwana Temple Crag jest o tyle intrygująca, że broni jej gęstwina i zaczyna się ją od góry, zjeżdżając na linach do podstawy, a następnie wspina się z powrotem na szczyt. Jeśli ktoś nie potrafi się wspiąć… ciężka sprawa, bo powrót przez las, którzy tu już niektórzy nazywają dżunglą, to gruba wyprawa.

Pobawiłem się na linach, popodziwiałem widoki na morze, górki, wysepki, na cały ten krajobraz o jakim marzyłbym, gdybym wykładał w tej chwili towar na półki w jakimś baraku bez okien, a następnie udałem się na sąsiedni zielony szczyt na którym zamierzałem spędzić noc.

Widok z Temple Crag na Pui O

Widok z Temple Crag na Pui O

Przez te wszystkie kurtyny pajęczyn wlokłem się, aż zaczęło się ściemniać. Udało się jednak wleźć na rzadko porośnięty grzbiet otoczony rondem wyspiarskich widoków skąpanych w czerwieni ostatnich promieni dnia. Zawiesiłem hamak między drzewami, skąd wcześniej przepędziłem pająki. Wbiłem do niego pozbywając się mrówek, komarów i pająków i zacząłem słuchać nocnego koncertu.

Jak głośno potrafi być w takim miejscu, to jest niesamowite. O różnych porach włączają się różni krzykacze, cykacze, bzykacze, a niektóre dźwięki wydają się nieprawdopodobne, niemal elektroniczne. Kilka razy budziłem się przekonany, że niedaleko ufoludki używają jakiegoś pikającego skanera, czy radaru. Raz podeszło mnie jakieś większe zwierzę usiłując dostać się do plecaka zawieszonego na gałęzi, ale narobiłem hałasu i wycięło prosto w krzaki. Samotna noc w takiej scenerii to niesamowite doświadczenie, a świat insektów słyszalny jedynie w mroku to niemal jak narkotyk dla uszu pobudzając mózg falami i częstotliwościami jakich nie da się wyobrazić. Zupełnie jakby oczami poznać nowe kolory o których nie miało się pojęcia.

Rano wzgórze było głuche. Ani śladu po nocnym koncercie. Do hamaka była przyklejona metrowa pajęczyna, a na niej pająk, który mógłby objąć bułkę. Dzień dobry.

IMG_9698Wyspy mają w sobie to piękno, że jeśli wystarczająco długo idzie się prosto przed siebie, zawsze dojdzie się na plażę. Doszedłem i ja, ale za ilość pajęczyn które zniszczyłem po drodze mam już chyba rezerwację w pajęczym piekle. Nad morzem oczyściłem się z pajęczyn, popływałem i akurat zajmowałem się suszeniem przepoconych ciuchów, gdy do niedalekiego molo zawinął niewielki prom. Spakowałem się w pół minuty i pobiegłem do niego jakbym był rozbitkiem spragnionym ratunku. Kapitan zaprosił mnie na pokład i wyjaśnił, że nie płynie do Hong Kongu, ale z przesiadką, lub dwoma mógłbym się tam dostać.

Był mały barek, klima, taras z drewnianymi ławkami, pusto. Perspektywa dnia spędzonego na piciu browarów pływając od wyspy do wyspy była kusząca. Na dodatek nie miałem już ani kropli wody. Zawahałem się na moment, po czym wróciłem na ląd. Chrzanić to. Bujać się klimatyzowanymi promami jeszcze będę miał czas. Przelazłem z powrotem w poprzek wyspy i znów były pająki, robaki, kłujące rośliny i jeden zielony wąż. Ten jednak był taki jak należy, czyli tak szybko się zawijał ze ścieżki, że mało się nie poplątał.

A jak dotarłem do Pui O, to byłem tak spragniony, że jak zamawiałem piwo, to słyszałem w uszach echo własnych słów.

IMG_9679

 

Wypad który pozamiatał

Wysiadam na stacji Tai Wai w Hong Kongu. Kilometr prostą drogą okazuje się jak to w Hong Kongu bywa makaronem schodów i przejść. Trójwymiarowy labirynt wypełniony zabieganymi azjatami przyklejonymi do ekraników.

IMG_9655Kieruję się w stronę zieleni wzgórz bawiących się ze mną w chowanego pomiędzy betonowymi drapaczami chmur. W końcu odnajduję Lion Rock Country Park i zaczynam wspinaczkę w górę, ponad najwyższe piętra ludzkiego mrowiska. Potrzebuję odpocząć na łonie matki natury. Zrelaksować się.

Jest tak gorąco i duszno. Szybko nie zostaje na mnie sucha nitka. A dziś jeszcze robi się te koszulki z nitek, czy już drukuje z plastiku? Dookoła bujna roślinność i pnącza. Liany niemal jak z Tarzana. Głowa chodzi mi dookoła z wrażenia. Niesamowite magnolie jak parasole, orchidee, marantowate, ananasowate, obrazkowate i wiele innych dziwactw przyrody, które  jeszcze do niedawna były mi tak obce.

Kiedy staję na węża, strzela jak z bata zamachując się rozczapioną gębą. On rzuca się w jedną, ja w drugą. Nie trafił mnie. Nie znoszę węży, choć już się do ich widoku zdążyłem przyzwyczaić. Zawsze uciekają, a tu pierwszy raz taki chojrak. Rudzielec. Prawie zawału dostałem. Na dodatek nie może się wspiąć z wąskiej ścieżki pod górkę, więc ja muszę obłazić go poprzez chaszcze stromego zbocza mając nadzieję, że nie zepchnął mnie w jakąś wężową pułapkę i nie nadzieję się na jego starszego brata.

Radość z wypadu mija i od teraz wyglądam już tylko węży. Na dodatek w lesie jest pusto od ludzi, bo to nie weekend, co najpierw mnie cieszy, a potem zaczyna martwić. Moją uwagę przyciągają szybko dziwne odchody. Nigdy takich nie widziałem, a włócząc się samotnie po różnych lasach nauczyłem się zwracać uwagę na odchody i tropy.

IMG_9658Coś większego niż kot. Nie pies. Jakby dziecko, ale roślinożerne. Trzask z jednej, ciche kroki z drugiej. Zaczynam słyszeć coś podejrzanego dookoła. Obracam się, mrugam oczami. Dostrzegam ją nieco za mną. Serce przeskakuje ze dwa uderzenia. Mrugam oczami i nagle jakby ktoś wyłączył im kamuflaż- zaczynam dostrzegać je dookoła. Powolutku otaczają mnie krocząc tak cichutko.

Zbliżają się niby znudzone, spoglądają na mnie tymi spojrzeniami z których można tyle wyczytać. No i człowiek nigdy nie wie, że będzie się czegoś bał, dopóki tego nie napotka. A ja nigdy nie spodziewałem się, że będę się bał małpy. Czy raczej stada małp.

Wszystko przez to, że nie są to małpy w stylu tych co palą cygara, noszą spodenki na szelkach i jeżdżą na monocyklach. Te są gołe, paskudnie pomarszczone, mają ruchliwe palce, a jedna z nich celuje we mnie sutkami. Obracam się dookoła i staje się pewne: wpadłem w zasadzkę. Otoczyły mnie, zabiorą mi paszport, batoniki i nokię z latarką. Wpadłem.

Nie czekając odnajduję lukę w ich zacieśniającym się pierścieniu i dodając sobie otuchy szepczę: „Teraz albo nigdy”. Rzucam się do panicznej ucieczki przez las. Małpy reagują nad wyraz spokojnie, choć ich oczy wymieniają milion spojrzeń. Po chwili, gdy wydaje mi się, że zerwałem kontakt, okazuje się, że inne obserwują mnie z drzew. Zaczynają nawoływać pozostałe odgłosami od jakich jeżą mi się włosy i spada mi czapka. Znów zaczynają mnie otaczać.

Widząc, że nie mam innego wyjścia postanawiam walczyć. Drżącymi rękami wyciągam z plecaka aparat. „Jak mnie napadniecie, opublikuję wasze portrety na blogu!”. Siadają dookoła, zaczynają dłubać w pępkach, przebierać zwinnymi paluchami, jedna znów celuje we mnie sutkami. Żebrzą spojrzeniami. Wtedy do mnie dociera, że to ja jestem tu bardziej niecywilizowany. Zachowuję się tak, jak ci ludzie, dla których kiedyś byłem pierwszym napotkanym białym człowiekiem. Te małpy zdają się mówić: „Spoko, stary. My tylko chcemy karmelka.

Robię zdjęcie i rzucam się biegiem i nie zwalniam dopóki nie giną odgłosy małpich wrzasków. Bo człowiek nigdy nie wie, że będzie się czegoś bał, dopóki tego nie napotka sam w głuchym lesie.

Kontynuuję licząc, że fauny mi już życie oszczędzi. W południe docieram do celu.

IMG_9645W Lion Rock Country Park są dwie słynne skały. Jedna to Amah Rock przypominająca sylwetkę matki z dzieckiem na plecach jak z tobołkiem. Matka ta wygląda swojego męża, który wpłyną w morze tak dawno temu, że ona zdążyła zamienić się w skamielinę od tego czekania. Oczywiście każdy wiedział, ale nikt jej nie powiedział, że mąż nie żyje.

Druga skała to symbol Hong Kongu i jego transformacji z dzikiej zarośniętej wyspy w światowe centrum handlu- Lwia Góra. Oglądana pod pewnym kątem przypomina lwa, a co ważniejsze jest jedną z ciekawszych miejscówek wspinaczkowych w rejonie.

Wycięczony i zmasakrowany dojściem i pogodą zaczynam wspinaczkę. Wciąż mając w pamięci niedawny wypadek, wciąż sztywno i asekurancko, jednak w górę. Na szczyt nie włażę, ale dzień okazuje się i tak udanym pod względem wspinania. Idealny rekonesans pod poważniejszą akcję mam nadzieję jeszcze tego lata.

Do metra wracam kompletnie zniszczony, odwodniony, zjarany słońcem, z rozsmarowaną krwią wymieszaną z magnezją. Bo jak się ode mnie w metrze Chińczycy odsuwają, to wiem, że miałem wypad, który pozamiatał.

 

A jednak tak

IMG_9445Kiedy moja dziewczyna zobaczyła zdjęcia z plaż, natychmiast z rozmytym wzrokiem oznajmiła, że następnym razem ona też jedzie. Ucieszyło mnie to, bo zawsze to lepiej siedzieć na plaży z dziewczyną i krabami, niż z samymi krabami.

Hongkong należy do Chin! oznajmiają dumnie wszyscy Chińczycy wyrabiający sobie wizy do Hongkongu. My też załatwiliśmy formalności. I w drogę. Znów mijaliśmy granice, kamery, pociągi. Po kilku godzinach wylądowaliśmy na obiad na jednej z plaż. Dołączyła się do nas jakaś koleżanka koleżanki z Internetu. Ja miałem na plecach 25 kg szpeju, wody i jedzenia, a ona 0,5 kg kosmetyków w torebeczce. Wcisnąłem ją w taryfę do domu. Jedna stracona koleżanka w Hongkongu. Wiedziałem, że niedługo będziemy bardzo spragnieni i zmęczeni i nie zamierzałem niańczyć jakiejś zagubionej duszy.

Lampa straszna, a Chińczycy mają coś wspólnego z wampirami: wolą księżyc od słońca i makabrycznie boją się opalenizny. Dla nich oznacza ona, że ktoś jest rolnikiem tyrającym na polach ryżowych. Dla nas z kolei przerażająca jest blada skóra oznaczająca, że jest się molem biurowym i nie ma się czasu na wypoczynek.

Więc moja dziewczyna nie rozkoszowała się słońcem tak jak ja. Tym razem dobrałem starannie pogodę i odpływ morza, w związku z czym popołudniu znaleźliśmy bez problemów Waterfall Crag i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Ubierając but dostrzegłem pęknięcie w środku, pamiątkę po ostatnim wypadku. Zacząłem sztywno i niezgrabnie. Szybko jednak przestałem myśleć o wysokości, przeszłości, presji czasu z powodu przypływu. Tylko ja, skała i sprzęt. Siłowanie z grawitacją i wtykanie palców w dziury w skałach. W sumie głupia pasja, a do tego niebezpieczna. Ale jest w tym jakiś magnes…

Kiedy zrobiłem całą drogę (by być szczerym- jest łatwiejsza, niż się to wydaje na zdjęciu) wyłem jak wilk z radości i wskoczyłem goły do morza. Mam nadzieję, że odrobina kultury europejskiej nie zaszkodzi mojej dziewczynie. Pozjeżdżaliśmy razem na linie i zabraliśmy się w drogę na kolejną plażę.

Tuż po zmroku rozbiliśmy namiot na piasku i popijając wino słuchaliśmy szumu fal jak kojącego oddechu morza. Nie nadeszła oczekiwana bryza i noc okazała się gorąca jak w piekarniku. Budziłem się niczym w gorączce zlany potem i dopiero poranna kąpiel orzeźwiła mnie i odeszły poty.

Wodę pozbierałem dla nas po kropelce ze skał. Sezon wspinaczkowy otwarty. A to uczucie kiedy wlazłem na Waterfall Crag- czuję że będzie tliło się jeszcze długo gdzieś pod przeponą.

IMG_9471

 

A może tak a morze nie

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Poranek rozpoczyna się katastrofą. Bear Grylls miał by ze mnie bekę. Ja mam dramat od szóstej rano kiedy to wstaję, by kąpać się wraz z porannymi promieniami złotego słońca. Okazuje się, że pomimo tego że powiesiłem plecak na gałęzi- mrówki znalazły drogę szybkiego ruchu do jego wnętrza. Te małe ruchliwe diabły kompletnie przejęły nad nim kontrolę. Zbrojna dyktatura!

Moje nadzieje, że to nie te z gatunku gryzących kończą się, gdy jedna upierdziela mnie w rękę. Gnają jak żywą arterią do samego centrum plecaka. Ruch jak w jarmark. Rozbebeszam rzeczy po plaży, a w środku plecaka wygląda, jakby mrówki założyły już sobie Hong Kong.

Cały poranek zajmuje mi walka z nimi. Desperacko trzymają się moich ubrań. Największe wygryzają mi dziurki w koszulce, gdy usiłuję je utopić. Dopiero mocne słońce przegania je z moich betów rozłożonych na kamieniach.

Ponieważ nie mam już wody, udaję się z przez gęstwinę do wioski Pak Lap, gdzie dostać się można tylko łódką, lub ścieżką po zboczach. Na miejscu plaża jest boska, niebo błękitne, zaczyna się upalny dzień. Nie licząc ekspedientki w sklepiku oraz mnie, nie ma tam żywej duszy. Rozwalam się więc na plaży i spędzam czas kąpiąc się, bawiąc z krabami, wypytując ekspedientkę o lokalne zwyczaje i popijając zimne drinki.

Może olać wspinanie i zostać na tej plaży do następnego dnia? Miejsce jak ze snu. Jak ze starych czarno białych filmów, w których dżentelmeni w jasnych kapeluszach i z laskami popijali drinki mrugając okiem do lokalnych dziewcząt. Mówią uważaj czego pragniesz. Czasem trzeba czekać na to latami, ale staje się prawdą. Może stałem się takim dżentelmenem z laską?

Nie! Kiedy przychodzi moja godzina zrywam się, zarzucam plecak i ruszam w górę. Jeszcze nie czas drinków pod palmami, jeszcze nie rezygnuję z drogi. Docieram do tamy, przekraczam zapory, strome kamieniste zbocze, siodło utkane z zieleni. Stromą ścieżką docieram nad skalne wybrzeże.

Nie zamierzam wspinać się ponownie tam, gdzie raz upadłem. Wracam na utarte przez innych szlaki, sportowe drogi zrobione przez kluby i zrzeszenia, z których wszystkie obluzowane chwyty już poodpadały, lub zostały zabrane do domu jako pamiątki. Moim celem jest Waterfall Crag z niesamowitymi heksagonalnymi skałami jakie powstają podczas chłodzenia się lawy w wulkanach. Skały takie występują min. w Irlandii i wyglądają absolutnie kosmicznie.

W ręce trzymam prognozę przypływów i odpływów. Grawitacja księżyca przyciąga do niego wszystko co znajduje się na Ziemi. Zwłaszcza wodę, która znajduje się w ciągłym ruchu i nieustannie wybrzusza się w kierunku naszego satelity. Jak pisałem wcześniej- minionej nocy była pełnia, a podczas niej przypływy i odpływy są mocniejsze. Nadal nie jestem pewien jak to działa i nie spodziewałem się, że będę musiał studiować wykresy odpływów aby wspinać się po skałach.

Koniec końców od osiemnastej mam kilka godzin w czasie których mogę dotrzeć wybrzeżem do Waterwall Crag, wspiąć się i wrócić zanim przypływ odetnie mi drogę powrotną. Ruszam skałami, lecz coś niedobrego dzieje się z pogodą. Niebo czernieje, wzbiera się wiatr. Kiedy mijam pierwszy cypel, pogoda zdaje się być groźna. Już tylko odległym wspomnieniem zdaje się być bajkowa plaża pachnąca seledynowym morzem i olejkiem do opalania oraz zimna szklanka wbita w piasek.

Co za przypał! Wiatr zawraca fale i pomimo odpływu spieniona woda grzmoci o wybrzeże obmywając moją jedyną drogę i grożąc mi zmyciem do morza wraz z moim plecakiem. Wyczekuję odpowiednich chwil i przemykam po skałach. Gdy robi się zbyt niebezpiecznie zostawiam plecak i usiłuję pokonać kolejny cypel na lekko. Wciąż daleko do celu. Za to zanosi się na burzę…

Czasem trudniej poddać się, niż brnąć wbrew rozsądkowi. Siedzę więc długo na kamiennej platformie przeciwstawiającej się falom zanim podejmuję decyzję o wycofaniu się. Przegrałem.

Ponad godzinę maszeruję by pocieszyć się widokiem jednej z najpiękniejszych zatok- Long Ke Wan. Ogromna plaża okupowana jest raptem przez tuzin ludzi. Dołączam do nich na polu biwakowym i razem spędzamy długą noc walcząc z wiatrem, poprawiając odciągi i kokosząc się czujnie nasłuchując fal.

Nad ranem, tuż przed wschodem słońca, robi się znów pięknie. Słońce wtacza się na błękit jak nowiutka uśmiechnięta piłeczka tenisowa. Kąpię się na rozległej plaży i ruszam w drogę powrotną. Nie będę miał już czasu czekać na wieczorny odpływ. Podjąłem walkę z kolejną górą i przegrałem. Mimo tej przegranej i faktu, że wracam do Shenzhen z pokiereszowanymi nogami, zjaranym nosem, pogryzionymi rękami- na gębie mam bananowy uśmiech.