Jak nie dać się zeszmacić podczas chińskiej imprezy

Kultura picia i pracy jest taka: w Polsce pije się całą noc, a rano idzie się do roboty. W Chinach pije się godzinę, a potem zamyka się firmę, bo wszyscy umierają przez następną dobę.

Chińczycy w okrzykach Ganbei! (干杯gānbēi, dosłownie: sucha szklanka, czyli do dna) grzmocą co popadnie i jak najszybciej. Obcokrajowca bierze się w ogień krzyżowy toastów zapełniając jego szklankę na zmianę wódką ryżową, winem i piwem, a efektem końcowym może już być tylko stan, w którym zagranicznego gościa wypycha się na ulicę jak taczki: twarzą po glebie, nogami do góry. I nikt nie zwolni podjeżdżając tobą pod krawężnik.

Nie próbuj oszczędzać się na weselu, bo zakończy się ono przed szóstą i nie mam tu na myśli szóstej rano. Nie próbuj rozkoszować się winem, bo wszyscy się oburzą czemu nie opróżniasz szklanki w kilku łykach. Zresztą to i tak tylko podróba francuskiego wina. Pojawił się rumieniec i chemiczny posmak w ustach? Trudno- może przejdą po tygodniu. Dziewczęta wyglądają coraz piękniej? Zapomnij. Liczna eskorta zaparkuje cię twarzą w dziurze w podłodze cała dumna ze swojej chińskiej gościnności.

Chińskie imprezy odbywają się w restauracjach przy okrągłych i obrotowych stołach, zawsze suto zastawionych. Gospodarz siada twarzą do drzwi, gość honorowy po jego prawej, mniej ważny po lewej. Obok nich kolejni w hierarchii Chińczycy, na zmianę z zaproszonymi gośćmi. W ten sposób czy popatrzysz się w lewo, czy w prawo, ktoś krzyknie ci Ganbei! i wleje w gardło szklankę drętwej ryżowej wódki. Tyłem do drzwi siedzi mały tłum innych, mniej znaczących osób.

Wódka kosztuje już od kilku złotych za pół litra. Do większości restauracji można wnosić własne napoje. Za sprawą gościnności Chińczyków nie będziesz i tak mieć okazji oglądać rachunku. Nie będziesz nawet pamiętać tej części wieczoru…

O ile taka impreza może być fantastycznym doświadczeniem, to już kilka takich spotkań w miesiącu przeraża. Więc jak można nie dać się zeszmacić podczas chińskiej popijawy? Nie można. Spodziewaj się kaca życia.
Jest jednak sposób na przetrwanie, który kiedyś może uratować ci życie. Ryzykowny, ale pomocny. Wyjawiły mi go kiedyś nasze narodowe skarby, największe dobro eksportowe, szeroko uznawane i podziwiane polskie prostytutki. Albo raczej escort girls.

Na początku popijawy musisz pozwolić atmosferze się rozluźnić, a wszystkim oczom dookoła zmętnieć. Pamiętaj, że każdy bacznie cię obserwuje. Pij i baw się, bo nie masz wyjścia. W drugiej fazie możesz zacząć się oszczędzać za sprawą sztuczki- prostytuczki. Tylko nie daj się przyłapać! Jeśli wpadniesz na oszukiwaniu przy piciu- polski naród się ciebie wyprze, a nasz rząd podczas tajnego posiedzenia w podziemiach Wawelu odbierze ci obywatelstwo i paszport.

Działa to tak: masz przed sobą szklankę z wódką ryżową i kubeczek z herbatą. Ktoś zawsze dba aby były pełne, więc musisz działać szybko. Nadpij herbatę do połowy zanim ktoś krzyknie Ganbei! chuchając ci w twarz, odpowiedz na jego toast, napij się wódki, ale nie przełykaj. Zrób tylko krzywą minę. Podnieś teraz szybko do ust kubeczek z herbatą i wypluj dyskretnie wódkę. Wprawne prostytutki potrafią wypluwać markując zarazem przełykanie. Odczekaj następnie chwilę i opróżnij kubeczek z herbatą/ alkoholem do miski na odpady jaka powinna znajdować się na stole. Powtarzaj do chwili, kiedy ktoś kto nie zna sztuczki- prostytuczki zacznie rzygać dookoła i impreza się zakończy.
Wariant łatwiejszy obejmuje nadpitą do połowy butelkę koli zamiast kubeczka herbaty. Powodzenia.

Reklamy

Polska kontra Chiny

polska kontra chiny

Polski i Chin porównywać razem nie wypada. Inna kultura, inny rozmiar, inny rozmach. Wielu autorów jednak się upiera i wyciąga różnice i podobieństwa. Nie wypada! To dwa różne światy i takimi porównaniami tylko się można skompromitować. A ponieważ robiłem to już kilka razy na tym blogu, oto skoro chcecie kompromituję się ponownie i mam nadzieję, że nikt już po mnie nie będzie robił głupich porównań.

 

Gest „ja?”

Polska- mówiąc i myśląc „ja” stukamy się kciukiem w pierś. Chiny- tutaj gest ten jest bardziej subtelny i polega na dotknięciu palcem wskazującym czubka nosa.

 

Kultura otwierania drzwi

Polska- zwyczajnie nie wypada się przed nikogo wpychać, ani zatrzaskiwać nikomu drzwi przed nosem. Chiny- starszy pan, kobieta w ciąży, sierota z drewnianą nogą i szklanym okiem, nie ma znaczenia- nikomu się drzwi nie przytrzymuje, nikogo się nie przepuszcza, a wiedząc że ma się za sobą jeszcze sznurek ludzi puszcza się drzwi aby się zatrzasnęły. To nie brak kultury, ale kultura ludzi wychowanych w mrowisku.

 

Na podłodze

Polska- połóż torbę obok stołka, w nogach, pod siedzeniem. Jak coś upadnie, to podnieś. Chiny- nigdy w życiu! Jak spadło cokolwiek na podłogę to dramat, bo najprawdopodobniej już się przykleiło. Spadła pałeczka? Wołaj kelnerkę niech poda nową. Spadła torba LV? Trudno, kup nową za „pisiont” złotych.

 

Zamach

Pokaż mi jak mordujesz swoje elity, a powiem ci jaką masz kulturę. Polska- strzelanie, pozorowanie samobójstw, względnie spadające samoloty. Chiny- oczywiście kultura jedzenia w której opozycję się truje. I to po dziś dzień.

 

Prowadzenie działalności gospodarczej

Polska- nawet nie wiem od czego zacząć. Każdy chyba wie. Ponad połowa zarejestrowanych działalności upada w przeciągu dwóch lat. Chiny- wyłaź z domu na ulicę i handluj. Tak dorabia się po pracy, tak ceruje się budżet domowy. Do niedawna firmy o dochodzie miesięcznym do 10000 pln, a obecnie o dochodzie miesięcznym poniżej 15000 pln korzystają z ulg podatkowych i nie płacą podatku dochodowego. Dodatkowo w Chinach nie ma ZUSu.

 

Piractwo

Polska- czasy giełd z pirackimi kasetami dawno się skończyły. Chiny- Otwierasz fabrykę kopiującą ajfony? Chcesz skopiować samochód w całości i wrzucić go na linię produkcyjną? Podoba ci się logo Pizza Hut? Chcesz mieć restaurację taką jak KFC? Nic nie stoi na przeszkodzie. Prawnicy, licencje i patenty nie mają mocy w Państwie Środka i to właśnie stanowi siłę napędową niesamowitego skoku i rozwoju jaki ma tu miejsce. Z jednej strony jest to masowe kopiowanie zachodnich technologii, ale z drugiej strony: co to jest tysiąc prawników na dnie morza? Dobry początek.

 

Tępo postępu

Polska- jak byłem ostatnio w domu to jedyne co się zmieniło to moje odbicie w lustrze. Chiny- na początku swojego pobytu tutaj poznałem gościa, który powiedział mi: „Żebyś ty widział jak tu było dziesięć lat temu… nie było tyle samochodów, nie było wszędzie amerykańskich fastfoodów… ” Jakiś czas temu przyjechali do nas stażyści. Podczas jednej z wieczornych pogawędek powiedziałem im: „Żebyście widzieli jak tu było dwa lata temu… nie było czekolady, kawy, pieczywa, serów, budweisera…” Teraz przyjechali jeszcze nowsi stażyści i mam wrażenie, że ci starsi powiedzą im: „Żebyście widzieli jak tu było pół roku temu…”

 

Post 444

Cadillac chciał kiedyś sprzedawać w Niemczech swój nowy model auta- Złotą Mgłę. Na miejscu okazało się, że dla Niemców wyszło Złote Gówno. Golden Mist po niemiecku takie ma znaczenie. Również z Chinami nie ma lekko. Chińczyk niechętnie pojedzie samochodem z napisem Śmierć krzyż śmierć, czyli 4×4. Bo cyfra 4 w chińskiej kulturze oznacza śmierć oraz pecha.
Kiedy otrzymałem ostatnią wypłatę rzuciłem okiem na nowiutkie banknoty z maszyny. Wszystkie z serii L4W4404… Pokazałem znajomej, a ona na to, że „Dao mei, dao mei”. Czyli nieszczęście. Z jednej strony to e-tam. Z drugiej to IMG_8995Czterej pancerni nie zrobili w Chinach furory, a w Mongolii, to starsi ludzie znali.
Wszystko przez to, że Chińczykom cyfra ta brzmi jak słowo śmierć. Ma tylko inny ton w wymowie. A kiedy pytają mnie czemu dla nas 13 jest pechowa, to im odpowiadam, że 1+3=4 i kiwają głowami z aprobatą, choć tak naprawdę to nie wiem czemu.
Dla zbalansowania negatywnej energii czwórki mamy tu cyfrę 8. Wszystkie firmy, a szczególnie agencje nieruchomości zabiegają o jak największą ilość ósemek w numerach telefonów i infolinii. I absolutnie żadnych czwórek.
Aha i jeszcze jedno. Numer mojego mieszkania zaczyna się od 13, bo to trzynaste piętro. Tylko dlaczego to wszystko piszę? A dlatego, że „Dao mei, dao mei”, ale o tym następnym razem.

Chiński Nowy Rok i faux pas

IMG_8855

Znów mało snu. Fajerwerki i petardy na najróżniejszych formach nie przestawały dudnić od północy do szóstej rano. Raz bliżej, raz dalej, aż do samego uroczystego śniadania. Tuż przed nim nastąpił ukochany moment każdego chińskiego dziecka- czerwone koperty z banknotami wręczane przez starszych. Następnie zaczęło się odwiedzanie po domach.

Na wejściu Chińczycy odpalają długie łańcuchy petard robiąc tak dużo huku na ile kogo stać, licząc że odpędzi to potwora Nian. Gospodarze witają z tacką kubeczków wypełnionych ulubionym napojem Chińczyków: leczącym wszelkie schorzenia misterem finezji i smaku, dodającym starcom i dzieciom wigoru i krzepy- wrzątkiem.

Kolejne czerwone koperty i rozpoczyna się przedpołudnie pod sztandarem hazardu. Mahjong i karty na pieniądze to żywioł Chińczyków. Widziałem dziadka odchodzącego z pieniędzmi w garści. Zapytaliśmy, czy już wygrał, a on odpowiedział, że syn zapłacił mu aby nie grał, bo znów przegra oszczędności. Pewnie poszedł przegrać tą kasę tam, gdzie wcześniej wygrał ją jego syn. Nawet nastolatkowie chowają się przed rodzicami grając w karty wbrew zakazom.

W południe ucichły wreszcie petardy i rodziny zebrały się na najbardziej uroczysty obiad. Posadzono mnie przy stole ze starszyzną- pięciu braci. Nie było migania od tłustych mięsiw. Na szczęście każdy z mężczyzn przyniósł po flaszeczce i rozpoczęliśmy przełamywanie lodów kluczowe dla każdej kultury. Wódka na ryżu, pszenicy oraz ziołowa. Od razu popuściły sztywne kręgosłupy. Do jedzenia coraz bardziej mi wchodzące kulki mięsne, mielony zawijany w jajko, kiełbasy, warzywa, kurczak, wołowina i gęsta zupa.

Po południu wpakowaliśmy się w sportowe auto i pojechaliśmy godzinę w górę krętych dróg, po czym kolejną po kamienistych bezdrożach. Kilka razy tak przywaliliśmy na szlaku, że w piętach poczułem. Skończyło się na ześmieceniu jednego koła, ale tak bywa jak się mitsubishi lancerem wjeżdża szlakiem na 1900 m. Mój pomysł to to nie był.

Koniec końców dotarliśmy do górskiej osady Sihetang, której mieszkańcy w liczbie kilkudziesięciu trudnią się uprawą ryżu, wycinką, graniem w karty i kłusownictwem. Zboże i warzywa rosną na mozolnie odebranych stokom tarasach. Białego człowieka Sihetang nie widziało, więc wieczorem dla urozmaicenia zamiast ciekawskich spojrzeń zbierałem snopy świateł latarek i momentami siedziałem podświetlony jak atrakcja turystyczna.

Późnym wieczorem zasiedliśmy do kolacji: mężczyźni przy jednym stole, kobiety przy drugim, dzieci kucając. Jeden z gospodarzy z twarzą łotra i szelmowskim spojrzeniem wciskał mi udko jakiegoś zwierzęcia i wywiązało się zamieszanie z którego wybrnąłem jedynie łapiąc za mięcho. Problemem jest zawsze dziobanie pałeczkami i podawanie sobie do ust, więc postanowiłem zjeść udko po swojemu. Wziąłem je w łapę, wyciągnąłem z kieszeni nóż i zacząłem strugać płaty mięsa. Rozszedł się pomruk dezaprobaty, bo zaskakująco taki sposób jedzenia wydaje się Chińczykom niecywilizowany. Dodatkowo wyciągnięcie noża w towarzystwie nigdy nie robi dobrego wrażenia. Muszę to sobie wreszcie zapamiętać.

Sen czerwonego pawilonu

Dream of red mansions

Zapewne podpadłem kilku blogerom i autorom, gdy zabaźgrałem kilka stron intenetowych lekko krytycznymi recenzjami książek niektórych współczesnych globetroterów stawiających się na jednej półce z Halikiem, czy Cejrowskim. Takie czasy: co wypad za miasto to książka. Kilka miesięcy pedałowania i tyle nagród, że półka się urywa. Blogi na których najczęstrze słowa to ja, jA, JA, mój, moja, MOJE. Pop literatura stała się tym samym co fotografia: samojebki popełnione do lustra w ubikacji. Masturbacja własnymi osiągnięciami na portalach społecznościowych.

Ostatnia wizyta w Empiku- dookoła tylko ‘Justiny Biebery’. Na okładkach płyt, książek, reportaży podróżniczych widziałem tylko twarze Biebera. Mówiąc w przenośni. Mało książek zostaje w pamięci, mało kto ma do powiedzenia coś głębszego. O dobrych autorów jak Jacek Hugo- Bader, czy też starych wyjadaczy jak Romuald Koperski bardzo dziś trudno. Wycofałem się kompletnie z polskiej literatury podróżniczej, gdyż nie mam czasu na złą lekturę.

Czas pokazuje najlepiej kto ma coś do powiedzenia. By zapomnieć o czytanych w bólu wypocinach zacząłem sięgać po coraz więcej staroci a ostatnio klasyczną chińską powieść w czterech tomach zatytułowaną (w zależności od tłumaczenia) „Sen czerwonego pawilonu”, „Sen czerwonej komnaty”, „Dream of the red chamber” lub zwyczajnie „Opowieść kamienia”. [红楼梦; Hónglóu Mèng].

Chińczycy lubią zmiażdżyć monumentalnością, liczbami, byciem ‘naj’. Czasem tak im wyjdzie a czasem się męczą ale nie odpuszczą. Powieści pisarza Cao Xueqin napisanej w XVIII wieku samo jakoś tak wyszło, że miażdży.

Uznana na całym świecie za arcydzieło będące zarówno niezwykle realnym, jak i metafizycznym obrazem przedstawiającym degenerację społeczeństwa klasowego w czasach dynastii Qing. Obejmuje 120 rozdziałów (80 napisane przez Cao Xueqin, który pisał jakby miał nigdy nie skończyć oraz 40 dopisane przez Gao E). 40 postaci głównych, 500 postaci drugoplanowych, wyczerpujące opisy ówczesnej medycyny, diety, kultury i sztuki, etc., etc…

Jak ktoś nagle uznał, że chce napełnić dumą swoją starą panią od polskiego i chce połknąć tą powieść, to podaruję tej osobie kilka miesięcy życia i streszczę tutaj szybko treść czterech tomów (bez spojlera). Chodzi o to, że główny bohater Jia Baoyu, czyli nastolatek urodzony tajemniczo z nefrytowym kamieniem w ustach i w bogatej rodzinie, jest beztroski i asertywny wobec całego świata. Przez pierwsze trzy tomy głównie bawi się z dziewczynami i służącymi- ale nie tak jak inni niegrzeczni chłopcy, lecz bawi się w pisanie poezji, malowanie obrazków i czytanie książek. Jest też mnóstwo biesiadowania i nieco drobnego pijaństwa. Jia Baoyu kocha z wzajemnością swoją młodszą kuzynkę Lin Daiyu. Nie jest im jednak dane być razem, jak to w takich opowieściach bywa. Ma on poślubić inną kuzynkę Xue Baochai. Dodatkowo wychodzi na to, że rodzina Jia jest kompletnie spłukana i zmuszona będzie boleśnie obniżyć koszt i standard życia, co oznacza utratę twarzy.

Prosta historia dająca niezwykle ciekawy wgląd w XVIII- wieczne chińskie społeczeństwo oraz arystokrację. Na początku ciężko ogarnąć druzgoczącą ilość postaci i co jest grane. Przy trzecim tomie zaczyna się rozluźniać, a po czwartym ma się ochotę wrócić do pierwszego. Może tylko nie od razu…

I to jest literatura.

 

Szlakiem zagubionych podeszew

 

 

 

 

Przełom października i listopada to według dawnych wierzeń czas końca roku, kiedy Ziemia pogrążona w mroku i nieurodzaju wystawiona zostaje na pastwę demonów. Zjawiają się one przez portale otwarte w okresie, w którym zbiegają się obchody świąt celtyckich, słowiańskich, katolickich, dziady, zaduszki, halloween. To okres w którym łatwo o kontakt z duchami, przez co staramy się udobruchać je darami i skłonić dusze do spokojnego powrotu w zaświaty. Ja postanowiłem spędzić samotną noc na plaży przekornie sprawdzając czy da się te duchy wkurzyć i zasłużyć sobie na ich psikusa, jeśli nie dostaną darów.

Wsiadam w autobus, po godzinie zmieniam go na bardziej rozklekotany a po kolejnej wciskam się do jakiegoś małego ogórka wypełnionego kimającymi pasażerami. Zostawiam za sobą miasto, dookoła zaczynają się rozlegać widoki zieleni szaleńczo pożerającej wzgórza i wioski. Mijam port z labiryntem kontenerów, które jeszcze niedawno szaleńczo ładowane były na statki na zachód, by zdążyć przed Bożym Narodzeniem, dalej nadmorski kurort przerobiony ze starego poligonu na maszynkę do robienia pieniędzy na turystach a jeszcze dalej instalacje którymi Sinopec wypompowuje z tankowców ogromne ilości ropy. Obecnie już większe od Ameryki. W moim autobusie coraz mniej ajfonów, coraz więcej klapek. Na koniec zostaję sam z młodą rodziną z dzieciakiem zawiniętym w szmatkę jak tortilla.

Wysiadamy na drodze porośniętej palmami. Oni człapią w lewo, ja zarzucam plecak i udaję się w stronę, z której wieje morska bryza. Po drodze mijam jakąś kaplicę z Buddą. Dostaje ode mnie figę z makiem, bo liczę, że wkurzone duchy z lokalnego cmentarza z bajecznym widokiem na morze znajdą mnie rozwścieczone.

Kilka razy widziałem chińskich turystów człapiących w podobnych miejscach na bosaka z minami cierpiętników. Myślałem że to jakaś forma dbania o zdrowie, dopóki nie odkryłem szlaków wyznaczonych podeszwami. Bo w Chinach jak zgubisz się w drodze, to zawsze podążaj za podeszwami. Adidasy, nike, hajteki… Bo oni te podróby markowych butów kupują nagminnie zachwyceni, a potem gubią je na szlakach po tym jak podeszwy odpadają przy pierwszej wędrówce. Jak na butach się oszczędza, to potem do domu wraca się na boska.

Więc podążam szlakiem zagubionych podeszew. Dookoła od godziny pusto, jednego starego dziada spotykam po środku pustkowia; mówi, że zbiera plastikowe butelki wśród stert śmieci. Zamieniamy kilka zdań, ale nie zna dobrze mandaryńskiego. Poza tym zdaje się być zbyt miły, aby być duchem wcielonym. Kiedyś to tacy właśnie żebracy plątali się po domach prosząc o jałmużnę, obiecując ochronę przed demonami.

Kiedy docieram na swoją plażę zastanawiam się, czy znajdzie mnie w nocy aby spłatać mi psikusa. Na linie spuszczam się do zatoki zamkniętej z jednej strony urwiskiem, z drugiej jaskinią. Kiedy zachodzi słońce nie ma już odwrotu- zostaję sam na sam z chińskimi duchami. I podeszwami.

Cdn.

 

 

DaPeng (1) DaPeng (2) DaPeng (3) DaPeng (4) DaPeng (5) DaPeng (6)

Wygląda jak pestka

Sterculia Lychnophora

Więc napisano, że Chińczycy kopcą na potęgę, trują przyrodę i mają kijowe powietrze. Pomyśleć można, że to mało zdrowe miejsce do mieszkania. Błąd. Troska o zdrowie to narodowy sport Chińczyków, zmartwienie seniorów (i nie tylko), domena zarówno kobiet, jak też i młodych dziewcząt.

Pokutują różne tradycje i zwyczaje zakorzenione w codziennym życiu i mające źródła w Ying yang, wierzeniach, czy medycynie naturalnej. Nagminnie pije się gorącą wodę. Czasem nawet by popić piwo Chińczycy sięgają po szklankę gorącej wody.

Reżim regularnych posiłków i poobiednich drzemek jest nieugięty. Do tego Chińczycy lubują się w różnorakich zabiegach w stylu masaże ciała, stóp, akupresura, skrobanie pleców kubkiem w celu pobudzenia krążenia, stawianie baniek mające poprawić ogólne zdrowie, wcieranie jogurtu w twarz, spacerowanie i klaskanie, okładanie się pięściami etc.

Medycyna naturalna jest intrygująca, lecz skuteczna jak komuś cieknie z nosa, tyłka, albo swędzi go stopa. Przy poważnych współczesnych chorobach pozostaje bezsilna. Opiera się głównie o parzenie różnych herbatek pomagających złagodzić drobne dolegliwości.

Ciekawym przykładem jest leczenie bólu gardła. Jak to czasem bywa z medycyną naturalną, wszystko przypomina magiczny proces. Żadne pastylki z pudełka. Zamiast nich coś dziwnego, misternego. Więc kuruję gardło po kilku godzinach gadania w klimatyzowanym ‚pomieszczeniu- akwarium’.

Wygląda jak pestka… twarde jak pestka. To musi być pestka. Zalana wrzątkiem nadal przypomina pestkę. Przez piętnaście minut. Nagle zaczyna się rozwijać niczym kwiat. Już nie twarda, lecz mięciutka zajmuje większość szklanki i zabarwia wodę nadając jej ledwo wyczuwalnego aromatu.

Po wypiciu przez chwilę konsternacja. Ani mięty, ani nic- jak to ma mi gardło wyleczyć? Szybko jednak cały przełyk wraca magicznie do zdrowia, robi się twardszy, jakby pokryty bejcą. Woda z pestki działa!

Bo to nie pestka, a Pàng dà hǎi (胖大海), czyli Sterculia Lychnophora. Tania i zdrowa alternatywa dla wszelkich pastylek, czy hallsów. Odchodzi jednak do lamusa, bo powoli symbolem statusu i zatroskania o zdrowie staje się wycieczka do apteki za rogiem, a nie na odległy targ. Ale narodowa troska Chińczyków o zdrowie pozostaje. To jest coś co łączy nas wszędzie. Jak powiedział Dalajlama ludzie poświęcają zdrowie by zarobić pieniądze. Potem poświęcają pieniądze, by odzyskać zdrowie.

Zupełnie jak smerf pracuś pracujący nad maszyną zamieniającą orzechy w złoto, które potrzebuje jedynie aby kupić orzechy.