Do sezonu gotów start!

No i się zaczęło. Obecnie zazdroszczę wszystkim, którzy wracają co wieczór do domu do rodziny.  Ja wracam do hotelu prać skarpetki. Grube, wełniane, albo bawełniane, które po dwie pary noszę. Wisząc wysoko na wietrze ciągnie po nogach, po plecach, ziąb, metal nieprzyjemny w dotyku. Co za wiosna.

To nie są śmigła. Ani skrzydła. Wszelkie turbiny mają łopatki. Duże, jak te na których pracujemy mają łopaty. Nowoczesna łopata nie jest prosta, lecz wygięta. Prostuje się dopiero na wietrze. Wygięcie jest po to, aby przy mocnych podmuchach łopata nie uderzyła w wieżę i nie podcięła się sama. W związku z tym wygięciem przy końcu łopaty wisi się bardzo daleko od niej. Do pracy musi się więc do niej przywiązać.

Tak przywiązanym, w ekwilibrystycznych pozycjach, trzymając się nogą za krawędź natarcia wykonuje się różne inspekcje, albo naprawy.

Czasem naprawy dokonuje się wewnątrz łopaty. Szybko wtedy zaczyna się tęsknić za bryzą ciągnącą po kościach. Parę dni w ciemnej zakurzonej poliestrem jaskini i brakuje gimnastyki na linach.

IMG_2158.JPG

Na szczęście zawsze pozostają te chwile, kiedy człowiek wychodzi z jaskini i idzie się załatwić i popodziwiać widoki dostępne nielicznym.

IMG_2183

Na zdjęciu jedyna na świecie, prototypowa turbina firmy Envision.

 

Reklamy

U von Tiele-Wincklerów cz. 2

Obudziliśmy się z zaiste bajkowego i sytego snu. Na dzień dobry nie mogliśmy uwierzyć widokom na słońce wschodzące ponad parkiem i basenem z fontannami w stylu ogrodów włoskich. Poprzedniego wieczoru meldując się na recepcji otrzymaliśmy niespodziewanie plik voucherów i kuponów na różne atrakcje. Zanosił się więc bajkowy dzień.

Po czerwonym dywanie na śniadanie. Najpierw było miło. Potem zaczęła się nawała ludzi- pyz. Matka rodu spojrzała na naszego książulcia i utopiła migrenę w dłoni krzywiąc się: ależ ty jesteś głośny. Ugryzłem się w język. Oczywiście, że jest. To roczne dziecko, a nie truchło.

Zaczęli plądrować bufet. W końcu skoro zapłacili za nocleg to musieli się nawtranżalać na tydzień do przodu. Uciekliśmy na spacer. Potem postanowiliśmy skorzystać z darmowych atrakcji, które zaskoczyły nas po przyjeździe do pałacu. Do wyboru spa, siłownia, bilety do teatru i filharmonii (no ale w Opolu), pokój zabaw dla dzieci… voilà!

Poszliśmy szukać tego pokoju zabaw. Zamknięty. W recepcji powiedzieli, że ktoś tam na pewno jest z kluczem. Wróciliśmy się. Przypadkiem wypatrzyłem jakiś pęk kluczy w zamku jednych z licznych drzwi. Zapukałem, wszedłem. W izbie siedział jakiś skoncentrowany jegomość, ale nie wiedział nic o pokoju zabaw. Zdesperowany postanowiłem ukraść mu klucze.

Zamknąłem drzwi, delikatnie wysunąłem pęk z zamka i pognałem otworzyć pokój zabaw. Jegomość wyskoczył na korytarz w momencie jak wpychałem kolejne niepasujące klucze do zamka. To prywatne klucze– wykrzyczał przybliżając się niebezpiecznie. Ja dalej wpychałem chcąc zdążyć otworzyć pokój. Odburknąłem coś, ale kiedy się zbliżył i powtórzył, że to jego klucze oddałem mu je nachmurzony. Nie przeprosiłem. Hrabina zaczęła się chichotać.

Następnie podjęliśmy postanowienie, że weźmiemy udział w zwiedzaniu pałacu i będziemy się dobrze bawić i nic nie zepsuje nam tej rodzinnej aktywności. Zwiedzanie również okazało się być w cenie noclegu. Stawiliśmy się na punkt zbiórki. Okazało się, że oprócz nas pojawiła się też… rodzina ludzi-pyz ze śniadania. Ale pech. Do tego wciąż wyglądali na głodnych, więc kazałem hrabinie nie spuszczać książulcia z oczu. Jedna pyza miała nawet gopro. No ale jak się jest tak grubym, to chodzenie po schodach to sport ekstremalny godny uwiecznienia i montażu z inspirującym podkładem muzycznym.

Przyszedł przewodnik, popatrzył się na mnie i powiedział tajemniczo: O, a ha. Bo to był ten jegomość, któremu wcześniej usiłowałem ukraść klucze.

Zwiedzania i historii pałacu nie będę opisywał, bo zachęcam do odwiedzenia Mosznej osobiście. Dowiedziałem się, że zamek w Mosznej poprawnie jest pałacem, więc postanowiłem tak go nazywać. Brzmi bardziej nobilitująco. A ta mapa skarbów, którą wspominałem na początku pobytu była z okresu, kiedy w pałacu leczono nerwice. Ale nie chodzi o sanatorium, lecz bardziej szpital psychiatryczny.

Ktoś może zapytać, co trzeba zrobić żeby przenocować się w pałacu? Czy trzeba nazywać się Heinrich Leopold von Seherr-Thoss? Nie. To już nie ta epoka. Czy potrzeba znać Huberta von Tiele-Wincklera z Miechowic? Nie, ale Władysława II Jagiełłę dobrze mieć w kieszeni. No to czy należy wygrać w totka? Nie. Wystarczy trochę czasu, szperania w sieci i odrobina fantazji.

http://www.moszna-zamek.pl/

U von Tiele-Wincklerów cz. 1

IMG_22655

Aż samo się prosi, aby napisać, że była ciemna i burzowa noc. Prawda jednak jest taka, że noc była młoda, gwieździsta i spokojna. Bez dramatyzmu zaparkowaliśmy pod samym barokowym krużgankiem, gdzie znajdowało się wejście do pałacu. Zawsze proszę rodzinę żebyśmy się wtaczali do środka możliwie jakby obeznani z savoir vivre’em gości hotelowych. Bezskutecznie. Kiedy ja dopełniałem formalności, książulcio zaczął lizać zabytkowe szyby, a hrabina przepychała przez drzwi kolejne bambetle i reklamówki.

Na piętro zaprowadził nas czerwony dywan. Koło Sali Herbowej i biblioteki skręciliśmy gdzieś w stronę Gabinetu Hrabiego, albo Sali Bilardowej… szybko się pogubiłem. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że było tam mnóstwo pałacowych pomieszczeń i wież. Mapa ewakuacyjna pałacu wyglądała jak stara mapa skarbów. Tylko czemu było na niej zaznaczone tyle sal chorych? Cóż… jakoś się odnaleźliśmy w tym podwójnym transepcie i dotarliśmy do neorenesansowego skrzydła, gdzie mieliśmy nocować. W oczy rzucił mi się ogromny portal z ciemnego drewna. Na tabliczce widniało, że to nasza łazienka, więc musieliśmy być już blisko i naszego pokoju.

Przyzwyczaiłem się, że zdjęcia pokoi hotelowych dodają im splendoru w Internecie, a na miejscu okazuje się, że nie można na podłodze znaleźć miejsca na położenie i otwarcie walizki. Po raz pierwszy w historii hotelarstwa było dokładnie odwrotnie. Wbrew zapowiedziom nasz pałacowy pokój był tak ogromny, że pomieściłby nawet moją zdolność do przesadzania! Gdy zamknęły się za nami ciężkie drzwi i weszliśmy do komnaty, złapałem hrabinę za rękę i powiedziałem, żeby się nie oddalała za daleko. Przez moment zrobiło mi się żal kogoś, kto myje tam na wiosnę okna.

Bez względu na to jak późna była pora, nie było szans na sen dla nikogo z naszej trójki. Książulcio chciał grać w piłkę (miękką). Zabytkowy marmurowy kominek służył mu za bramkę. Hrabina za bardzo się wszystkiego bała. Ja natomiast chciałem spróbować palmowej oranżady, o której mówiła recepcjonistka.

Ruszyliśmy na poszukiwanie gotyckiego skrzydła pałacu. Nie często ma się okazję poszwendać po takich nocnych korytarzach oświetlonych tajemniczymi światłami, pełnymi zagadkowych drzwi i portali i do tego uatrakcyjnionych muzealnym zgrzytaniem klepek od parkietu przy każdym kroku.

W pałacowej restauracji okazało się, że chodziło nie o palmową oranżadę, ale o oranżerię, czyli palmiarnię i miała być otwarta dopiero rano. Po skosztowaniu innych zacnych trunków postanowiliśmy udać się na spoczynek by kontynuować zwiedzanie następnego dnia.

IMG_2238

Wczasy instant

IMG_2052

Sprawa jest kompromitująca, ale nie da się tego ukryć bez lęku, że kiedyś wypłynie to na światło by ugryźć moją reputację w tyłek. Lepiej przyznać się od razu. Tak, taki długoletni włóczykij jak ja, stary turlający kamień niczym z piosenki Dylana, wybrałem się na zorganizowane wczasy instant w zamkniętym zakładzie.

Musieliśmy szukać czegoś w strefie Shengen z powodu wizy żony oraz czegoś ciepłego, bo robaczek był chory. Gdy wstąpiłem do biura podróży to piekły mnie stopy i przez moment wydawało mi się, że syczą na mnie pamiątki wiszące na ścianach. Mimo to w kilka dni po wymyśleniu, że wybieramy się na wakacje, wylądowaliśmy (o zgrozo) na Wyspach Kanaryjskich. Na lotnisku mój plecak wstał i uderzył mnie w policzek.

Hotel był fajny, widok na ocean jeszcze fajniejszy. Jednak od momentu, kiedy założono mi na rękę kajdankę All inclusive, zacząłem planować ucieczkę. Pod pozorem spaceru z robaczkiem zacząłem liczyć kroki na ścieżkach wijących się pomiędzy kaktusami i agawami. W barze, gdzie pracowali lokalsi spróbowałem wykorzystać swój hiszpański, aby nawiązać kontakty. Nie zrozumiano mnie poprawnie, bo dostałem sok pomarańczowy.

Przypomniało mi się, że czytałem o ucieczkach z łagrów i ludziach- kanapkach zabieranych w drogę tylko po to, aby zostali później zużytkowani jako posiłek. Rozłożyłem się więc obok hotelowego basenu w poszukiwaniu ludzi-kanapek. Niestety znalazłem tylko samych ludzi-pyzy, ludzi-kluski, ludzi-baryłki i ludzi-skwarki, ale żadnych ludzi-kanapek.

Udając, że szukam fakultatywnych wycieczek organizowanych przez rezydentów za horrendalne sumy pozyskałem ulotki z mapkami wyspy. Musiałem założyć, że część z nich jest kłamliwa, jednak dały mi one przybliżony pogląd na to, w jakiej części wyspy się znajdowaliśmy.

Szybko nastał dzień ucieczki. Obudziłem się trzy godziny przed świtem, wskoczyłem w nierozłączny zestaw biegacza przemycony przezornie do zakładu, po czym wymknąłem się dyskretnie z hotelu pod samym nosem drzemiącej ochrony. Skręciłem na zachód i ruszyłem w stronę wybrzeża. Była pełnia, wietrzna noc, powietrze pachniało przygodą.

Wydostałem się z Puerto del Carmen na żużlową pustynię. Lanzarote to wyspa wulkaniczna przypominająca obcą planetę, czy piekło. Na dodatek wiał tak mocny wiatr, że kilkanaście kilometrów do podstawy wulkanu biegłem pochylony jak smooth criminal z teledysku Michaela Jacksona. Czasem grube ziarna piasku porwane podmuchami kłuły mnie jak igły. Raz mały żużel wbił mi się w oko. Na szczęście w to, które i tak gorzej widzi.

Aby osłonić się od wiatru zrezygnowałem ze ścieżki i zacząłem spindrać się na dziko wprost na koronę coraz bardziej stromego wulkanu. Do szczytu dociągnąłem na czworaka. Pół kilometra nad taflą oceanu wiało jeszcze gorzej i było zbyt zimno jak na moje gołe nogi i cienką bluzę. Ponieważ dobiegłem do celu za szybko musiałem zadać sobie pytanie co zrobiłby Bear Grylls? Oczywiście napiłby się ciepłego moczu. Postanowiłem więc poszukać innego wzoru. Ostatecznie zaległem poniżej szczytu pomiędzy wulkanicznymi jęzorami skulony i oczekujący.

Jak już pewnie pisałem wcześniej na blogu, każdy powinien przynajmniej raz w roku udać się w jakieś szczególne miejsce obejrzeć wschód słońca. Mając w pobliżu wulkan z widokiem na ocean nie mogłem się powstrzymać. Nie był to najbardziej spektakularny wschód słońca w moim życiu, ale była to świetna przygoda i na tyle mocne widoki, że tamtego poranka zaliczyłem biegiem jeszcze drugi wulkan i postanowiłem wrócić do hotelu na śniadanie w dobrym humorze i nie narzekać już, bo dla wielu osób w naszym otoczeniu to były wczasy życia. No i najważniejsze, że robaczek się wykurował i żona wypoczęła i dała mi w spokoju surfować od śniadań do obiadów.

Apartament marzeń

Dziennik pokładowy; status: czasu aż za dużo. W firmie nic dla mnie nie ma. Kolargol chory. Potrzebny okład z dziadka. Podejmujemy nagłą decyzję aby udać się w drogę z północy na południe kraju. Całą trójką, więc rodzinnie.

Późnym wieczorem, po kilku godzinach drogi znajduję w Internecie apartament w promocji z 500 zł na 90. Zacieramy łapy i bierzemy.

Na miejscu szukanie biura. Okazuje się, że to jest zwykły apartamentowiec, a że deweloperowi nie udało się jeszcze sprzedać wszystkich mieszkań, to używa ich jako pokoi hotelowych. W biurze jakaś strudzona dusza prosi o wskazówki jak znaleźć drogę do jej apartamentu. Ciamajda. Jaka nie światowa.

Płacę, podpisuję, dostaję klucz, kluczyk, pilota, hasła, miejsce parkingowe P-3/44 oraz apartament w trzynastej klatce. A numer telefonu na wypadek jakbyśmy się zgubili?- żartuję kiwając głową na wychodzącą zmęczoną życiem kobietę. W odpowiedzi słyszę, że nie trzeba, bo w podziemiu i tak nie ma zasięgu.

Siadamy w auto i ruszamy całą trójką w drogę. Zmęczeni. Kolargol kwiczy i skwierczy. Znajduję zjazd na P minus jeden. Co za moloch. Parking wielkości Lichtensteinu. Do tego nie dokończony i brakuje niektórych oznaczeń. Zanim odnajduję P minus dwa zaczynam martwić się, czy starczy nam paliwa na powrót. GPS nie działa. W P minus dwa nie idzie mi wcale lepiej i kiedy zjeżdżam na właściwy poziom, zbliża mi się termin wymiany rozrządu.

Odnajdujemy z trudem swoje miejsce parkingowe. Zajęte. Parkujemy gdzie indziej i szykujemy się przez pół godziny do wymarszu. A gdzie jest bucik, smoczek, moja kosmetyczka? W końcu objuczeni ruszamy w czeluści parkingu. Potem wracamy po to, czego zapomnieliśmy i znów wyruszamy. Znajdujemy klatkę szóstą, jedenastą, ale gdzie jest nasza? A jakiej to szukaliśmy, bo pogubiłem karteczki, hasła i ducha walki.

Ostatecznie stęsknieni za życiem na powierzchni uciekamy pierwszą lepszą windą na poziom zero. Źle. Niedokończona część budynku, wszystko pozamykane, winda ucieka…

Jakiś czas później docieramy do biura. Czuję się starszy, bardziej doświadczony, pełen pokory. Skruszony pytam czy jest jakaś mapa do tego mitycznego apartamentu z Internetu. Niefortunnie wspominam też, że zaparkowałem na nieswoim miejscu i zostaje mi przydzielone nowe i muszę jakoś wrócić do podziemi koniecznie przestawić. A już planowałem porzucić auto i kontynuować podróż pociągiem.

Odnajdujemy apartament zbyt zmęczeni żeby się nad nim zastanawiać. Tylko Kolargol biegnie do stolika, zgarnia pilota i zaczyna wciskać przyciski językiem. Reszta wieczoru mija bez wydarzeń.