This slideshow requires JavaScript.
Hong Kong nocą
This slideshow requires JavaScript.
Cały zorganizowany świat Hong Kongu wydał mi się bardzo futurystyczny, lecz ciekawy. Stacje ładowania I-padów I-fonów, I-wszystkiego, wszechobecny Internet, zorganizowany chaos, reklamy. Nocą wróciłem w rejon mojego obskurnego wieżowca, gdzie arabowie usiłowali wcisnąć przechodniom co się da. Na każdym kroku ktoś oferował mi haszysz. Postanowiłem iść przez chwilę za jakimś innym białym. Jemu oferowano usługi krawieckie i garnitury. Nie wiem co skłaniało ich do wciskania mi narkotyków, ale postanowiłem poszukać opium. Szybko znalazłem się w podziemiach wieżowców pośród straganów z podróbkami różnych produktów. Uzmysłowiło mi to że de facto nie mam pojęcia jak opium wygląda i skończę zrobiony w bambuko. Zanim sprawy zabrnęły za daleko, odnalazłem swój wieżowiec, gdzie wśród straganów zjadłem kolację. Byłem jedynym białym i jedynym człowiekiem ubranym w „normalne” ubranie. Trudno jednak było mi określić co stanowiło normę. Prawdopodobnie bardziej wmieszałbym się w tłum ubrany w strój góralski, niż w swoją „zwyczajną” koszulę i spodnie.
Mój budynek przypominał mroczne wizje przyszłości z lat osiemdziesiątych. Okna prowadziły do obskurnych szybów, na każdym kroku kamery i kraty oraz tandetne neony. Kilka razy drogę przemkną mi szczur. Jedno z tych miejsc gdzie boję się robić zdjęć, żeby nie przyciągać uwagi. Zameldowałem się na n-tym piętrze w hotelu którym zarządzał kulawy Marokańczyk. Kiedy płaciłem za pokój ktoś akurat wszczął awanturę o kaucję.
Zaprowadzono mnie do schowka na szczotki. Okazało się, że to mój pokój. Musiałem usiąść na łóżku, żeby zamknąć drzwi. Pokój miał wymiary metr siedemdziesiąt na metr siedemdziesiąt. Idealnie za krótki o pięć centymetrów żebym mógł się rozprostować. Mimo to zmieścił się tam jeszcze telewizor, sejf, trzy wentylatory. No i łazienka zajmująca ćwierć powierzchni. Było za to czysto. Odpadłem zmęczony atrakcjami całego dnia.
Ran obudziły mnie krzyki po angielsku o pomoc. Zerwałem się, zarzuciłem spodnie, po czym skamieniałem. Może to pułapka? Może to Jednooki Willy? Może to Fratellis? Nie chciałem być frajerem, więc położyłem się do łóżka. Po piętnastu minutach nie wytrzymałem jednak biadolenia o pomoc i wyszedłem na korytarz. Ktoś usiłował opuścić klitkę podobna do mojej, ale coś trzymało go w środku. Drzwi otwierały się bowiem do wewnątrz.
Pomóż mi proszę, dziękuję, pomóż mi. Spędziłem noc z tym chłopcem, a teraz on chce zapłaty, a to już jest prostytucja, zobacz co zrobił mi z koszulą, pomóż mi…
W pokoju faktycznie był mały chłopak i blokował gościa przed ucieczką. Pedofile i pederaści. Jak plaga w Azji, o czym pisałem już kiedyś z Mongolii. Poszedłem wezwać kulawego Marokańczyka, ale zmierzył mnie zaspanym spojrzeniem i wrócił na kanapę za ladą. Dopiero pół godziny później ktoś inny nie wytrzymał zamieszania i wezwał policję. Wyszedłem niby zrobić herbatę, aby obczaić co się dzieje, żeby napisać o tym na blogu. Pederasta rozpłakał się i powtarzał w kółko „zabierz mnie w bezpieczne miejsce, zabierz mnie w bezpieczne miejsce”, chłopak może trzynastoletni kłócił się z gliniarzami po kantońsku. Na koniec wszyscy odjechali obskurną windą.
Odjechałem i ja. Najpierw odebrałem swoją nowiutką wizę. Potem udałem się na przypadkową wyspę pokrytą palmami. Mam pracę, ubezpieczenie, pozwolenie. Okazja żeby to oblać. W Polsce jednak wszyscy w środku snu. W Hong Kongu wariaci i zboczeńcy. Czas wracać do Yangshuo.
Jak zarobić 5000 HK$ w trzy minuty
Na samym początku pobytu w Hong Kongu zorientowałem się, że wszyscy mają inaczej niż ja zasznurowane buty. I że faceci noszą torebki. Cale miasto wydało mi się fantastyczne i mocno egzotyczne. Musze przyznać, że spodobało mi się. Jako małomiasteczkowy chłopak lubię tylko kilka metropolii, a na szczycie tej krótkiej listy zawsze był Nowy Jork; Hong Kong jednak wydaje się teraz konkurować z „wielkim jabłkiem” za sprawą swojej egzotyki, roślinności, parków i wszechobecnego orientu. I wysp.
I śmiesznie przesadnej organizacji. Jak strzałki wymalowane na jezdni by pokazać w którą stronę się rozglądać, by nie wpaść pod auto. Bo obowiązuje lewostronny ruch pojazdów.
Ponownie, jak to było w Chinach, można tu kupić wszystko i zjeść cokolwiek się zapragnie. Rzeczy drogie, tanie, oryginalne i podrabiane. Mnie jednak zamiast zakupów interesował bulwar gwiazd z pomnikiem Bruce’a Lee.
Często rosną też palmy i drzewa jak z horrorów rozgrywających się w Nowym Orleanie. Zachwyca też uroda dziewczyn u których mocno mieszają się różne genotypy. Odcienie skóry do wyboru i koloru znaczy się. Również oczęta i fryzury. Co kto lubi.
Ponieważ kiedyś mieszkałem w muzułmańskim kraju i w takim środowisku dobrze się odnajduję, postanowiłem urządzić sobie małe wakacje od Chin. Udałem się do arabskiej części Hong Kongu, gdzie zatrzymałem się w obskurnym wieżowcu, którego piętra stanowiły labirynt hoteli i podejrzanych instytucji, a podziemia wypełniał bajkowy muzułmański świat przepełniony turbanami, tunikami, zapachami fantastycznego jedzenia i dźwiękami arabskiego, marokańskiego, farsi i innych niezrozumiałych szmerów.
Do odebrania wizy miałem jakieś dwadzieścia godzin. W sam raz by wplątać się w jakieś kłopoty, wyplątać z nich, upić i wytrzeźwieć.
Rozpocząłem od rzeczy prostej acz ekscytującej. Zakazy palenia w wielu miejscach grożą grzywnami rzędu kilku tysięcy dolarów za palenie. Kupiłem paczkę Cameli i z premedytacją zapaliłem papierosa w jednym z zakazanych miejsc publicznych. Od razu poczułem się bogatszy.
This slideshow requires JavaScript.
Znów w drodze
Zupełnie nie miałem ochoty nigdzie się wybierać. Kolejna tułaczka, miasto, tanie hotele, kasa w plecy i biurokracja. Mój poprzednik wysłany do Kong Kongu po wizę pracowniczą z powodu braku kilku podpisów na podaniach spędził trzy dni na szukaniu kogoś, kto podrobiłby mu Chińskie krzaczki jak należy. Mojemu sąsiadowi wyskoczył problem z zakupem biletów i opuścił Chiny o dzień za późno, przez co przedłużył się znacznie czas oczekiwania na wizę, a Hong Kong to nie tanie miasto.
Jednak w momencie kiedy wsiadłem do nocnego autobusu, opuściły mnie wątpliwości. Przypomniało mi się, że jestem w Chinach i nudził się nie będę. Kierowca kazał mi zdjąć buty. Przez małe drzwi wcisnąłem się do dalszej części autobusu, gdzie zamiast siedzeń były trzy rzędy dwupiętrowych łóżek w stylu kapitana Nemo. Chińczycy tłumaczą to z rozbrajającą logiką: nocny autobus- nocne wyposażenie. Ułożono mnie na samym końcu, gdzie wciśnięte było pięć łóżeczek. Dostałem pościel, kocyk i poduszkę. Miałem leżeć obok Chińczyka, ale w zamieszaniu jakoś się wszyscy poprzesuwali i wylądowała obok mnie śliczna Amerykanka z Teksasu. Pośmialiśmy się z sytuacji, pogapiliśmy się na film wyświetlany na dużym LCD, po czym poszliśmy spać. Pomyślałem, że to nie takie Chiny, jak się spodziewałem. Za wygodnie, za nowocześnie. Jednak w łóżku przede mną ktoś odpalił śmierdzącego papierosa i nakopcił wszystkim dookoła i poczułem się nieco bardziej jak w Azji.
W środku nocy mieliśmy postój podczas którego moja sąsiadka zniknęła na moment. Pojawiła się przebrana, uczesana i umalowana. Odebrałem to jako zaproszenie do flirtu i żartu, a że podrywać amerykanki umiem i się nie wstydzę, to tak też zrobiłem. Zareagowała jednak nieco dziwnie. Po chwili okazało się, że podrywałem nie ta dziewczynę, co trzeba, tylko siostrę bliźniaczkę mojej sąsiadki z łóżka. Obie były śliczne. Żałowałem że nie można jeszcze i tej drugiej wcisnąć do łóżeczka obok. Tak więc spędziłem noc z jedną teksaską dziewczyną i trzema chińczykami.
Rano wraz z setkami pracowników firm i biur i agencji i niewiadomo czego jeszcze przelazłem z buta przez granicę by znaleźć się w Hong Kongu. Finansowym i podatkowym raju, gdzie rejestruje się firmy i zakłada fikcyjne działalności gospodarcze. Fantastyczny transport publiczny daje połączenie ze wszystkimi wyspami i częściami państwa- miasta. Nowoczesne wagony suną raz pod ziemią, raz nad wodą- po mostach. Każdy tu siedzi zawieszony na innym gadżecie i połączony cały czas z Internetem, a pracownicy metra organizują w równe kolejki oczekujących na wagony. Jak w powieści fantastycznej.
Bez problemu znalazłem Chińskie biuro czegoś tam, gdzie miałem złożyć swoje pół kilo papierów- wniosek o wizę pracowniczą. Przy wejściu zobaczyłem ruska płaczącego do telefonu, bo odmówiono mu wizy. Mogłem mieć tylko nadzieję, że moja szkoła nie zawaliła biurokracji.
Kontrakt
Nastał utęskniony dzień w życiu każdego bezrobotnego. Wezwano mnie do biura. Wiedziałem, że może być tylko dobrze, albo nie dobrze. Okazało się dobrze. Dyrektor wyciągnął kontrakt do omówienia. Jest on poufny, ale nie omieszkam podzielić się punktem IX podpunktem 7 zgodnie z którym zobowiązany jestem „nie naruszać praw, dekretów i regulacji rządu Chińskiej Republiki Ludowej i nie naruszać wewnętrznych praw oraz szanować moralne standardy i zwyczaje”. W rozwinięciu zostało mi to wytłumaczone jako min. zakaz prowadzenia dyskusji na temat religii i Tybetu, zakaz krytyki rządu, zakaz randkowania z uczennicami i kilka jeszcze innych zakazów.
Walnąłem podpis i poleciałem do knajpy, gdzie spotykają się nasi nauczyciele. Na śmierć zapomniałem o popołudniowych zajęciach. Moi współlokatorzy szybko dołączyli do mnie spędziliśmy pół nocy grzmocąc z radością tequilę. Na koniec zostałem już tylko z samą barmanką popijając nalewkę z węża. Następnego dnia zjawiłem się w pracy (jeszcze jako wolontariusz) kompletnie zmięty i ledwo stojący na nogach. W ustach miałem posmak jakbym całą noc żuł portfel- wynik kaca po napitku z węża.
Wyglądało na to że mam pracę i jestem częścią ekipy, która wszystkim się już zajmie. Ponieważ kończyła mi się wiza, kolejnym krokiem było opuszczenie Chin i załatwienie za granicą wizy pracowniczej. Kolejny przystanek- Hong Kong.
Lista 10 rzeczy do zrobienia w Chinach:
2) Znaleźć pracę
Służba zdrowia
Zastanawiałem się, co zrobię jak skończy mi się wolontariat i wiza, szkoła podziękuje i zostanę z ręką w nocniku. Przyszedł jednak dzień, kiedy kadrowiec poprosił, żebym wybrał się do Guilin na badania lekarskie. Dla mnie oznaczało to, że chcą podpisać ze mną kontrakt i muszą upewnić się, że jestem zdrowy, bo obejmie mnie ubezpieczenie za które zapłacą.
Podczas podróży autobusem wolałem zasnąć, niż oglądać rzeźnię na drodze. Niewiedza to błogosławieństwo. W Guilin od razu złapał mnie taksiarz. Pokazałem mu kartkę z zapisanym adresem szpitala i ustaliliśmy całkiem dobrą cenę. Zabrał mnie do taksówki, którą okazał się motor. Przeraziłem się. Było zimno. Mżyło. Na zatłoczonych drogach brakowało tylko kostuch z kosami. Do tego jestem prawdziwym demonem motocykli. Podczas ostatniej jazdy udało mi się przejechać półtorej metra i pęknąć jakiś plastik od motoru. A potem dwa miesiące schodził mi paznokieć.
Jednak zgodziłem się na moto- taxi. Bo tak.
Jak dojechaliśmy do szpitala na te badania, to byłem niebieski z zimna, a na policzkach miałem rozsmarowany szpik. Wyglądałem jakbym potrzebował hospitalizacji, a nie zaświadczenia lekarskiego.
Chińskiej służby zdrowia nieco się obawiałem, ale czekało mnie zaskoczenie. Szpital widział lepsze czasy, ale był nadal bardzo schludny i czysty. Natychmiast zajęła się mną pielęgniarka. Poprowadziła mnie do pierwszego gabinetu, gdzie pobrano mi krew. Chwile później do następnego i kolejnego. Za każdym razem wyprzedzała mnie o krok przygotowując następne gabinety. USG, EKG, RTG, kilka innych skrótów, mocz, okulista i inne rzeczy. Wszystko zajęło dokładnie trzydzieści minut. Z uśmiechami i wymianą grzeczności włącznie.
Na dworzec wróciłem zwykłą taksówką, a nie na motorze.
Wyższość chińskich skarpetek nad amerykańskimi
W szkole pojawiło się kilka dobrych dla mnie znaków. Kadrowiec zajął się dokumentacją, zostałem zarejestrowany na komisariacie policji. Moje zajęcia były obserwowane i nagrywane na wideo. Wyglądało na to, że rozważają zatrudnienie mnie na stałe. Od sąsiada dowiedziałem się o zebraniu nauczycieli. Niezaproszony postanowiłem się na nie wybrać. Jak już tam byłem, to dyrektor college’u poprosił żebym się przedstawił innym. Nie omieszkałem zatytułować się „nowy nauczyciel” i choć dyrektor poprawił mnie nazywając wolontariuszem, nie omieszkał jeszcze dodać „prawdopodobnie przyszły nauczyciel”, co również odebrałem jako bardzo dobry znak. Czasem trzeba się trochę wprosić. Dodatkowo jako człowiek zdesperowany by znaleźć jak najszybciej zatrudnienie starałem się wyglądać też na osobę rozrywaną i z wieloma opcjami. Prawdą było, że zaczęły spływać pierwsze oferty z Internetu. Głównie jednak etaty w przedszkolach i w milionowych miastach, co nie bardzo mi się uśmiechało.
Poza tym nie przestawało siąpić i wszystko schło dniami, a kompletnie wysuszone zdawało się być tylko na własnej skórze. Zawsze byłem fanem amerykańskich skarpetek. Dobrej jakości bawełna z wallmartu to podstawa. Zrozpaczony musiałem kupić jakąś chińska tandetę, bo nie mogłem znaleźć nic dobrej jakości. I tu porządnie się zdziwiłem. Cienka i syntetyczna chińszczyzna schła dużo szybciej niż amerykańska bawełna. Ucieszyłem się, że nie przywiozłem zbyt dużo rzeczy, bo okazuje się, że jak zawsze najlepiej podpatrywać lokali i tak jak oni się ubierać.
Małpa na skypie
Opisywałem już wcześniej jak to Cathy, moja była żona, zaopiekowała się ulicznym kotkiem w Ułan Bator. A potem przypadkiem wylądowała w Peru zamiast w Stanach i musiała wracać do Mongolii po niego. Jak już wrócili do USA, zgarnęła jeszcze pieska do kolekcji, a jak zdecydowała się przeprowadzić do Wietnamu nie była w stanie się z nimi zabrać. Na pokład samolotu można wnieść w bagażu podręcznym tylko jedno zwierzę. Zadzwoniła więc do Josepha, naszego znajomego z UB, który akurat pracował jako kelner w Seattle i powiedziała, że zapłaci mu za bilet do Wietnamu, jak rzuci pracę i poleci z nią do Sajgonu. I tak Cathy, Czyngis i Sanczo (Pedro, czy jak też mu tam) zadomowili się w sumie niedaleko ode mnie, na południu Wietnamu. Joseph zadomowił się w Chinach.
A teraz zrobi się dziwnie. Jakby zwierząt było mało Cathy odkupiła od ulicznego handlarza malutką umierającą małpkę i teraz mieszkają wszyscy w czwórkę. Pies, kot, małpa i ona. Na załączonej fotografii widać jak małpa wygląda, jak rozmawia ze mną na skaypie. Mówiąc małpa mam na myśli to nowe zwierze, nie moją byłą żonę. Choć w sumie to też małpa.
Plan zakłada przekazanie małpki dla organizacji, która przeszkoli ją w zakresie BHP życia w dżungli i wypuści ją na wolność. Inna kwestia to czy małpie spodoba się natura, jak tu już ma skypa i stronę na facebooku…
WC, czyli 厕所
Trudno powiedzieć, żebym miał uroczą łazienkę. Jeśli przyznać jednak, że doskonałość tkwi w prostocie to Chińczycy w budowie ubikacji tą doskonałość posiedli. Z połączeniem klozetu z prysznicem spotkałem się już wcześniej, gdy mieszkałem na Bałkanach i szybko zrozumiałem, że ma to ogromne plusy. Wchodząc do łazienki nie musimy być zdecydowani za co się zabieramy i w jakiej kolejności. Chińczycy jednak poszli o krok dalej i zrezygnowali z tronu (lub raczej nigdy nie odkryli jego walorów).
Duża grupa ludzi traktuje jednak ubikację jak bibliotekę, gdzie spokojnie można oddać się lekturze. Po wprowadzeniu się do mojego pokoju przeraziła mnie wizja posiedzin bez gazety. Szybko jednak zauważyłem, że trzymanie w rękach ciężkiego obiektu pomaga utrzymać równowagę. Zaskakująco więc- im cięższa książka, tym wygodniej się kuca. Tak więc zostałem zachęcony przez moją ubikację do sięgnięcia po grube tomy. Do przyzwyczajenia się potrzeba około dwóch tygodni. Kolejnych dwóch do opanowania rozprostowywania kości po zbyt długim kucaniu. Po tym okresie, jak słyszałem wiele osób jest w stanie kolanami zatykać uszy i ma problemy z powrotem do „zachodnich ubikacji”, które szybko wydają się nienaturalne dla jelit.

Postanowiłem spisać plusy i minusy chińskiej ubikacji.
Plusy:
Koszt wykończenia całej łazienki niższy od kosztu samej umywalki z Ikei.
Łatwość w utrzymaniu czystości.
Pomocna w walce z hemoroidami (jak donoszą naukowcy).
Można się naraz wypróżnić i wyprysznicować.
Jest zabawa w celowanie.
Nie ma wojny o podniesioną/ opuszczoną deskę klozetową.
Nie ma deski klozetowej.
Nie ma problemu z obsikaną deską klozetową.
Minusy:
Jest problem z obsikaną podłogą.
Można sobie obsikać przypadkiem stopy albo nogawki. Albo nasikać do tylnej kieszeni.
Jak się wypróżnia po pijaku, to rano można znaleźć niespodziankę obok dziury.
Jest dylemat gdy się coś upuści (sąsiadowi wypadł raz z kieszeni telefon. Musiał włożyć rękę do samego końca i to w ubikacji publicznej).
Podczas mycia głowy łatwo wdepnąć nogą do kibelka.
Można sobie skręcić kostkę.
Łatwo pożegnać się z mydełkiem .
Jak się ma raczkujące dzieci to… generalnie trzeba uważać.
Wymiotować trzeba na kolanach.
Zamiast kąpieli z bąbelkami jest prysznic z bobkami.
Zoologiczny
Po drugiej stronie ulicy zauważyłem sklep zoologiczny. Na szyldzie były pieski, kotki, króliczki i inne szczęśliwce, którym miało być darowane życie, co jest przywilejem w kraju, gdzie wszystko zostaje zjedzone. Poszedłem się przywitać z sąsiadami. Pieska nazwałem dla żartu Dinner.
Do tego okazało się, że nad ranem ziewają tu makabrycznie koguty. I to nie tylko ze sklepu z naprzeciwka, ale i w innych miejscach, bo dużo ludzi trzyma w klatkach różne ptaki. Czasem jadalne, a czasem śpiewalne. Mieszkania dla uczniów z naszej szkoły są znów koło stawu, gdzie wydzierają się po chińsku żaby. Tak więc jest bardzo pro- zwierzęco i bardzo głośno.
Jednego wieczoru z łóżka wyrwało mnie zamieszanie w zoologicznym. Pomyślałem, że Dinner dorwał się do kur. Potem słyszałem go przez chwilę, jak walczy i pomyślałem, że został zaatakowany. Zanim się zebrałem i doszedłem do okna Dinner został już zawleczony do środka budynku. Tak też i ja i kury w klatkach zrozumieliśmy, że to nie sklep zoologiczny, tylko restauracja.
Prawdą okazało się, że pies dostaje manto przed poderznięciem gardła, by adrenalina dodała smaku mięsu. Nie chcę bronić Chińczyków w tej kwestii, ale nie powiedziałbym, żeby Dinner był torturowany, jak często mówią obrońcy praw zwierząt. Zginął w krótkiej i bardzo nierównej walce. Wcześniej był dobrze traktowany i odżywiony. Nie zmienia to jednak faktu, że dostał drągiem przez łeb i wylądował w garnku. Zdziwiłem się również, że przez sklep zaczęły przewijać się różne gatunki psów (dawniej wierzyłem, że zjadana jest jedna konkretna rasa hodowana specjalnie na ubój). Bardzo często zaczęły pojawiać się husky i owczarki niemieckie. Podobno Rejon Autonomiczny Guangxi, gdzie mieszkam był kiedyś jednym z najbiedniejszych rejonów w Chinach Południowych, więc jestem w stanie zrozumieć dlaczego wszystko co jadalne- lądowało na talerzach.
Nauczony doświadczeniem przestałem nazywać nowe czworonogi wiedząc, że w przeciągu góra tygodnia wylądują na talerzu.







