U von Tiele-Wincklerów cz. 2

Obudziliśmy się z zaiste bajkowego i sytego snu. Na dzień dobry nie mogliśmy uwierzyć widokom na słońce wschodzące ponad parkiem i basenem z fontannami w stylu ogrodów włoskich. Poprzedniego wieczoru meldując się na recepcji otrzymaliśmy niespodziewanie plik voucherów i kuponów na różne atrakcje. Zanosił się więc bajkowy dzień.

Po czerwonym dywanie na śniadanie. Najpierw było miło. Potem zaczęła się nawała ludzi- pyz. Matka rodu spojrzała na naszego książulcia i utopiła migrenę w dłoni krzywiąc się: ależ ty jesteś głośny. Ugryzłem się w język. Oczywiście, że jest. To roczne dziecko, a nie truchło.

Zaczęli plądrować bufet. W końcu skoro zapłacili za nocleg to musieli się nawtranżalać na tydzień do przodu. Uciekliśmy na spacer. Potem postanowiliśmy skorzystać z darmowych atrakcji, które zaskoczyły nas po przyjeździe do pałacu. Do wyboru spa, siłownia, bilety do teatru i filharmonii (no ale w Opolu), pokój zabaw dla dzieci… voilà!

Poszliśmy szukać tego pokoju zabaw. Zamknięty. W recepcji powiedzieli, że ktoś tam na pewno jest z kluczem. Wróciliśmy się. Przypadkiem wypatrzyłem jakiś pęk kluczy w zamku jednych z licznych drzwi. Zapukałem, wszedłem. W izbie siedział jakiś skoncentrowany jegomość, ale nie wiedział nic o pokoju zabaw. Zdesperowany postanowiłem ukraść mu klucze.

Zamknąłem drzwi, delikatnie wysunąłem pęk z zamka i pognałem otworzyć pokój zabaw. Jegomość wyskoczył na korytarz w momencie jak wpychałem kolejne niepasujące klucze do zamka. To prywatne klucze– wykrzyczał przybliżając się niebezpiecznie. Ja dalej wpychałem chcąc zdążyć otworzyć pokój. Odburknąłem coś, ale kiedy się zbliżył i powtórzył, że to jego klucze oddałem mu je nachmurzony. Nie przeprosiłem. Hrabina zaczęła się chichotać.

Następnie podjęliśmy postanowienie, że weźmiemy udział w zwiedzaniu pałacu i będziemy się dobrze bawić i nic nie zepsuje nam tej rodzinnej aktywności. Zwiedzanie również okazało się być w cenie noclegu. Stawiliśmy się na punkt zbiórki. Okazało się, że oprócz nas pojawiła się też… rodzina ludzi-pyz ze śniadania. Ale pech. Do tego wciąż wyglądali na głodnych, więc kazałem hrabinie nie spuszczać książulcia z oczu. Jedna pyza miała nawet gopro. No ale jak się jest tak grubym, to chodzenie po schodach to sport ekstremalny godny uwiecznienia i montażu z inspirującym podkładem muzycznym.

Przyszedł przewodnik, popatrzył się na mnie i powiedział tajemniczo: O, a ha. Bo to był ten jegomość, któremu wcześniej usiłowałem ukraść klucze.

Zwiedzania i historii pałacu nie będę opisywał, bo zachęcam do odwiedzenia Mosznej osobiście. Dowiedziałem się, że zamek w Mosznej poprawnie jest pałacem, więc postanowiłem tak go nazywać. Brzmi bardziej nobilitująco. A ta mapa skarbów, którą wspominałem na początku pobytu była z okresu, kiedy w pałacu leczono nerwice. Ale nie chodzi o sanatorium, lecz bardziej szpital psychiatryczny.

Ktoś może zapytać, co trzeba zrobić żeby przenocować się w pałacu? Czy trzeba nazywać się Heinrich Leopold von Seherr-Thoss? Nie. To już nie ta epoka. Czy potrzeba znać Huberta von Tiele-Wincklera z Miechowic? Nie, ale Władysława II Jagiełłę dobrze mieć w kieszeni. No to czy należy wygrać w totka? Nie. Wystarczy trochę czasu, szperania w sieci i odrobina fantazji.

http://www.moszna-zamek.pl/

Reklamy

2 uwagi do wpisu “U von Tiele-Wincklerów cz. 2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s