Złapać życie za jaja

IMG_0250Złapać życie za jaja (grab life by the balls)- to takie amerykańskie powiedzenie. Oznacza przejąć kontrolę w życiu i odnieść sukces. Jak ostatnio pochwaliłem się znajomym, że w weekend włóczyłem się po plażach i paliłem ognisko, to powiedzieli mi, że zwariowałem. Postanowiłem przekonać się jak to jest spędzić jeden dzień jak oni. Złapać życie za jaja w amerykańskim stylu.

Ponieważ powoli już nie tylko w lesie sobie daję radę, ale i w mieście. Mam za sobą kilka wyczerpujących wypraw w poszukiwaniu ubikacji w ogromnym centrum handlowym, kilka razy targowałem się na jarmarku do upadłego i już wiem, że upadłem za wcześnie i mnie zrobili i tak w balona. Zgubiłem się też w Hongkongu wystarczająco wiele razy, by nauczyć się, że jak się nie pamięta skąd się przyszło, to znaczy że nie ma tam po co wracać.

Nie powiedziałbym, że zawarłem pokój z metropoliami, ale mieszkam w szkle i betonie wystarczająco długo, by przyzwyczaić się do tego szumu blaszanego węża wijącego się w interwałach sygnalizatorów i ziejącego toksycznymi spalinami. Przywykłem do eleganckich mieszczuchów zagonionych za sukcesem, do tych moich uczniów bogatych jak się nie śniło nam kiedy smażyliśmy kiełbasy przy ognisku. Do postępu, co obraca morze w ląd, ląd w szkło, rolników w informatyków, ideały w etaty, a wszystko to dokonuje się na naszych oczach w przeciągu kilku księżycowych lat.

Większość wolnych chwil spędzałem do tej pory szukając ostatnich zakątków w tym rejonie, gdzie mógłbym posłuchać czegoś innego od świstu miasta. Tym razem jednak, w miniony weekend, zachciałem poczuć się na moment jak miejskie wymiociny, jak snob który przemyka w betonowej dżungli z klasą, kasą i łapie życie za jaja.

Do pierwszej lokalizacji dojechałem metrem. Bo życie w mieście jest drogie i nie chciałem wydać więcej niż tysiąc dolarów hongkońskich, czyli jakieś czterysta złotych. Dopiero ze stacji metra podjechałem taksówką pod adres zapisany na kartce. Egzotyczna restauracja w egzotycznym miejscu; serwująca dania z robaków. Okazało się, że adres nie istnieje. Zacząłem pytać kolejno w klaustrofobicznych knajpkach wypełnionych emerytami i wonią pary unoszącej się nad garami.

Dzień dobry, ja jestem z internetu. Chciałem zjeść robaki i napisać o tym na blogu i dostać za to dwa lajki. Nikt jednak nie mówił po angielsku, kilka razy pomógł mi nieco mandaryński, ale tak naprawdę z dziadkami trzeba było po kantońsku, którego nie znam.

W pewnym momencie właścicielka jednego z lokali oderwała od miski dziadka w sportowych ciuchach, a ten zaczął mi dawać jakieś wskazówki. Musiał wcześniej jeść kurczaka, bo poczułem jak kawałek ląduje mi na policzku. Potem na czole. Wystarczyło mi tego.

Poddałem się, wpakowałem w metro i pojechałem na Hong Kong Island. Sztandarowa wycieczka na Victoria Peak. Znam wszystkie ważniejsze góry w tym rejonie i zanosiło się, że ta będzie pierwszą, na którą nie wbiegnę spocony, obsmarkany i pogryziony przez insekty. Bo na ten pięćsetmetrowy szczyt można wjechać zabytkowym tramwajem.

W kolejce do kasy znalazłem się w międzynarodowym tłumie. Zastanawiałem się akurat nad mongolskimi szamanami. Nad tym jak w miejscach jaskiń stawiają falliczne symbole dla wyrównania energii męskiej i żeńskiej. Zastanawiałem się, co powiedzieliby na temat energii w tym gąszczu wieżowców, symboli samców alfa, centrów handlu i biznesu wznoszących się ku niebu. Nagle usłyszałem w tłumie znajome charkanie. Zobaczyłem trzy twarze rozrabiaków. Mongołowie! Sain baina uu?! Ju baina?! Chciałem się do nich dostać, ale rozdzielił nas tłum i nie udało mi się ich już potem znaleźć.

Na szczycie Victoria Peak znalazłem restaurację Bubba Gump Shrimp Company. Jest to sieć inspirowana filmem Forrest Gump i kilka lat temu mógłbym stołować się cały tydzień w wiejskich restauracjach prowincji Guangxi za to co kosztowały w tej restauracji Pijane Krewetki Pułkownika Dana i szklanka piwa. Jednak mając u stóp widok na szklane wieżowce Hongkongu oraz chmurę miejskiego zanieczyszczenia nadciągającą z Kantonu nie mogłem nie poczuć się jak stara para białych skarpetek założona do nowych sandałów.

Przypomniał mi się cytat z filmu: – Czy odnalazłeś już Jezusa, Gump? – Nie wiedziałem, że miałem go szukać. I zacząłem pytać siebie czy już złapałem życie za jaja. Wciąż nic.

Zjadłem potem na deser lody w francuskiej restauracji i walnąłem kawę przed powrotem na dół. Tam poplątałem się pośród młodych, białych, ambitnych, mających świat u stóp, zdecydowanie łapiących życie za jaja w okularach Ray Bana i z pastelowymi sweterkami zarzuconymi na plecki. Poszedłem do jednej z drogich kawiarni gdzie elity bankowości zakładają nogę na nogę błyskając lakierkami. Wszedłem do ubikacji. Obok mnie pojawił się elegancki facet. Rozpiął rozporek, wyjął telefon i zaczął załatwiać się przeglądając coś na ekranie. Schował telefon, zapiął rozporek i wyszedł bez mycia rąk. Rozbawiła mnie ta scena.

Po Hong Kong Island udałem się do Tsim Sha Tsui poplątać się pośród świateł i wystaw. Uliczni sprzedawcy zaczepiali mnie usiłując sprzedać mi coś, tak jak kilka lat wcześniej, kiedy zjawiłem się w Hongkongu po raz pierwszy. Miałem wtedy ledwo ledwo kasy w kieszeni i trzymałem kciuki że dostanę roczną wizę do Chin, a każdy ze sprzedawców szeptał do mnie wtedy: Hello, haszysz, marihuana? Nie jestem pewien co się zmieniło, ale tym razem sprzedawcy wołali do mnie: Sir, rolex, garnitur? Chyba się starzeję… Czy złapałem życie za jaja? Nie wiedziałem że miałem łapać.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Złapać życie za jaja

  1. jej, przerażające… nie łap Pan życia za jaja jak inni w lakierkach, chyba nie warto. Myślę, że masz życie w garści mając tyle luzu i chęci żeby iść rozpalić ognisko na plaży aniżeli spędzić dzień w centrum handlowym.

  2. To co kupiles rolex czy garnitur? Bylismy jesienia w NYC i pojechalismy do China Town i wiesz co, tez nas zaczepiali i mowili: rolex, watches, no ale nie pomyslalam ze dlatego ze staro wygladamy lol.

  3. Wczoraj byłem na parkingu pod Aschuan i też poczułem jakbym chwytał życie za jaja, bo pan z papierosem pytał się czy nie chcę kupić perfumów, a potem czy nie popilnować samochodu. Następnie lunch w Sphinxsie z widokiem na kasy sklepowe, a na koniec dnia impreza walentynkowa w sali z przejsciem na stację benzynowa. Wbrew pozorom w Twoja miejska dżungla może być bardziej poukładana od naszej Polskiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s