Wypad który pozamiatał

Wysiadam na stacji Tai Wai w Hong Kongu. Kilometr prostą drogą okazuje się jak to w Hong Kongu bywa makaronem schodów i przejść. Trójwymiarowy labirynt wypełniony zabieganymi azjatami przyklejonymi do ekraników.

IMG_9655Kieruję się w stronę zieleni wzgórz bawiących się ze mną w chowanego pomiędzy betonowymi drapaczami chmur. W końcu odnajduję Lion Rock Country Park i zaczynam wspinaczkę w górę, ponad najwyższe piętra ludzkiego mrowiska. Potrzebuję odpocząć na łonie matki natury. Zrelaksować się.

Jest tak gorąco i duszno. Szybko nie zostaje na mnie sucha nitka. A dziś jeszcze robi się te koszulki z nitek, czy już drukuje z plastiku? Dookoła bujna roślinność i pnącza. Liany niemal jak z Tarzana. Głowa chodzi mi dookoła z wrażenia. Niesamowite magnolie jak parasole, orchidee, marantowate, ananasowate, obrazkowate i wiele innych dziwactw przyrody, które  jeszcze do niedawna były mi tak obce.

Kiedy staję na węża, strzela jak z bata zamachując się rozczapioną gębą. On rzuca się w jedną, ja w drugą. Nie trafił mnie. Nie znoszę węży, choć już się do ich widoku zdążyłem przyzwyczaić. Zawsze uciekają, a tu pierwszy raz taki chojrak. Rudzielec. Prawie zawału dostałem. Na dodatek nie może się wspiąć z wąskiej ścieżki pod górkę, więc ja muszę obłazić go poprzez chaszcze stromego zbocza mając nadzieję, że nie zepchnął mnie w jakąś wężową pułapkę i nie nadzieję się na jego starszego brata.

Radość z wypadu mija i od teraz wyglądam już tylko węży. Na dodatek w lesie jest pusto od ludzi, bo to nie weekend, co najpierw mnie cieszy, a potem zaczyna martwić. Moją uwagę przyciągają szybko dziwne odchody. Nigdy takich nie widziałem, a włócząc się samotnie po różnych lasach nauczyłem się zwracać uwagę na odchody i tropy.

IMG_9658Coś większego niż kot. Nie pies. Jakby dziecko, ale roślinożerne. Trzask z jednej, ciche kroki z drugiej. Zaczynam słyszeć coś podejrzanego dookoła. Obracam się, mrugam oczami. Dostrzegam ją nieco za mną. Serce przeskakuje ze dwa uderzenia. Mrugam oczami i nagle jakby ktoś wyłączył im kamuflaż- zaczynam dostrzegać je dookoła. Powolutku otaczają mnie krocząc tak cichutko.

Zbliżają się niby znudzone, spoglądają na mnie tymi spojrzeniami z których można tyle wyczytać. No i człowiek nigdy nie wie, że będzie się czegoś bał, dopóki tego nie napotka. A ja nigdy nie spodziewałem się, że będę się bał małpy. Czy raczej stada małp.

Wszystko przez to, że nie są to małpy w stylu tych co palą cygara, noszą spodenki na szelkach i jeżdżą na monocyklach. Te są gołe, paskudnie pomarszczone, mają ruchliwe palce, a jedna z nich celuje we mnie sutkami. Obracam się dookoła i staje się pewne: wpadłem w zasadzkę. Otoczyły mnie, zabiorą mi paszport, batoniki i nokię z latarką. Wpadłem.

Nie czekając odnajduję lukę w ich zacieśniającym się pierścieniu i dodając sobie otuchy szepczę: „Teraz albo nigdy”. Rzucam się do panicznej ucieczki przez las. Małpy reagują nad wyraz spokojnie, choć ich oczy wymieniają milion spojrzeń. Po chwili, gdy wydaje mi się, że zerwałem kontakt, okazuje się, że inne obserwują mnie z drzew. Zaczynają nawoływać pozostałe odgłosami od jakich jeżą mi się włosy i spada mi czapka. Znów zaczynają mnie otaczać.

Widząc, że nie mam innego wyjścia postanawiam walczyć. Drżącymi rękami wyciągam z plecaka aparat. „Jak mnie napadniecie, opublikuję wasze portrety na blogu!”. Siadają dookoła, zaczynają dłubać w pępkach, przebierać zwinnymi paluchami, jedna znów celuje we mnie sutkami. Żebrzą spojrzeniami. Wtedy do mnie dociera, że to ja jestem tu bardziej niecywilizowany. Zachowuję się tak, jak ci ludzie, dla których kiedyś byłem pierwszym napotkanym białym człowiekiem. Te małpy zdają się mówić: „Spoko, stary. My tylko chcemy karmelka.

Robię zdjęcie i rzucam się biegiem i nie zwalniam dopóki nie giną odgłosy małpich wrzasków. Bo człowiek nigdy nie wie, że będzie się czegoś bał, dopóki tego nie napotka sam w głuchym lesie.

Kontynuuję licząc, że fauny mi już życie oszczędzi. W południe docieram do celu.

IMG_9645W Lion Rock Country Park są dwie słynne skały. Jedna to Amah Rock przypominająca sylwetkę matki z dzieckiem na plecach jak z tobołkiem. Matka ta wygląda swojego męża, który wpłyną w morze tak dawno temu, że ona zdążyła zamienić się w skamielinę od tego czekania. Oczywiście każdy wiedział, ale nikt jej nie powiedział, że mąż nie żyje.

Druga skała to symbol Hong Kongu i jego transformacji z dzikiej zarośniętej wyspy w światowe centrum handlu- Lwia Góra. Oglądana pod pewnym kątem przypomina lwa, a co ważniejsze jest jedną z ciekawszych miejscówek wspinaczkowych w rejonie.

Wycięczony i zmasakrowany dojściem i pogodą zaczynam wspinaczkę. Wciąż mając w pamięci niedawny wypadek, wciąż sztywno i asekurancko, jednak w górę. Na szczyt nie włażę, ale dzień okazuje się i tak udanym pod względem wspinania. Idealny rekonesans pod poważniejszą akcję mam nadzieję jeszcze tego lata.

Do metra wracam kompletnie zniszczony, odwodniony, zjarany słońcem, z rozsmarowaną krwią wymieszaną z magnezją. Bo jak się ode mnie w metrze Chińczycy odsuwają, to wiem, że miałem wypad, który pozamiatał.

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Wypad który pozamiatał

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s