Sztuka wstawania

nogi

Wiedziony ciekawością byłem już raz pod obserwatorium astronomicznym usadowionym na górze. Wspinanie zajęło pół godziny i zostaliśmy wraz z dziewczyną zawróceni przez ochronę. To całkiem spore wzgórze i jak to kochają Chińczycy- ma te swoje niekończące się, wijące jak smok schody.

Tym razem mozolnie wspinałem się podskakując na palcach prawej nogi i wieszając się na poręczach. Góry to taka idealna alegoria życia. Nie myśl za mocno o tym co w dole, nie przerażaj się swoim celem. Może samotnie, może z pomocą. Patrz pod nogi i krok po kroku, cierpliwie zmierzaj w górę. Odpocznij jak musisz, czołgaj się jak nie masz wyjścia, ale nigdy nie rezygnuj z obranego celu. Nie skręcaj na boki, bo tak nie wchodzi się na góry.

Jakiś Chińczyk zaskoczył mnie kiedy odpoczywałem. Schodził ze szczytu tym krętym kamiennym szlakiem. Powiedział niepewnie hullo i odszedł, a mi prośba o pomoc utkwiła w gardle. Znam tyle języków, a prosić o pomoc nie umiem w żadnym. I nie piszę tego, żeby sobie dodawać, bo osobiście wydaje mi się to idiotyczne.

Zacząłem zbierać się sapiąc i stękając. Plecak na garb. Lewa ręka przyciśnięta do brzucha. Najpierw twarzą w ziemię, a potem na kolana. Prawa za poręcz i z jękiem na jedną nogę. Wtedy zobaczyłem, że stała za mną przestraszona dziewczyna. Spojrzałem jej w oczy, a ona spuściła wzrok i przemknęła obok jakbym śmierdział.

Wspiąłem się do połowy, zajęło mi to godzinę. Byłem coraz bardziej wycieńczony i tak tragicznie chciało mi się pić. I wtedy wrócili po mnie. Ten Chińczyk i jego dziewczyna. Rozmawialiśmy przez chwilę i kiedy zaproponował, że zabierze mnie do samochodu poczułem skrzydła. Zarzuciłem mu rękę na szyję plamiąc krwią jego sweterek i zacząłem drobić i podskakiwać po tych schodach tak szybko, że nawet on się zasapał. Mój zbawca w funkiel nówce volkswagenie. W dodatku rówieśnik.

Chciałem zachować się jakoś normalnie, żartować, ale nie mogłem. W dodatku zaczął grać tą fatalną pseudo romantyczno- wzruszającą pop żenadę, a ja aż poczułem jak mnie mdli. Żałosny powrót inwalidy. Przypomniał mi się poranny artykuł o fantastycznym życiu Polaków w tropikach. Może i jest jeżeli sunie się na fali sukcesu i korpo, ale wolność i romantyzm jak kolorowe flamastry lubią zmieszać się w jeden paskudny kolor. A jak żółty wjedzie na czarny to i słonko będzie odtąd szare. Odległe kraje smakują inaczej, gdy żyje się tam bez ubezpieczenia i numeru 112 pod szybkim wybieraniem.

Tak jak wtedy, gdy w Kosowie miałem fatalną infekcję palca i musiałem mieć usunięty paznokieć. Zostało to wykonane po znajomości w kostnicy, bo tylko taka była możliwość. A dla wyjaśnienia dodam, że w kostnicach za znieczulenie robi rakija i papierosy.

Niedawno w Shenzhen trzydziestopięcioletnia menadżerka IBM, Liang Ya opadła na schody metra. Na nagraniu widać było jak mijają ją tłumy podczas gdy ona unosi jeszcze głowę. Zawieszeni na ajfonach, uszami podpięci chuj wie gdzie. Tłumy, a ani jedna osoba nie pomogła. Pracownicy metra rzucili okiem, wezwali karetkę. Niemal godzinę później sanitariusze stwierdzili zgon. Miała cukrzycę, nie zjadła tamtego dnia śniadania. Sorry, że tym razem nie piszę na wesoło…

Akurat gdy robiło się ciemno, ja wpakowałem się w autobus wracający w sam środek tej wilczej metropolii. Już na starcie fuknęła na mnie bileterka i zajęła się graniem na telefonie. Nic dziwnego, bo dla kalek Azja ma zarezerwowane specjalne miejsce- rynsztok.

Rozwiązałem taśmy z lewej nogi w samą porę, bo coraz mocniej puchła. Zadzwoniłem do szefa, że nie będzie mnie przez jakiś czas oraz do dziewczyny, że już wracam. Po półtorej godzinie ocknęła się bileterka, że przegapiłem swój przystanek, choć wcześniej nie powiedziała mi dokąd w Shenzhen jedziemy. Mój błąd, straciłem się na moment, bo tu nie można być miłym, prosić, mówić słabym głosem. Tu na każdego trzeba szczekać, rzucać pieniędzmi w obsługę, kroczyć z podniesioną głową. Taka kultura, w której ciągle trzeba walczyć o dominację. A tak zostałem wyrzucony z autobusu niewiadomo gdzie. Trzymając się słupa i machając ręką posklejaną lepcem łapałem taxi. Poczułem się jak ta Chinka z metra, Liang Ya. Nikt z tłumu dookoła nie patrzył, a jednak czułem tyle spojrzeń. Kiedy wreszcie zatrzymała się taksówka, szybsza ode mnie okazała się elegancka dziewczyna z ajfonem w ręce. Złapałem jednak następną taryfę, a pół godziny później dojechałem pod mieszkanie. Tam rozpoznała mnie ochrona z mojego budynku i doniosła do windy.

Następnego dnia czułem się fatalnie. Opadła adrenalina, podniósł się ból ciała jakiego dawno nie miałem. Byłem absolutnie obolały i odwodniony do stopnia, że wyglądało jakbym wysikał pół szklanki krwi. Nawet mięśnie twarzy bolały mnie od zaciskania zębów dzień wcześniej.

Ale nie chcę tu narzekać. Lewa ręka już zaczyna się zaciskać, prawa noga się ruszać, a lewa już wkrótce przestanie myśleć, że jest arbuzem. No i oto jest morał, oto jest to, co chciałem napisać i po co się wybebeszałem przed wszystkimi to czytającymi. Bo celowo pisałem nie na temat swoich sukcesów i osiągnięć w sztuce autofotografii, serialologii, czy podróżach za pieniądze matek, mężów i kochanek. Tylko o upadaniu i wstawaniu.

Bo upaść można na wiele sposobów i wiele razy pod rząd, ale podnosi się zawsze tak samo. Najpierw twarzą w ziemię, a potem na kolana i dalej do przodu.

 

7 uwag do wpisu “Sztuka wstawania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s