Chiński Nowy Rok i poszukiwanie jedzenia

IMG_8818

 

Łazienka była. Obok kurnika, którego mieszkańcy przechadzają się po całym parterze załatwiając się spontanicznie na lewo i prawo. Woda ciepła w kranie też była, ale niechcący zużyłem całą myjąc zęby i prysznic musiałem brać już zimny. Szkoda, bo liczyłem, że choć tam rozgrzeję kości.

Głodny i zmarznięty udałem się na wycieczkę do centrum wioski, gdzie znów był szał i gwałt kupowania mięsa i warzyw. Nie ciuchów, ani zabawek, czy luksusowych dóbr, tylko jedzenia. No i fajerwerków. Odpocząłem od zgiełku na szczycie góry, gdzie znajduje się bajkowy kompleks klasztorny Loumen oraz złoty posąg bogini z tysiącem rąk. Gratka nie odkryta przez zachodnich turystów.

I tak zleciały dwa dni i dwie noce. Zimne, czarne i mgliste, podczas których budziło mnie na zmianę to burczenie, to ból brzucha. Spoglądając na plecak pod ścianą wkurzałem się czemuż nie zrobiłem sobie wyprawki z czekolady, chipsów i ciastek, by zapewnić sobie ciągłość przetrwania. Bo przedziwne posiłki spróbować można, przerzucić językiem z lewej na prawą, połknąć. Ale najeść się to już inna bajka.

Nocami nie przestawały też ani na dłuższy moment huczeć petardy i fajerwerki. Nad ranem, jeszcze po ciemku wstaliśmy na uroczyste śniadanie, gdyż zaczął się pierwszy dzień obchodów Nowego Roku.

Tata mojej dziewczyny pościągał znad paleniska wędzone i zakurzone mięsiwa i poobcierał je jakąś stuletnią szmatką. Znalazł też stare drzwi, na których jak na desce pokroił i przyszykował posiłek. Na stole wylądował makaron, ryż, boczek, kiełbasy, szynki, warzywa… Kiedy jednak piszę np. szynki, nie mam na myśli soczystej mięciutkiej różowej polskiej wędlinki, lecz strzępy uda utytłane w tłuszczu z wystającymi ścięgnami i przyklejone do grubej skóry oraz przyprawiające największego mięsożercę o myśli przejścia na wegetarianizm.

Jest mi przykro to pisać i wiem, że jeszcze przykrzej byłoby mojej dziewczynie czytać (i mam nadzieję, że pozostanie to między mną i Internetem), ale z listy 10 rzeczy do zrobienia w Chinach dokonałem 6-go: Znaleźć coś takiego do jedzenia, żeby mnie obrzydziło. Wiejskie posiłki w prowincji Hunan.

IMG_8436

Zapowiadał się kolejny dzień kucania przed domem w nienajlepszym humorze i spalania zapasów tłuszczu zgromadzonych podczas świąt w Polsce, gdy zdecydowałem się na wycieczkę do odległego o godzinę drogi miasteczka liczącego milion mieszkańców.

Całą drogę panowała fatalna mgła, a co działo się na miejscu to jest dokładnie jak wyobrażam sobie przeddzień końca świata. Absolutne tłumy, jazgot, zjadanie wszystkiego co mieści się do ust. Dodatkowo Dengkou to miejsce w którym nie widziano wielu obcokrajowców, więc co chwile wpadał we mnie ktoś robiąc ogromne oczy, wytykano mnie palcami i dział się cały ten cyrk, który już kilka razy kiedyś opisywałem.

Znalazłem jedyny tak daleko wysunięty posterunek KFC i choć dawno przestałem jadać w amerykańskich fastfoodach, to nie mogłem być szczęśliwszy przepychając się przez szalony tłum po swoją tackę z czymś co nadawało się do zjedzenia bardziej niż mięsiwa z wioski. Jak żarłem to Chińczycy gapili się i robili mi zdjęcia. A ja nawtykałem się jak świnia, która się świeżo z chwastów wyczołgała, bo taki byłem głodny. Jestem przekonany, że jakikolwiek biały który po mnie zjawi się w tym mieście zrobi dużo lepsze wrażenie.

Udaliśmy się potem na spacer w morzu ludzi i nie odszedłem dalej jak trzysta metrów, gdy nagle coś wykręciło mi jelita. Do ubikacji w KFC wracałem tak szybko, że nie nadążały dzieci biegnące obok i przyglądające się mi z fascynacją. Do WC wpadłem w stylu „wejście smoka”, ale jedyna kabina była zajęta. Skręcało mnie z bólu i nieustannie waliłem w drzwi ponaglając kogoś najwyraźniej jarającego spokojnie szluga. Kilka razy zaglądali do środka ludzie ciekawi mojego widoku. „Widziałeś białego?” „Widziałem”. „Jaki był?” „Fioletowy”. „A co robił?” „Stepował w rogu”.

Jak ten ktoś wreszcie odblokował drzwi to go wyrwałem na zewnątrz ciągnąc za uchwyt i wpakowałem się do kabiny. Nie było odświeżacza powietrza, ani papieru, ani nawet muszli klozetowej, tylko oczywiście paskudna dziura w podłodze była, ale nic nie miało znaczenia.

Nieco później gotów byłem w zupełności wracać na południe do Shenzhen. Nie chciałem spędzać kolejnych dni we wiosce, nie chciałem męczyć się z jedzeniem ani marznąć, ani słuchać po nocach petard. Miałem już dość Nowego Roku, a jeszcze się nie zaczął na dobre.

Opadła jednak mgła, pojawiło się słońce i dostrzegłem po raz pierwszy odległe szczyty gór Xufeng. Ogromne niemal dwu tysiączniki mieniące się zielenią na tle idealnego błękitu. Był balans między apokalipsą na ulicach i spokojną naturą powyżej. Było piękno ponad tym chaosem i w tym chaosie. Prawda była też taka, że ci ludzie w wiosce podzielili się wszystkim co mieli. Kupili mi pantofle (tak małe, że wystawały mi pięty), szczoteczkę do zębów i pościel do łóżka. Spory wydatek dla rolnika handlującego warzywami dyndającymi w dwóch wiklinowych koszach zawieszonych po bokach roweru. Tata mojej dziewczyny podzielił się wszystkim co miał.

Walnąłem browar i wróciliśmy do wioski. Zasiadłem do czekającego już stołu nakrytego ponownie mięsiwami, farfoclami i innymi ciężkimi daniami. Wypiłem duszkiem podaną mi szklankę wina ze spritem, charknąłem, splunąłem obok stołu i złapałem za paskudny kawał tłuszczu z dyndającym kawałkiem skóry. Przełknąłem bez zbytecznego namysłu.

Zaskakujące jak czasem w życiu trudniej jest otrzymywać, niż dawać.

A kiedy skończyliśmy obiad i wino i piwa, pojechaliśmy jeździć na motorach po wiejskich drogach.

IMG_8474 IMG_8488 IMG_8523

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Chiński Nowy Rok i poszukiwanie jedzenia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s